[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Moja Ameryka
Moja Ameryka
Kleofas Hubert Rundżjo
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 254 pages
Book cover: soft
Publication date:  January 2010
Category: Biographies & Memoirs
ISBN:
978-83-7564-234-6
35.00 zł
ISBN:
978-83-7564-236-0
21.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
     W czerwcu 1952 roku, po ukończeniu dziesiątej klasy na wygnaniu w Morągu zostałem wcielony w szeregi Ochotniczej Służby Polsce. Była to organizacja, w której młodzież w wieku szkolnym w okresie wakacyjnym brała udział w odbudowie ojczyzny. Młode osoby ze szkół wysyłano do pracy na polach PGR-ów, a tych, którzy zakończyli swoja edukację na obowiązujących siedmiu klasach, przydzielano do kopalń, hut, odbudowy miast i do większych zakładów przemysłowych. O ile niektórym uczniom mojej szkoły udało się uniknąć zaszczytnego obowiązku służenia w oddziałach SP, mnie – osobnika o „niechętnym” nastawieniu do rzeczywistości – wcielono do zastępów budowniczych ludowej ojczyzny jako jednego z pierwszych.
    Zaraz po rozpoczęciu wakacji wszystkich nas załadowano do pociągu w Morągu i wysłano do Wrocławia. W czasie podróży nasi przełożeni ustalali plutony i wyznaczali plutonowych na dowódców poszczególnych grup. Osobnikiem sprawującym nadzór nad grupą z Morąga okazał się znany mi z widzenia Maciek Strzałkowski, absolwent szkoły ogólnokształcącej w Pasłęku. Kiedy w trakcie zapoznawania się z członkami swojego hufca dowiedział się, że jestem osobą z jego szkoły, natychmiast wyznaczył mnie na plutonowego. Punktem docelowym naszego oddziału była niewielka miejscowość Muchobór Wielki położona na granicy Wrocławia, ze znaczną ilością gruntów należących do ogrodniczego PGR-u.
    Rozmieszczono nas w koszarach zwolnionych przez żeński hufiec. W łóżkach, pod siennikami, w zakamarkach znajdowało się pozostawione krwawe podpaski, na deskach piętrowych łóżek czerwieniły się odciski okrwawionych dłoni, czy krwawe smugi pozostawione po wycieranych o ściany palcach.
    Mój pluton, umundurowany w wojskowe drelichy, plewił rzodkiewki, sałatę, buraki czy szczypiorek. Na pole przywożono nam drugie śniadanie. Był to przeważnie twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem. Czasami na skutek dłuższego przetrzymywania przygotowanego śniadania w przegrzanym pomieszczeniu następowała fermentacja nabiałowego produktu wymieszanego z warzywami i posiłek stawał się niejadalny. Na znak niezadowolenia niektórzy uczestnicy hufca pracy usiłowali karmić kwaśniejącym twarożkiem konia, ale zwierzę to, które przywiozło kontener ze śniadaniem, wierzgało kopytami i usiłowało gryźć osoby wpychające mu do pyska garście popsutego sera.
    Czas powoli posuwał się do przodu. Prócz zatargów z miejscową policją i wycieczek w niedziele do Wrocławia nic się nie działo. Aż pewnego razu w czasie obiadowej przerwy jeden z uczniów, podjąwszy leżący w rowie wyorany przez traktorzystę duży pocisk armatni, wyniósł go na środek wykładanej bazaltową kostką szosy i uniósłszy do góry, upuścił zapalnikiem w dół. Wybuch, który potem nastąpił, zabił trzy osoby z mojego plutonu. Na szczęście ja w tym czasie stałem z drugiej strony lipy i eksplozja nie wyrządziła mi żadnej szkody. Szczątki zabitych osób zgarnięto w trumny i z honorami pochowano. Po zakończeniu turnusu Maciej Strzałkowski na moją prośbę wystawił mi bilet do Zakopanego i stamtąd do domu w Pasłęku. Inni musieli wracać zbiorowym pociągiem do Morąga.
    Lato zbliżało się ku końcowi. Prócz żółknących liści na drzewach, mglistych i chłodnych wieczorów i ranków widziało się stada ptaków szykujących się do odlotu w dalekie ciepłe strony świata. Woda w jeziorach i stawach nie wabiła ciepłym odblaskiem do kąpieli. Trzeba też było pojechać do szkoły w Morągu i zarejestrować się na zajęcia. Pewnego razu z samego rana ruszyłem na rowerze po asfaltowej szosie, żeby dopełnić obowiązku wpisania się do rejestru uczniów na rok szkolny 1952–1953. W budynkach pełno było znajomych osób – uczniów i nauczycieli. Odbywały się tam też egzaminy poprawkowe dla tych, którzy otrzymali w poprzednim roku stopień niedostateczny. Na korytarzu spotkałem jednego ze swoich kolegów, uczestnika hufca SP z mojego plutonu – Witolda Litwinowicza. Nie powiodło mu się, bo złapał dwóję z polskiego, całe lato przepracował w PGR-ze Muchobór Wielki i nie miał czasu na przygotowanie się do uzupełnienia swojej wiedzy z polonistyki. Żal mi się go zrobiło, więc zaproponowałem, że pójdę i zdam egzamin za niego. Nasza profesorka polonistka została aresztowana za działalność antykomunistyczną i jej miejsce w zastępstwie zostało przydzielone osobie z innego miasta. Biedak po dłuższych wahaniach zgodził się na moją ofertę. Wszedłem więc do klasy, przedstawiłem się jako Litwinowicz i przystąpiłem do odpowiedzi. Na zapytanie, co było powodem, że oblałem przedmiot, opowiedziałem o kłopotach w rodzinie i że to właśnie dlatego nie byłem w stanie w pełni poświęcić się przygotowaniom do lekcji. Kiedy doszło do tego, żebym zadeklarował, co mi się najbardziej podoba, odpowiedziałem, że fascynuje mnie poezja XX wieku i ponieważ nieźle znam rosyjski, wielokrotnie zastanawiałem się nad przekładami na polski poezji Majakowskiego, opowiadań Babiela czy wierszy Jesienina. Na twarzy młodej profesorki zauważyłem zdumienie. Pochlebiło to mi i zacząłem cytować oryginały wierszy w języku, w jakim były napisane, oraz ich tłumaczenia. Skończyłem na Puszkinie i jego przekładzie Wojewody Mickiewicza, gdzie rytm i treść zostały w znacznej mierze zmienione. Przytoczyłem z pamięci całe urywki w obu językach i wskazywałem na różnice. Moja egzaminatorka nie mogła się nadziwić, z jakiego powodu dostałem stopień niedostateczny. Wyszedłem z piątką plus. Po krótkim pobycie w szkole wyciągnąłem z piwnicy rower i zmierzałem po korytarzu do wyjścia, żeby wrócić do Pasłęka. Niestety zobaczył mnie tam dyrektor szkoły August Żołądkowski i nowa młoda polonistka. Z wypiekami na twarzy, wskazując ręką na mnie, pani profesor wykrzyknęła:
    – To jest właśnie ten uczeń Litwinowicz. Jestem ogromnie zaskoczona jego wiedzą i dotychczas nie mogę zrozumieć, czym była spowodowana ocena niedostateczna z zakresu języka polskiego.
    Dyrektor Żołądkowski zamienił się w słup soli, oczy mu wyszły na wierzch i wyglądał, jakby w niego piorun strzelił.
    – To jest Litwinowicz? Litwinowicz jest mały, czarny, o ciemnej skórze. Mówiłem pani. To jest ten bandyta przysłany mi z Pasłęka! Chuligan, oszust, jaki nie powinien być w żadnej szkole. Ty deprawujesz moich uczniów! – wrzeszczał z niemieckim akcentem mój dyrektor. – Wynoś się z mojej szkoły, żebym cię nigdy więcej nie widział. Nie wolno ci tu przebywać ani sekundy dłużej. Raus!!! – zaczął tupać i pokazywać ręką drzwi.
    Szybko wyszedłem na plac, wsiadłem na rower i nigdy więcej nie pojawiłem się w szkole w Morągu.
     W parę dni po powrocie z Morąga do domu wraz z Mietkiem Urbanowiczem postanowiliśmy opuścić Pasłęk i wyjechać do Otmuchowa. Mietkowi nie powiodło się na egzaminach z matematyki i musiałby powtarzać dziesiątą klasę. Otmuchów pociągał mnie tym, że znajdował się w pobliżu miejscowości, gdzie osiedliliśmy się po repatriacji z Białorusi. A poza tym leżał nad wielkim jeziorem, rokującym nadzieje na przyjemności pływania. Byłem namiętnym zwolennikiem tego sportu. Od wczesnego dzieciństwa nie omijałem żadnej okazji zanurzenia się w byle kałuży czy sadzawce. Jeszcze na Białorusi rodzice wyciągnęli mnie, kilkuletniego chłopca, z głębokiego rowu. Znalazłem się w nim w nadziei wykąpania się i omal nie przypłaciłem tego życiem. Upadłem twarzą w dół i nie mogłem się stamtąd wydostać.
     Tak więc opuściliśmy z kolegą szkolnym Mazury w poszukiwaniu szczęścia na Opolszczyźnie. Nasz przyjazd do Otmuchowa zakończył się decyzją Mietka powrotu do rodziców. Ja ruszyłem nad granicę z zamiarem ucieczki na Zachód. Dwie doby spędzone na obserwacjach przejścia do sąsiadów spowodowały zmianę mojej decyzji. Nie było to takie proste. Udałem się więc do Wrocławia, a stamtąd do Muchoboru Wielkiego. Mieszkały w nim nadal trzy młode dziewczyny, sprawujące z ramienia SP nadzór nad koszarami, w których spędziłem lato. Przyjęły mnie przyjaźnie i pozwoliły mieszkać nieodpłatnie do czasu, kiedy znajdę zatrudnienie. Stało się to w niedługim czasie. Zostałem przyjęty na stanowisko referenta wydziału zaopatrzenia we wrocławskim Pa-Fa-Wagu. Ze względu na przyjazd grupy inwentaryzacyjnej do koszar, musiałem je pospiesznie opuścić. Wprowadziłem się wtedy do wielkiego żelbetonowego bunkra naprzeciwko miejsca pracy. Około dziesięciu dni mieszkałem w nim z Cyganami. Była to duża grupa wędrowna zajmująca się reperacją dachów. Palili tam ogniska, przygotowywali strawę i trzymali swoje narzędzia
     Wrocław, zniszczony niemal całkowicie w czasie działań wojennych, był wtedy jedną wielką ruiną. Ulice stanowiły wąwozy wśród poprzesuwanych na boki gruzów, między którymi odbywał się ruch kołowy i pieszy. Po tygodniu skierowano mnie do hotelu robotniczego na przedmieściu miasta. Ponad dziewięćdziesiąt pięć procent jego lokatorów stanowili greccy komuniści, uciekinierzy ze swojego kraju. Ich zwyczaje, muzyka, potrawy stanowiły dla mnie egzotyczną nowość. Byłem na przykład niezmiernie zaskoczony, że greccy mężczyźni nie tańczyli z kobietami. W takt muzyki wykonywali posunięcia i ruchy wyłącznie z osobnikami tej samej płci.
     Zapisałem się też do szkoły wieczorowej dla dorosłych przy ulicy Piotra Skargi. Do siebie na kwaterę wracałem późno i rano wyskakiwałem jak z procy ze swojego łóżka, żeby zdążyć na czas do pracy. Na ogół dopadałem tramwaju na zakręcie i czepiałem się czegoś, na czym nie wisiał jeszcze ktoś inny, i w przeciągu godziny powoli przesuwałem się do środka. Z zakładu często jeździłem do Katowic do hut i stalowni z dokumentacją wykonania części dla rosyjskich czołgów. Zamówienia wykonywano w przyspieszonym tempie, odkładając na później wszelkie inne projekty. Rezultatem tych częstych odwiedzin Zagłębia był nieszczęśliwy wypadek spowodowany penetracją soczewki mojego oka przez kawałek antracytu. Wbił się głęboko i lekarzom zajęło sporo czasu jego usunięcie.
     Wśród współpracowników w pamięci mi pozostał szczupły, młody człowiek. Ciemny blondyn z niebieskimi oczyma, patrzącymi w jakąś widzianą przez siebie dal. Był gruźlikiem. Nieustannie kaszlał i z wyrazem goryczy na twarzy często zwracał uwagę kolegom z wydziału, ponaglając ich do bardziej wydajnej i sumiennej pracy. Sam często pozostawał po godzinach, gdyż uważał, że jako członek partii powinien więcej robić. Kiedy patrzyło się w jego z lekka przymglone oczy gruźlika, widziało się w nich i czuło cmentarny mrok. Każdy bliższy z nim kontakt owiewał osoby zaangażowane w wymianę z nim zdań mogilnym chłodem.
     Dnia 4 listopada 1952 roku ktoś przed południem podszedł do mnie i poprosił, żebym się udał do wydziału zbytu. Widziałem niewielką tabliczkę informującą o jego istnieniu po przeciwnej stronie wejścia do nas. Na pytanie, w związku z czym mam tam pójść, oświadczono, że tam otrzymam odpowiedź. Ruszyłem więc z miejsca, niczego nie podejrzewając. Kiedy nacisnąłem klamkę, drzwi się nie otworzyły. Zapukałem więc kilkakrotnie i wtedy jakaś osoba z lekka uchyliła jedno skrzydło i wpuściła mnie do środka. Poproszono, żebym usiadł, a następnie spytano mnie o nazwisko, imię i datę urodzenia. Po uzyskaniu odpowiedzi stanęło przede mną dwóch mężczyzn i jeden z nich oświadczył, że jestem aresztowany.
© 2004-2023 by My Book