[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Szczyt
Szczyt
Robert E. Milczarek
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 117 pages
Book cover: soft
Publication date:  November 2013
Category: Novels
ISBN:
978-83-7564-425-8
25.00 zł
ISBN:
978-83-7564-428-9
19.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
    Był styczniowy chłodny poranek, około czwartej nad ranem, obudziłem się. Często o tej porze nie chciało mi się już spać i pierwsza myśl, jaka mi przychodziła od dłuższego czasu do głowy, to „ona”. Wysokość, niebanalność, masyw orlich gniazd. Sama myśl o nich doprowadzała do wrzenia krwi w żyłach. Była bardzo wysoka, żabia, pochylona, ale smukła, stroma i nieskończenie piękna. Z dołu okiem niezmierzona. Czułem, że nigdy nie mógłbym oprzeć się jej kuszeniu, była moją kołyską do snu i wszystkim, co mogłem sobie wymarzyć, wyobrazić i nie można jej porównać z niczym i z nikim. Była moim życiem, które wiodłem, by zawsze zbliżyć się do niej, zaatakować i wyjść na szczyt, mówiąc do siebie: – Jesteś moja – rozejrzeć się i zobaczyć jedyną rzecz na świecie. Widok, jej oblicze i horyzont, dal i jej doskonałość.
    Roztarłem zaspane oczy, zaraz potrzepałem energicznie głową w lewo i w prawo, by upewnić się, czy to na pewno nie sen, i uświadomiłem sobie, że wróciłem do domu z kolejnej wyprawy. Czeka mnie dużo pracy, żeby się ogarnąć. I znów położyłem głowę na poduszce, pocierając ręką czoło. Wstałem ociężale, poszedłem do łazienki, żeby się umyć, wróciłem do pokoju i usiadłem na łóżku. Rozejrzałem się po pokoju, widząc bałagan i nieład sprzętu. Pomyślałem: jak ja się z tym wszystkim ogarnę? Zabrałem się do porządkowania. Rozpakowałem sprzęt i poskładałem na swoje miejsce, poukładałem ciuchy do prania i posegregowałem śmieci. Zrobiłem po sobie porządek. Położyłem się na kanapie i rozmyślałem o wszystkim, czego dokonałem w górach, układając sobie w pamięci cały obraz, jaki mi się utrwalił. To było niesamowite.
    Szedłem noga za nogą pod górę, krokiem zbliżonym do słoniowego, dla równowagi ciężaru podpierałem się czekanem na zboczu ściany. Im wyżej byłem, tym ciężej mi się szło i oddychało. Ze zmęczenia. I bagaż był coraz cięższy. Ale nie to było najważniejsze.
    Od czasu do czasu łapały mnie skurcze w nogach i żeby uśmierzyć ból, co jakiś czas łykałem magnez na przemian z potasem. Szedłem sam, czasem przodem, czasem bokiem, ale do przodu – do góry, konsekwentnie i uparcie, walcząc z własnymi słabościami. Patrzyłem przed siebie, unosiłem głowę, a końca szczytu nie było widać. Był odległy, zamglony, okryty kapeluszem chmur. Im dłużej się snułem, tym bardziej czułem znużenie. Jednostajny krok za krokiem, a nogi znikały pod powłoką śnieżną. Sapałem.
    Wkoło było widać tylko zamarzniętą, twardą biel. Ściągałem czasem opaskę z dolnej części twarzy, by zaczerpnąć chłodu i pooddychać świeżym powietrzem. Wiatr był zmienny, ale porywisty, aż wyrywał czasem głowę przy samej dupie. I zaraz musiałem zasłonić usta, bo miałem kryzys z gardłem. Gdy stawałem na krótko, by odpocząć, oglądałem się za siebie, a włos jeżył mi się na głowie i dreszcz przechodził przez całe ciało. Dostawałem gęsiej skórki. Wszystko spływało ze mnie, cały ból i zmęczenie znikały, a serce biło mocniej w nierównym rytmie. Nie mogłem sobie wybaczyć jedynej, najgorszej zbrodni w życiu: że nie wziąłem aparatu.
    Spojrzałem w dół, w głąb horyzontu, nie mogąc się nadziwić: to było niesamowite piękno. Kilkadziesiąt, kilkaset, tysiąc, może dwa tysiące metrów w dół było widać granicę pokrywy śnieżnej. Zima, a za nią zaczynała się wiosna, życie, szczęście i sielanka dla leniwych zmarzluchów. W łagodnym, nierównym spadzie natura eksponowała swą różnorodność, tak jakby chciała nas zwieść i jednocześnie rozgnieść na miazgę swą poezją i pięknem. Człowiek, widząc taki pejzaż, miękł jak namoczony w winie chleb. Piękna zieleń, żółć, fiolet, biel i błękit. Dywan zwiniętych w kępki, porozrzucanych w nieładzie artystycznym różnorodnych kwiatów.
    Na samym dnie tej wielkiej, przemalowniczej doliny natura ukazała kołyszące się harmonijnie na wietrze wierzchołki tańczących drzew, a gdzieniegdzie punkt polany skupiał po kilka domków, dla odmiany krajobrazu.
    Chociaż stałem nie wiem ile metrów na górze, wszystko było tak malutkie jak zabawki dla dziecka, i widziałem je jak na dłoni. Próbowałem sobie wyobrazić po tysiąckroć drobno rozesłane pola tych kwiatów, chcąc skąpać się w ich pięknie, a łzy napływały do oczu. Powiedziałem do siebie: – To jest integracja.
    Widoczność, co należy do rzadkości w wysokich partiach gór, była dziś zmienna, ale wyjątkowa i tak przejrzysta, że nieomal każde drzewo, kwiat można było rozpoznać. Kontrastowała z lecącymi hulaszczo na czele ptakami i błękitem cienia, płynących nad szczytami chmur, ścigających się z lecącym orłem i z bielą tak czystą jak prawdziwa łza wypłakana ze szczęścia. Nie do opisania – pomyślałem.
    Szedłem ociężale, a co jakiś czas zza chmur wychylało się słońce, przypiekając twarz, i robiło się gwałtownie ciepło. Założyłem okulary i z uśmiechem dookoła głowy szedłem dalej i wyżej, aż poczułem, że wchodzę w gęstwinę mgielną i znikam, nie oglądając się za siebie. Czułem, jakbym wchodził do następnego życia. Do raju. I otwierając następne drzwi, odkrył nowe „coś”. To coś. To było jak ona.
    
    Odwróciłem się na prawy bok i z uśmiechem spojrzałem na Femi, wsparłem rękę na łokciu, pod głowę, i patrzyłem, jak chrapie półszeptem moje kochane dziewczę.
    Była piękna, miała delikatną, jasną cerę i ciemne włosy. Te oczy. Nawet kiedy były zamknięte i nic nie mówiła, były tak wymowne, że pokochałem je od pierwszego wejrzenia. Nigdy ich nie zapomniałem.
    Kiedy budziłem się wcześniej, o świcie, uwielbiałem patrzeć, jak śpi, i na ten spokój. Kiedy chciałem ją pocałować, nagle zerwała się, jakby mnie chciała przestraszyć, i szybkim ruchem jednej ręki objęła za szyję, a drugą przeciągnęła na wpół delikatnie paznokciem środkowego palca po plecach, tak że poczułem dreszcz i podgięło mnie do góry. Złapała mnie za szyję, przytuliła do siebie i z pocałunkiem wcisnęła język w moje usta. Objąłem ją mocno i odwzajemniłem pocałunek. Była w tym wyjątkowa, wiedziała, jak mnie udobruchać. Czułem, jakbym szedł na szczyt, do „niej” i do niej. Poczułem wielką rozkosz i kiedy straciłem orientację w czasie… Właśnie musiał zadzwonić ten przeklęty budzik.
    Miałem ochotę roznieść cały świat i rzucić w przepaść.
    – Musimy wstawać – powiedziałem.
    Żałowałem i czułem, że będę żałował tych słów. Z wielkim ociągnięciem odparła pytająco:
     – Musimy? Tak długo cię nie było.
    Patrzyła na mnie, jakbym jej krzywdę zrobił.
    – Kochanie, nie musimy, ale mamy obowiązki. Lecz wieczorem…
     Chciałem ją jeszcze objąć. Odepchnęła mnie energicznie.
    – Wieczorem będziemy po pracy zmęczeni i…?
    Odwróciła się plecami, wzruszając ramionami.
    – I co?… Będziemy kalekami? Zestarzejemy się? A może pokłócimy i nie będziemy chcieli patrzeć na siebie, co?! – zapytałem stanowczo. – Kochanie, proszę cię, nie musimy robić z igły wideł i od razu awantury…
    Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, albo rozumiałem sens mojego monologu. Ciężko jest otrzeźwieć z podniecenia i tylko kłótnia pomaga zejść na ziemię, lecz trudno jest się do tego przyzwyczaić, przyznać, o ile jest to w ogóle możliwe, bez satysfakcji.
    Czasami chciałem cofnąć czas, jak zwykły buntownik, i zrobić coś wbrew sobie, wbrew życiu. Nienawidziłem nigdy szablonów i standardów życia. I czasami tym tłumaczyłem sobie przyczynę tego, co pchnęło mnie na szczyty pasm górskich i ryzyka z tym związanego.
    Złapałem ją i przytuliłem mocniej i energiczniej, ale delikatnie. Pocałowałem śmiało i jednym gestem, nie odrywając oczu, pieściłem jej policzki, ścierając łzy z twarzy i szyi. Pocałowałem i przytuliłem raz jeszcze do siebie, mówiąc:
     – Tęskniłem za tobą.
     I zaczęliśmy się kochać. Łapczywie zdarliśmy z siebie koszule nocne i delikatnie, próbując odnaleźć najgłębsze zakamarki naszych ciał, z zamkniętymi oczami pieściliśmy się, doprowadzając, aż do wrzenia. A gdy doszliśmy do granic, rozkoszy nie było końca. Leżałem tak przez chwilkę, przyglądając się jej, i zapytałem:
    – Jak się czujesz?
    Nie oczekując odpowiedzi, ale mając nadzieję, usłyszałem wyraźnie:
    – Jestem szczęśliwa. Ja też za tobą tęskniłam.
     Byłem tak poruszony, że nie miałem śmiałości jeszcze zapytać. Odłożę to na później, pomyślałem.
    Postanowiliśmy wziąć sobie wolne, jeden dzień. Chcąc go wykorzystać tylko dla siebie i marnując ten cały czas i cały dzień, wiedząc, że jest to tylko nasz czas. Postanowiliśmy, że spędzimy go na uśmiechu. Kochałem ją za takie pomysły.
    Kiedy następnego dnia w pracy wisiałem na linach, patrzyłem w dół na ludków, błądzących i szukających swego miejsca na ziemi, malutkich jak najmniejszy palec u nogi. Jak wiele znaczymy w tym świecie? Jak bardzo jesteśmy małostkowi i głupi w swym postępowaniu i ingerencji w życie?
    Zaraz potem przypominała mi się ostatnia wyprawa.
    
    Górzysty, śnieżnobiały plener dolinowy. Szlaki jak plątanina nici, prowadzące donikąd, znikające gdzieś w lasach. A po przeciwnej stronie szczyty, jeden wyższy od drugiego, im bardziej prosty i ostry, tym bardziej dumny, posępny, mający świadomość swojego piękna i okrucieństwa, z kapeluszem mgielnym na wierzchołku. Patrzącym jakby w dal, w głąb horyzontu. Góra stroma tak jakby chciała wyrazić każdemu, kto chciałby ją osiągnąć czy zdobyć, swoją wyższość, chcąc powiedzieć:
    – Patrz, oto ja. Piękna, nieujarzmiona, szczyt szczytów, i okrutna. Odziana w swej przepięknej i jednocześnie przeklętej przestrzeni. To ja wybiorę, kto mnie powita lub pożegna – tu, pod mym kapeluszem albo na… A ból i zmęczenie nie będzie miało końca, i to będzie szczyt, mój szczyt. I niech cię nie zwiedzie moje piękno, bo ono bywa równie okrutne i zgubne.
    
    Kiedy wracałem z pracy do domu, coś mi nie pasowało, był jakiś inny dzień niż do tej pory. Wszystko rozjaśnione, ludzie uśmiechnięci. Słońce bardzo mocno świeciło i był wyjątkowo ciepły dzień jak na koniec stycznia. I właśnie gdy ściągałem kurtkę, dotarło do mnie, że jak tak będzie przez cały tydzień grzać, to najwyższy czas jechać w skały. I aż się do siebie uśmiechnąłem. No, pomyślałem, jak się tak mniej więcej utrzyma pogoda, to ten rok będzie najpiękniejszym rokiem w całym moim życiu. To będzie piękny zwiastun na rozmowy z moją młodą i zmian w życiu naszym. I, co najpiękniejsze, sezon na skały będzie trwał prawie dziesięć miechów.
    Tylko zwiastun to jedno, a rozmowa drugie. Jak nie uda mi się jej przekonać, to będzie to zamknięty i nieodwracalny temat. Definitywnie.
    
    Szedłem ulicą ze zdwojonym entuzjazmem, otumaniony pięknem swoich myśli i napięciem ich uzewnętrznienia. Miałem dość samotnych wypraw, czułem się, jakbym nie był w związku, jakbym nie był sobą. Szedłem i słuchałem muzy z walkmana, bo jak zwykle przeszkadzał mi miejski gwar. To był specyficzny sposób wyciszenia duchowego i przejście w normalność z szarości dnia codziennego. Nieraz musiałem przekrzykiwać się z własnymi myślami, nie mogąc dojść do ładu z hałasem ulicznym.
    Po powrocie z gór nigdy nie mogłem się do niego przyzwyczaić, to jak przejście ze skrajności w skrajność. Tam jedynym dźwiękiem był głos jelenia z rykowiska o świcie i śpiew ptaków lub kompletna cisza. Styk życia z samym sobą. Tutaj, gdyby nie Femi, byłbym trupem za życia.
© 2004-2023 by My Book