[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Człowiek, którego nigdy nie było
Człowiek, którego nigdy nie było
Dawid Łukasiewicz
Publisher:My Book
Size, pages: B5 (170 x 240 mm), 449 pages
Book cover: soft
Publication date:  February 2011
Category: Novels
ISBN:
978-83-7564-276-6
83.50 zł
ISBN:
978-83-7564-289-6
20.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
     (...) nieopodal dzielnicy portowej wznosił się nieduży budynek z czerwonej, surowej cegły, jedyny taki w całym, liczącym sobie niemal czterysta tysięcy ludzi mieście. Gmach należy do zakonu templariuszy, jest jedną z wielu zresztą własności zakonu w Messynie. Zbudowany na wzór europejski, ponury, prosty. Nie zdobią go żadne urozmaicenia, wąskie lecz wysokie okna z grubej szyby głęboko wcięte w ściany budynku. Dach stromy, w kształcie trójkąta równoramiennego, pokryty ciemnogranatową dachówką. Jedyne wejście, wysokie na trzy metry, jest strzeżone dzień i noc przez dwóch wartowników należących do zakonu, co było widać po ich ubiorze. Nie trzeba być znawcą, by móc ich rozpoznać. Długie, powłóczyste szaty w kolorze zgniłej czerwieni, sięgające kostek. Sztywne, czarne buty do kolan. Na pelerynach mają wydziergane czarne krzyże na metr wysokie. Na szyjach zaś zawieszone łańcuszki ze srebra z wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego. U pasa miecze z – zdaniem zakonników – najlepszej stali, jaką znał ówczesny świat: włoska stal kuta w miastach Półwyspu Apenińskiego w kilkunastu zaledwie, starannie dobranych zbrojowniach. Ostrze to nie ma prawie sobie równych. Długa rękojeść, idealnie dopasowana do rozmiarów dłoni, zdobiona bursztynem sprowadzanym znad Morza Bałtyckiego, uwieńczona stalowym orłem z rozpostartymi skrzydłami. Horrendalnie ostra klinga, mogąca bez problemu rozpłatać człowieka na pół. Broń jest ciężka, lecz siła uderzenia oraz spustoszenie, jakie potrafi ona uczynić uderzając w swój cel, powinny wzbudzać respekt każdego przeciwnika.
    W środku właśnie miało miejsce spotkanie trzynastu spośród braci zakonnych, wewnątrz gmachu, w jednej z ascetycznie urządzonych, zimnych sal. Wokół długiego na kilka metrów masywnego stołu z bukowego drewna zasiedli starsi templariusze, ważniejsi rangą w całej swojej hierarchii, jaką przez długie lata zakon zdążył sobie wytworzyć. Sześciu po lewej stronie stołu i tylu samo po prawej. U czoła zaś najstarszy z zebranych – Al Massah, fratres capellani, wysoko postawiony człowiek, odpowiedzialny za nadzorowanie stosunków handlowych zakonu z miejscową ludnością. A przynajmniej oficjalnie odpowiedzialny za owe stosunki. Jego prawdziwa rola polegała na odbieraniu informacji napływających drogą morską z kontynentu europejskiego na Bliski Wschód oraz organizowanie czegoś na wzór tajnej poczty, którą zakon posługiwał się, by w tajemnicy przed Kościołem, który był zwierzchni względem templariuszy, móc porozumiewać się ze swoimi braćmi na kontynencie. Rzym jednak wiedział o istnieniu owej, jak to nazywano, „poczty”. Miał też dość dobry wgląd do wiadomości przez nią przesyłanych. Wielu bowiem templariuszy na Półwyspie Apenińskim, przekonanych o słuszności polityki Kościoła, nie czuło potrzeby zatajania jakichkolwiek informacji, które były tą drogą wysyłane i odbierane. Jednak tego dnia, nazajutrz po szczególnym zdarzeniu, jakie miało miejsce pod kościołem Świętego Franciszka, Al Massah był w posiadaniu dokumentu o wiele donioślejszego dla zakonu niż cokolwiek, z czym przez całe swoje życie stary zakonnik się zetknął. Z Mediolanu dotarła przed dwoma dniami koperta z odciśniętym odwróconym krzyżem na pieczęci. Wszyscy zebrani wiedzieli, co oznacza taki symbol na kopercie. Bez wątpienia sprawa najwyższej wagi.
    Każdy z nich ubrany w szaty zakonu, z kapturem opuszczonym z głowy. Tylko Al Massah nie zdjął swojego kaptura. Pochylony lekko nad stołem zdawał się patrzeć w jego blat, nasłuchując tylko toczącej się w dużym pomieszczeniu rozmowy:
    – Nie mamy pewności, czy oni nie wiedzą już o naszym darze – zaczął jeden z braci. – Carlo zapewnia jednak, że dar przypłynął nierozpieczętowany, a nasz kryptograf nie dostrzegł prób sfałszowania pieczęci.
    – Tak, lecz nadal nie wiemy, czy Rzym nie zna jego treści, a są przecież jeszcze psy Al Mualima. On już wie, w jaki sposób przenikać w nasze szeregi.
    Dokument, który trafił w ręce Al Massaha, nazywany tu „darem”, nie znajdował się już w gmachu, w którym owo zebranie się odbywało. Przekazany został gdzieś dalej, być może do ludzi bezpośrednio pociągających za sznurki zakonu, a może nawet w jego posiadaniu jest sam Harraszim, najwyżej postawiona osoba wśród templariuszy w całym mieście, seneszal zakonu. Ogień świec usytuowanych na szerokim świeczniku, stojącym pośrodku, stołu zachwiał się na chwilę, jakby przez pomieszczenie prześlizgnął się podmuch nikłego wiatru. Zakonnik z długą białą brodą, siedzący najbliżej Al Massaha, po jego prawej stronie, ciągnął dalej:
    – Trzeba niezwłocznie powiadomić Jerozolimę, oni muszą wiedzieć jak najprędzej o nowych okolicznościach! Gruby ignorant, nasz, pożal się boże patriarcha jerozolimski, Herakliusz, choć zaszczuty w Akce, dużo węszy… O wiele za dużo.
    – Racja, z samego rana, o świcie każę wysłać gońca do stolicy – przytaknął kolejny z uczestników zebrania. – Patriarchą zaś powinniśmy się… zaopiekować. Odkąd poczuł władzę związaną ze swoim stanowiskiem, nie uda się go pokojowymi metodami przekonać do niemieszania się w sprawy naszego zakonu. Jak tylko głupiec wykupił się w Jerozolimie z niewoli Saladyna, stracił niemal całe swoje poważanie. Zdając sobie także sprawę z niepełnej popularności Gwidona de Lusignan, ukoronował jedynie jego żonę. To ona musiała wkładać później koronę na głowę swojego męża. Król więc także nie zmartwi się nagłą… niemocą patriarchy.
    Gwidon z pochodzenia jest Francuzem. Do Ziemi Świętej przybył w 1180 roku, by pojąć za żonę Sybillę, starszą siostrę ówczesnego króla Jerozolimy – Baldwina IV Trędowatego. Ślub odbył się na Wielkanoc, pomimo sprzeciwu króla oraz baronów Królestwa. Nasilająca się choroba króla zmusiła go do oddania Gwidonowi w zarząd całego państwa, prócz samego miasta Jerozolimy. Baronowie w większości odnosili się do regenta z wyraźną niechęcią. Jego słabość charakteru przejawiała się brakiem umiejętności do podejmowania jednoznacznych decyzji. Bezskutecznie trędowaty król starał się pozbawić go dziedziczenia korony. Przeszkodziła mu w tym wczesna śmierć.
    Siwy brodacz zmarszczył czoło, poprawił się na krześle, spuszczając pelerynę z siedzenia na podłogę, po czym rozglądając się po sali, zaczął:
    – Tyle lat poszukiwań, tyle litrów przelanej krwi. Nasi bracia walczyli i ginęli za tę sprawę, oddając życie utwierdzeni w wierze w jej prawdziwość. Nie możemy tego zlekceważyć. To niezaprzeczalny dowód na istnienie naszej zguby. Teraz trzeba całą naszą uwagę skupić właśnie na tym. Al Mualim z pewnością już wie, z czym mamy tu do czynienia. Nie jest głupcem i nie bez powodu Harraszim zawarł z nim rozejm. Choć z pozoru trwały, tak naprawdę pozorny, by uśpić przeciwnika, by nie dać się zaskoczyć samemu. Trzeba nam podstępu i sprawnego działania. Szybkość naszym jedynym sprzymierzeńcem, gdyż nie łudźmy się i pozostawmy za sobą nadzieję w skrytość naszej prawdziwej misji w Ziemi Świętej. Duchowieństwo nieprzychylnie spogląda na nasz zakon. Omne Datum Optimum wzbudziło zazdrość innych zakonów wobec nas. Kościół nie może poznać naszych planów. Papież Celestyn III rozwiązałby wtedy nasz zakon. Niedawno wezwał nas do wyjaśnienia zasad działania naszej „poczty”. Wie już o przepływie informacji z Europy do Lewantu.
    Świece na stole zamigotały mocniej po raz kolejny, niektórzy z zebranych poczuli lekki powiew zimnego powietrza na plecach. Zakonnik z końca stołu rozejrzał się niespokojnie po sali:
    – Al Mualim zdaje się jednak zamykać w murach swojego zamku. Ostatnimi miesiącami nie widać jego ludzi na ulicach miasta. Czyżby rzeczywiście coś planował za naszymi plecami, czy może nie jest świadomy naszych ostatnich… dokonań?
    – Nie bądź naiwny, Hardhimie! – krzyknął najstarszy zakonnik, zajmujący miejsce po lewej stronie Al Massaha. – Oni po to tu przybyli, by nas powstrzymać! Choć nikt tego nie mówi głośno, to właśnie jest ich prawdziwy cel pobytu w Ziemi Świętej, chcą wydrzeć nam to, co do nas powinno zawsze należeć. Bredzą tylko cały czas o swoim wątpliwym światopoglądzie. Heretycy i samozwańcy! Zabrali nam w Mediolanie pamiętnik ojca tego młodego nizaryta z Saragossy, tak więc wiedzą dobrze, iż nie ma już czego szukać w Isfahanie. Trzech asasynów przybyło po niego do odbudowanego staraniem Ligi Lombardzkiej Mediolanu. Gomez, obecny strateg zakonu asasynów. Niejaki Malvik z Tebriz oraz Lester. O tym ostatnim wiemy tyle, iż jest synem tego starego pryka!
    Hardhim poprawił się na swoim siedzeniu, bardziej teraz zaangażowany w toczącą się rozmowę:
    – „Lester” wszak nie jest jego prawdziwym imieniem. Szpiedzy donoszą, iż nadzwyczaj często podróżuje do Persji. Może odwiedza samego Sinana? Raz udał się tam z pamiętnikiem właśnie. To by sugerowało, kto jest teraz w jego posiadaniu.
    Z głębi słabo oświetlonej sali, pośród półmroków tam panujących, dało się słyszeć jakby nikły odgłos buta, delikatnie uderzającego o kamienną posadzkę podłogi.
    – Słyszeliście? Cóż to mogło być? Nikt przecież nie ma prawa wstępu do tej komnaty.
    W tym momencie siwy brodacz zaniepokoił się ciągłym milczeniem Al Massaha, siedzącego u szczytu stołu, tuż obok niego. Podczas całej rozmowy nie wypowiedział ani słowa, nie podniósł nawet wzroku na zebranych. Stale pochylony delikatnie nad blatem stołu, z kapturem zasłaniającym wyraz jego twarzy.
    – Bracie? Nie masz nam nic do powiedzenia w tej sprawie?
    Teraz świeca tliła się jasnym, niczym niezachwianym płomieniem. Na sali panowała idealna cisza.
    Zakonnik nie ustępował, wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu gospodarza. Ciemnobrunatna kropla spadła spod kaptura na blat stołu, tuż przed milczącym zakonnikiem:
    – Bracie?
    Delikatnie odchylił go do tyłu, tak że ten bezwładnie opadł na oparcie swojego krzesła, ukazując zebranym bladą, nieruchomą twarz. Oczy zimne, w bezruchu zwróciły się ku sufitowi wraz z całą głową opadającą z impetem na oparcie. Z szyi sączyła się duża struga brunatnej krwi. Rozpłatane gardło, niczym przekłute niesamowicie precyzyjnym i ostrym narzędziem, ujawniło swoje wnętrzności stale zalewane odpływającą z głowy krwią, niepompowaną już przez martwe serce. Wszyscy obecni gwałtownie podnieśli się ze swoich siedzeń, nikt jednak nie wydał bodaj jednego dźwięku. Zamarli w kompletnym bezruchu, tępo patrząc się tylko na ten niecodzienny widok. Jakże potężne było ich zaskoczenie. Odchylony na oparciu trup Al Massaha obie ręce miał złożone pod stołem, jednak dało się zauważyć, że z prawej dłoni, zaciśniętej w martwym bezruchu, wystawało coś biało-czerwonego. Trwało dłuższą chwilę, nim w końcu siwy brodacz, stojący nieprzytomnie najbliżej korpusu templariusza, wrzasnął ile sił w gardle, uwalniając swoim zachrypniętym, niemłodym już głosem:
    – Straże! Straże!
© 2004-2023 by My Book