[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Powrót do domu
Powrót do domu
Sebastian Bartek
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 251 pages
Book cover: soft
Publication date:  November 2020
Category: Novels
ISBN:
978-83-7564-623-8
35.00 zł
ISBN:
978-83-7564-624-5
10.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
   Sala czterysta dwa miała wymiary pięć na sześć metrów kwadratowych i była całkowicie pomalowana na biało. Na wprost znajdowało się duże okno, schowane na noc za zasłoną. Po lewej stronie, przy samej ścianie, stało potężne, nowoczesne łóżko szpitalne, a obok niego drewniany lakierowany stolik, który skrywał szufladę i małą szafkę. Na blacie część miejsca zajmowała oprawiona w ramkę fotografia, przedstawiającą mężczyznę i kobietę przed czterdziestką oraz uśmiechniętego chłopca. Po prawej stronie na ścianie wisiało małe plastikowe urządzenie wielkości tabliczki czekolady. Emitowało ono holograficzny ekran, pokazujący funkcje życiowe leżącego obok pacjenta, który w nomenklaturze Przystani nazywany był „mieszkańcem”. Dominik wiedział o nim wszystko, począwszy od historii życia aż po najdrobniejsze szczegóły funkcjonowania jego organizmu.
   Mieszkaniec nazywał się Igor Krajewski i niedawno skończył czternaście lat. Miał czarne, kręcone włosy, zaś śniada karnacja przywodziła na myśl kogoś, kto mógł przyjść na świat w słonecznym Palermo, a nie w wiecznie zachmurzonej, Europie Środkowej. Gdyby nie jego stan, najprawdopodobniej miło spędzałby czas, wyczekując świąt Bożego Narodzenia. On jednak leżał spokojnie. Ręce położone miał wzdłuż ciała, równolegle do krawędzi łóżka. Od nóg aż po szyję zakrywała go biała kołdra.
   Tod potrzebował tylko kilku sekund. Nie tracąc czasu, zahaczył więc nogą o dół wózka i zdjął z niego robota odkurzająco-myjącego, po czym wdusił przycisk startu, a urządzenie, prawie bezgłośnie, zabrało się za czyszczenie podłogi. W tym czasie sprzątacz wziął utylizator kurzu i zbliżył się, jak to zawsze robił, do łóżka, żeby oczyścić chromowaną ramę, a później wszystko, co znajdowało się w jego najbliższym otoczeniu. Kiedy podszedł do głowy Igora, wiedział, że zasłania kamerę, a więc szybkim, wyuczonym ruchem wyciągnął z kieszeni szklaną fiolkę, po czym, tak jak ćwiczył tysiące razy, otworzył ją i przystawił do ucha młodzieńca. Ciemna, gęsta ciecz szybko wypełniła zagłębienie w małżowinie i właśnie miała się przelać, jednak tak się nie stało. Szydząc z grawitacji, czarny płyn zamiast oblać poduszkę, zbił się w coś przypominającego pijawkę i zaczął energicznie piąć się do góry. Po chwili zniknął w uchu dziecka i nie pozostał po nim żaden ślad. Sprzątacz odsunął się od łóżka w taki sposób, jakby już skończył swoją pracę w tym miejscu. Był szczęśliwy, ponieważ wiedział, że od tej chwili nikt nic nie mógł już zrobić, żeby odwrócić zapoczątkowany właśnie proces.
   „Zaczęło się”.
   Kiedy kończył sprzątanie, co jakiś czas zerkał na Igora, jakby siłą woli chciał przyspieszyć to, co miało się teraz wydarzyć, ale dobrze wiedział, że do tego potrzebny jest czas. On już zrobił to, co do niego należało.
   Wychodząc z sali, Dominik nagle odczuł, jak przytłoczyło go niemal siedem dekad życia. Wywnioskował, że do tego momentu działał na wysokich obrotach, a jego ciało sięgało do najgłębiej skrywanych rezerw, żeby zapewnić mu siły, jak Pierścień Mocy. Teraz stare, sterane ręce domagały się odpoczynku, kark wydawał się zrobiony z kawałka drewna, zaś nogi sprawiały wrażenia zmontowanych byle jak z próchniejących patyków oblepionych plasteliną. Umysł także błagał o chwilę wytchnienia. Właśnie wtedy mężczyzna usłyszał głos:
   – Co z tą kawą, Jacku? Idziesz? – zapytała siostra Szwarz.
   „A nie masz tam, dziewczyno, szampana?!”
   – Chętnie, pani Marto, bardzo chętnie – powiedział sprzątacz i pokuśtykał do pielęgniarki, nie mogąc pozbyć się lekkiego uśmieszku tryumfu, kryjącego się pod szarą plątaniną włosów z brody i wąsów.
© 2004-2023 by My Book