[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Klub Tropicieli Tajemnic
Klub Tropicieli Tajemnic
Czesław Sikorski
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 124 pages
Book cover: soft
Publication date:  June 2011
Category: Children & Youth
ISBN:
978-83-7564-294-0
25.00 zł
ISBN:
978-83-7564-297-1
15.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
    Tego popołudnia do Marka przyszedł dziadek. Na początku jak zwykle trochę się powygłupiał: schował się za wieszakiem w przedpokoju, aby znienacka wyskoczyć i przestraszyć wnuka. Dziadek nie przyjął widać do wiadomości, że to, co tak bardzo kiedyś śmieszyło trzylatka, niekoniecznie musi być zabawne dla ucznia piątej klasy. Ale Marek lubił rozmawiać z dziadkiem i cieszyły go jego odwiedziny. Dlatego cierpliwie znosił dziadkowe nawyki, a nawet udawał, że bawią go jak dawniej.
    Kiedy już dziadek, nieco zasapany po odbyciu rytuału powitania z wnukiem, siadł wreszcie na swoim ulubionym krześle pod oknem, Marek postanowił zapytać go, co wie na temat legendarnej baszty. Dziadek poprawił okulary, spojrzał bystro na wnuka i uśmiechnął się ze zrozumieniem.
    – Oczywiście, że wiem o tej baszcie dużo. Opowiadali mi o niej moi rodzice, a twoi pradziadkowie, im z kolei opowiadali ich rodzice i tak dalej, i tak dalej, aż cofnęlibyśmy się do naocznych świadków wydarzeń, które tam kiedyś miały miejsce. – Dziadek poprawił się na krześle i odchrząknął, szykując się do opowieści.
    – Otóż dawno, dawno temu w zamku, który był wtedy dużą warowną twierdzą, mieszkał książę, który chciał wydać za mąż swoją ukochaną, jedyną córkę, Katarzynę. Wśród panów, możnowładców i znamienitych rycerzy, którzy odwiedzali jego zamek, szukał odpowiedniego kandydata na zięcia. Był przy tym bardzo wybredny, bo chciał mieć pewność, że jego córka będzie ze swoim mężem szczęśliwa. Po wielu próbach i obserwacjach książę zdecydował się wreszcie oddać rękę swojej córki młodemu rycerzowi Anzelmowi, który zasłynął odwagą podczas wojennych wypraw, i który, jak nikt inny, wydawał się oczarowany urodą księżniczki Katarzyny. Ponieważ księżniczce kawaler również przypadł do gustu, młodzi wzięli ślub, odbyło się huczne wesele, po czym Anzelm zabrał żonę do swojego zamku, który znajdował się gdzieś daleko na południu.
    – Dziadku… – Marek usiłował przerwać opowieść, którą znał na pamięć.
    – Czekaj, czekaj – starszy pan niecierpliwie machnął ręką, będąc w widocznym transie – teraz będzie najciekawsze. Jak łatwo się domyślić – kontynuował dziadek – książę tęsknił za swoją jedynaczką, tym bardziej że żadne wieści o niej go nie dochodziły. Słuch o Anzelmie też zaginął, przestał uczestniczyć w wojennych wyprawach. Stęskniony ojciec wysłał więc swojego sługę do dalekiego zamku Anzelma, aby ten dowiedział się czegoś o małżeńskim życiu jego córki. Po wielu, wielu dniach posłaniec wrócił z fatalnymi wiadomościami. Anzelm okazał się okrutnym brutalem, który znęca się nad swoją żoną. Książę zawrzał gniewem, postanowił ukarać zięcia, który tak bardzo zawiódł jego oczekiwania. Wysłał natychmiast posłańca z zaproszeniem dla córki i zięcia, aby go odwiedzili w jego zamku. Po wielu dniach posłaniec wrócił z niczym; Anzelm nie miał zamiaru stawić się przed obliczem teścia. Wtedy książę wymyślił fortel: wysłał do Anzelma posłańca z wiadomością o swojej śmierci. Córka i zięć mieli się stawić na uroczystość pogrzebową i przejąć w spadku zamek. Z pewnością ten drugi powód okazał się dla Anzelma istotny, bo pojawił się wraz ze swoją nieszczęśliwą żoną w zamku teścia.
    Marek wykorzystał moment, gdy dziadek zrobił przerwę, aby z jednej strony nabrać powietrza w płuca, a z drugiej – podkreślić dramatyzm tej części opowieści, i szybko wyrecytował:
    – A wtedy książę kazał zamknąć Anzelma w piwnicy pod basztą na sto dni o chlebie i wodzie, w towarzystwie szczurów. Przez cały ten czas słychać było jęki Anzelma atakowanego przez gryzonie. Kiedy po stu dniach otwarto drzwi do lochu, okazało się, że Anzelma już tam nie ma, bo został doszczętnie zjedzony. Anzelm cierpiał tak strasznie, że jego jęki wsiąkły w mury na wieki. Jak się dobrze wsłuchać, to można je usłyszeć jeszcze teraz.
    Dziadek, wyraźnie niezadowolony, spojrzał z wyrzutem na wnuka.
    – To po co chcesz, żebym ci opowiadał, skoro znasz tę legendę?
    – Oj, dziadku, przecież ja już nie jestem dzieckiem, żeby wierzyć w takie bajki. Myślałem, że znasz jakieś fakty, które były podstawą legendy o jęczących murach.
    Dziadek nastroszył się jeszcze bardziej.
    – Ho, ho, stawiasz mi wysokie wymagania, mój wnuczku. Nie wiem, czy w ogóle jest ktoś, kto mógłby wyjaśnić przyczynę powstania tej legendy. Choć bardzo możliwe, że kiedyś rzeczywiście kogoś w tej baszcie więziono i być może słychać było, jak z tego powodu rozpacza. A dlaczego cię to interesuje? Zamierzasz w przyszłości zostać historykiem, a może archeologiem?
    Marek nic nie odpowiedział; wzruszył ramionami i pomyślał: „To typowe dla dorosłych – uważają, że człowiek nic nie może zrobić, dopóki nie dorośnie i kimś nie zostanie”.
    A kilka dni później, w słoneczne marcowe popołudnie, Marek, Kuba i Kacper wyruszyli na zamek z niezłomnym postanowieniem wytropienia tajemnicy jego baszty. Marek spiął kurtkę pasem tylko po to, aby mógł za niego zatknąć młotek i zwój grubego sznura. Kuba niósł stalowy łom, który znalazł kiedyś w zagajniku koło domu i który – nie wiadomo po co – ukrył w piwnicy w tajemnicy przed mamą. „Teraz wreszcie może się do czegoś przydać” – pomyślał Kuba, dumny ze swojej niegdysiejszej zapobiegliwości. Tylko Kacper nie miał żadnego sprzętu, jeśli nie liczyć latarki, ale w te wyposażeni byli wszyscy chłopcy. Kacper co prawda chciał wziąć ze sobą plastikową łopatę, która w zimie służyła do odgarniania śniegu przed domem, ale Marek skrzywił się z pogardą i powiedział, żeby się nie wygłupiał, więc ją zostawił.
    Szło im się jakoś dziwnie. Z jednej strony lekko i z ochotą, bo towarzyszyła im radość i dreszczyk emocji z powodu oczekiwanej przygody, ale z drugiej strony przytłaczała ich niepewność, lęk, że niczego ciekawego nie znajdą i cała ta wyprawa zakończy się niepowodzeniem. Ten niepokój próbowali tuszować buńczucznymi minami i przesadną energią ruchów. Idąc ulicą, wzdłuż wschodniego wzgórza, widzieli dobrze znane obrazki: stare zabudowania, sad owocowy, osiedle mieszkaniowe z blokiem Kuby, zagajnik, boisko klubu sportowego przy fabryce sklejek, a za nim samą fabrykę. Wszystko to jednak wyglądało dzisiaj trochę inaczej niż zwykle. Chłopcy mieli wrażenie, jakby na te znane miejsca patrzyli innym wzrokiem: czujnym, badawczym, przygotowanym do odkrywania tego, co na pierwszy rzut oka jest niewidoczne. Kiedy za zakrętem wyłonił się fragment starego muru na stoku wzgórza, serca zabiły im silniej. Podeszli nieco bliżej i spojrzeli w górę na ruiny zamku i sześciokątną basztę. Chociaż chodzili tu często i dobrze znali ten widok, teraz mieli wrażenie, jakby widzieli ten zamek po raz pierwszy.
    Chłopcy postali chwilę, patrząc na kontury starych ruin, odznaczające się wyraziście na tle nieba, wyjątkowo tego dnia pogodnego, po czym zaczęli iść pod górę ścieżką biegnącą wzdłuż muru. Szli statecznie, jak przystało na członków ważnej ekspedycji, od czasu do czasu ślizgając się na resztkach zeszłorocznej trawy i nabożnie dotykając zmurszałych cegieł, jakby chcieli je prosić o wyjawienie tajemnicy. Przodem kroczył Marek, bystrym wzrokiem omiatając cel wyprawy. Za nim posuwał się Kuba, coraz częściej przekładając z ręki do ręki niewygodny łom. Na końcu szedł Kacper, który jako jedyny wypadał czasem z roli, podskakując na jednej nodze.
    Wkrótce znaleźli się na szczycie wzgórza i weszli na teren zamkowych ruin. Z zadowoleniem stwierdzili, że oprócz nich nikogo więcej tam nie ma. Idąc tu, obawiali się bowiem trochę, że obecność innych ludzi może im utrudnić swobodę poszukiwań. Marek jeszcze raz powiódł wzrokiem po ruinach i zadecydował:
    – Zbadajcie teren wokół murów. Ja wejdę do baszty i rzucę na nią okiem od środka. Jak skończycie, to dołączcie do mnie.
    Kacper popatrzył na kupki ceglanego gruzu i kamieni, wystające z bezlistnych krzaków, walające się papiery, reklamówki i puszki po napojach, pamiętające zeszłoroczne lato, i zapytał zdziwiony:
    – A czego my tu mamy szukać? Przecież wszystko tu znamy.
    Kuba spojrzał na niego z wyższością.
    – Opukamy teren – znacząco machnął łomem. – Może odkryjemy jakiś schowek albo zasypany korytarz.
    Kacper z powątpiewaniem wzruszył ramionami.
    Tymczasem Marek już skakał zwinnie po kamieniach, kierując się do półkolistego wejścia w dolnej części dobrze zachowanej baszty. Przed wejściem do środka przycupnął na ceglanym progu i spojrzał w głąb pomieszczenia. Wewnątrz było mroczno i pachniało stęchlizną. Zaśmiecone dno baszty znajdowało się jakiś metr poniżej wejścia, ale ułożona kupka cegieł i kamieni pełniła rolę schodków. Marek wszedł po nich do środka i rozejrzał się uważnie wokół. Stare, sczerniałe cegły, przetykane gęsto ciosanymi kamieniami, tworzyły sześcian wznoszący się na kilka metrów w górę. W ścianach były liczne dziury, z których część służyła w dawnych czasach jako otwory strzelnicze. Baszta była pozbawiona dachu. Kiedy Marek spojrzał w górę, zobaczył błękit nieba. Nagle drgnął, jakiś ptak z łopotem skrzydeł zerwał się do lotu i opuścił basztę. Na tle nieba mignęła jego czarna sylwetka.
    Chłopiec na razie nie dostrzegł niczego, czego by nie widział już przedtem, odwiedzając tę basztę. Skulił się nieco, bo w pomieszczeniu panował przenikliwy chłód, jakby tu przechował się oddech zimy, niewrażliwy na coraz silniej operujące na zewnątrz słońce.
    Marek zatarł ręce i zaczął obchodzić wnętrze baszty, posuwając się przy ścianie i uważając, aby nie skręcić nogi na nierównym podłożu lub nie skaleczyć się szkłem z rozbitych butelek. W jednym miejscu ściana się urywała i widoczny był wznoszący się nieco korytarz. Marek wiedział, że ten korytarz jest krótki, ma najwyżej trzy lub cztery metry i kończy się zakratowanym okienkiem tuż nad powierzchnią ziemi na zewnątrz baszty. Korytarz był więc oświetlony dziennym światłem, a część tego światła, do spółki z otworem wejściowym i wspomnianymi dziurami w górnej części ścian, rozpraszała mrok w dole baszty.
    Marek dochodził już do tego korytarza, gdy usłyszał jakiś dziwny odgłos. Serce zabiło mu żywiej, zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. W pomieszczeniu panowała jednak głucha cisza. Jedynie z zewnątrz dobiegało monotonne stukanie – to Kuba z Kacprem przy pomocy łomu badali teren, poszukując ukrytych pod ziemią dawnych pomieszczeń zamkowych. Marek miał już ruszyć dalej, przekonany, że uległ złudzeniu, gdy dźwięk się powtórzył. Teraz już nie ulegało wątpliwości, że dochodzi z korytarza i wydaje go jakaś żywa, choć zapewne cierpiąca istota, bo było to coś w rodzaju bolesnego westchnienia. Marek poczuł, jak mu się włosy jeżą na głowie. Przypomniał sobie legendę o nieszczęsnym Anzelmie, którą traktował tak pogardliwie.
© 2004-2023 by My Book