[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Kraków, Moskwa i Meksyk
Kraków, Moskwa i Meksyk
Stanisław Raczyński
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 190 pages
Book cover: soft
Publication date:  November 2013
Category: Biographies & Memoirs
ISBN:
978-83-7564-418-0
27.50 zł
ISBN:
978-83-7564-430-2
7.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
        Środki lokomocji pobudzają mnie do myślenia. To tak jak w tej piosence kolumbijskiej:
    Czasami siadam i myślę,
    ale częściej tylko siadam…
    Jedno jest pewne: w autobusie, pociągu, samolocie albo prowadząc samochód, myślę o różnych rzeczach. Teraz JADĘ, WIĘC MYŚLĘ: co ja tu robię na pustyni De Altar w Sonorze (Meksyk)? Po jakiego grzyba tu się znalazłem? To nie jest, na szczęście, sytuacja z filmu Oko za oko, gdzie dwaj faceci wykończają się nawzajem, idąc w pustynię bez końca. Pustynię oglądam przez okno autobusu, jest chłodno i mgliście, jedziemy równo i względnie szybko. Jedyne, co mi dokucza, to problemy z siedzeniem. Po trzydziestu godzinach jazdy autobusem linii meksykańskich Transportes Del Norte pośladki zdecydowanie odmawiają posłuszeństwa i trzeba szukać pozycji dość dziwacznych, żeby przetrwać.
    Powinienem był jednak lecieć samolotem. Autobus przebywa trasę miasto Meksyk – Tijuana (trzy tysiące kilometrów) w czterdzieści osiem godzin. W Tijuanie muszę się przesiąść na autobus linii Greyhound, żeby „przeskoczyć” granicę i dojechać do San Diego w Kalifornii. Wiedziałem, że to szaleństwo, ale wybrałem autobus z dwóch przyczyn: po pierwsze – ze skąpstwa, co pozwoliło mi trochę zaoszczędzić, po drugie – ze względów turystycznych. Wprawdzie na zwiedzanie okolic nie ma czasu i trzeba się zadowolić widokiem z okna autobusu, ale zawsze to coś więcej niż z okna samolotu. Postoje są częste, ale bez większych walorów turystycznych. Pozwalają zwiedzić dworce autobusowe, a w nich klozety w stanach Queretaro, Jalisco, Nayarit, Sinaloa, Sonora i Baja California Norte. Ktoś słusznie zauważył, że o kraju świadczą jego wychodki. Te z meksykańskich stacji autobusowych nie są reprezentatywne. Są zdecydowanie poniżej standardu krajowego, który tu jest wyższy niż w wielu krajach europejskich. Powoduje to dodatkowe problemy: jak zmniejszyć do minimum użycie tych miejsc bez uszczerbku dla zdrowia? Częściowe rozwiązanie, jakie znalazłem, było dziecinnie proste: nie jeść. Co nie weszło, nie może wyjść. Można przy tym zeszczupleć trochę, co w moim przypadku byłoby korzystne.
    Kierowców jest dwóch i śpią na zmianę. Jeden z przedziałów bagażowych w dolnej części autobusu przerobiony jest na „sypialnię” dla jednej osoby. Postoje są częste i czasem przydługie. Autobus zatrzymuje się w większych miastach i w wielu przydrożnych jadłodajniach z emblematem linii autobusowych. Prawdopodobnie ich właściciele mają jakieś układy z kierowcami, co daje obu stronom wymierne korzyści. Meksykanie lubią dobrze zjeść i nikt się nie skarży. Mój sąsiad autobusowy twierdzi, że będzie kilka godzin opóźnienia. Okazało się, że nie miał racji. Dojeżdżamy do Mexicali, ostatniego większego miasta przed Tijuaną. Jest noc, czuję, że autobus wspina się pod górę. Nad nami jakby w niebie błyskają światła – myślę, że to samoloty, gwiazdy, UFO, albo coś mi się wydaje. Dopiero w drodze powrotnej zrozumiałem, że to były światła samochodów, które wspinały się serpentynami po zboczach gór między Mexicali i Tijuaną. Wracając za dnia, mogłem widzieć drogę dokładniej. W przepaści (pięćset – siedemset metrów) leżało dwadzieścia siedem wraków samochodów. Zwalniamy. Jakiś autobus (taki jak nasz), zawieszony nad przepaścią, wystraszeni pasażerowie zgromadzeni przy drodze, policja, dźwig usiłujący wciągnąć autobus na szosę. Tym razem obyło się bez ofiar.

    Autobus pobudza moje szare komórki bardziej niż pociąg. Może dlatego, że przedział w pociągu prowokuje podróżnych bardziej do rozmowy niż do rozmyślań. Pociąg na trasie Warszawa – Moskwa i z powrotem miał właśnie to szczególne działanie. Życie towarzyskie w jego wagonach zaczynało się, zanim jeszcze ruszał z Warszawy lub z Moskwy. Nie byłoby to tak uciążliwe, gdyby nie to, że było niezwykle trudno dojechać do miejsca przeznaczenia w stanie trzeźwym. Ten „alkoholizm kolejowy” był nie do uniknięcia dla najwytrwalszych abstynentów. Stwarzało to czasem sytuacje kłopotliwe, zwłaszcza na trasie Warszawa – Moskwa. Pociąg odchodził z Warszawy o godzinie trzeciej po południu i dojeżdżał do granicy pod wieczór. Wymieniano podwozia w wagonach (inna szerokość torów w Rosji) i w tym czasie odbywała się odprawa celna i paszportowa. Słynne były opowiadania o incydentach w „pociągach przyjaźni”, którymi jeździły grupy młodzieżowe, aby zacieśniać kontakty. Pewnego razu żołnierzy służby granicznej, którzy weszli do wagonu, aby sprawdzać paszporty, powitał chór nagich postaci, śpiewających Wieczorny dzwon. Kierownik grupy usiłował wyjaśnić sprawę, tłumacząc, że to chór studencki, który właśnie ma próbę, aby jak najlepiej wypaść na występach w Moskwie. Rozebrali się, bo w wagonie jest gorąco, a okien nie można było otworzyć.
    Jechałem kiedyś w towarzystwie grupy pracowników, którzy mieli zmienić załogę budującą słynny „rurociąg przyjaźni”. Mój sąsiad nie dotrzymał do granicy, padł i zasnął. Problem zaistniał dopiero, gdy radzieccy „wopiści” przynieśli sprawdzone paszporty, aby je wręczyć właścicielom. Żołnierz, który wszedł do naszego przedziału, zapytał: A ten to kto? Powiedziano mu nazwisko, znalazł paszport, po czym zażądał, aby obudzono śpiącego. Po długich wysiłkach osiągnięto tylko tyle, że otworzył jedno oko. Na pytanie wopisty o nazwisko zdołał tylko coś wybełkotać i ponownie zasnął. I tu powstał problem nie do rozwiązania. Biedny żołnierz nie mógł wręczyć paszportu, ponieważ regulamin wymagał, aby jego właściciel odpowiadał wizerunkowi na fotografii i aby powiedział swoje nazwisko. Nasz zaspany sąsiad nie był w stanie nic powiedzieć, z jego ust wydobywał się tylko bełkot. Sprawę wreszcie załatwiono z przełożonym, po długich pertraktacjach.

    Na pytanie „co ja tu robię?” nie znalazłem odpowiedzi. Nasze drogi są niezbadane, może zupełnie przypadkowe i zwariowane, a może z góry wytyczone i zaplanowane? A właściwie, czy to ma znaczenie? Jestem TU, a nie TAM. Czy pięć lat temu mogłem przypuszczać, że będę uczył automatyki w Meksyku i wygłaszał referaty o symulacji komputerowej w San Diego? Mówią, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Myślę, że prawie do wszystkiego. Nie przyzwyczaiłem się do komunizmu i chęć wyjazdu gdziekolwiek narastała we mnie od dzieciństwa (lata czterdzieste) aż do 1983. Rozumiem doskonale uczucia Czesława Miłosza, który zwierzył się, że jego kiszki nie wytrzymywały tego, co się działo w PRL w latach pięćdziesiątych. Może to było zjawisko bardziej medyczne niż psychiczne? Jedno jest pewne: na widok Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego i innych w telewizji lub na ścianach miejsc publicznych, zawsze chciało mi się rzygać.

    Dlaczego nie zostałem, żeby walczyć jak wielu innych? Po pierwsze: nie jestem bohaterem, po drugie: żyłem w PRL ponad czterdzieści lat, w tym przepracowałem dwadzieścia i uważam, że to wystarczy. Po trzecie: w 1983 nie było widać żadnego rozsądnego rozwiązania dla tego, co się działo. Osobiście wierzyłem zawsze, że ZSRR rozpadnie się jak zgniły pomidor, ale większość ludzi z mojego otoczenia nie podzielała tego optymizmu. Mniejsza zresztą o mnie, ale moje dzieci? Czy to ich wina, że urodziły się w komunie?
    Dlaczego Meksyk? Po prostu przez przypadek: pierwsze zaproszenie, jakie otrzymałem, przyszło z Narodowego Uniwersytetu Meksyku (UNAM), gdzie chciano, abym pomógł w organizowaniu studiów magisterskich i doktorskich. Nie zastanawiałem się długo. Pewien idiota, kilka dni przed wyjazdem, dowiedziawszy się, że wyjeżdżam, powiedział: „Każdy ma swoją cenę, nic za darmo, jak się chce wyjechać, trzeba coś dać albo zapłacić”. Otóż w tym czasie wyjechać z PRL nie było aż tak trudno, aby trzeba się było ześwinić, komuś się oddać albo dać łapówkę. Poza tym Meksyk nie był zbyt atrakcyjny. Czekałem na paszport tylko rok, ale doczekałem się. Sytuacja na uczelniach była tak zła (brak funduszy, etatów, perspektyw rozwoju i motywacji), że władze chętnie pozbywały się nadmiaru kadry. Na pytanie, dlaczego Meksyk, często odpowiadam: pojechałem tam, aby żyć spokojnie. Może to brzmi trochę dziwnie, ale tak jest. Tu życie było o klasę spokojniejsze niż w PRL, pod groźbą podejrzeń UB lub najazdu Sowietów. Na Meksyk nikt nie napadł przez osiemdziesiąt lat i nikt chyba nigdy nie napadnie. Wbrew powszechnemu wyobrażeniu, bandytyzm i bezprawie jest tu nie większe i nie mniejsze niż w innych krajach. Trzeba się przystosować i wiedzieć, jak i gdzie żyć.
© 2004-2023 by My Book