[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Czas niewielkich strat
Czas niewielkich strat
Bogusław Narewski
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 187 pages
Book cover: soft
Publication date:  January 2009
Category: Novels
ISBN:
978-83-7564-155-4
28.00 zł
ISBN:
978-83-7564-287-2
20.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
    Wjechali na drogę wiodącą przez las liściasty, a od maski samochodu odbijały się smugi światła. Pojawiały się z rzadka, migocząc i męcząc oczy. Po kilkunastu minutach wyjechali z lasu i wtedy po obu stronach szosy zobaczyli pola. Słońce, które było właśnie w zenicie, oślepiło ich na chwilę, więc Olgierd wyjął ze schowka dwie pary okularów słonecznych. Jedną podał Antowi. Ten, założywszy je, zamknął obie elektryczne szyby, włączył klimatyzację i przyśpieszył. Toyota coraz szybciej pokonywała kolejne metry rozgrzanego asfaltu.
    Co jakiś czas mijali knajpy i małe bary stojące tuż przy drodze. Każdy z nich reklamowały odrapane szyldy pomalowane wyblakłymi literami. Informowały o tym, co znajduje się w jadłospisie, ale jeszcze lepiej czynił to intensywny zapach smażonych ryb i kiełbasy, odczuwalny dużo wcześniej.
    – Zjemy coś? – zapytał Olgierd.
    – Można by. Zgłodniałem.
    – W takim razie zjedźmy przy następnym barze. Za chwilę powinien jakiś być.
    – O, skurczybyk! – syknął Ant.
    Zobaczyli mały samochód, który wyprzedziwszy ich w mgnieniu oka, pomknął do przodu. Był to niski jasnoniebieski peugeot kabriolet z zaciągniętym czarnym dachem. Oddalał się z rosnącą prędkością.
    Ant przyspieszył, ale kabriolet zniknął już za zakrętem. Zredukował bieg i toyota zawyła na wysokich obrotach. Olgierd przypatrywał mu się spod oka, lecz nic nie mówił. Po chwili znów dostrzegli peugeota, lecz był tylko małym punktem na końcu bijącej czarnym blaskiem jezdni. Ant przycisnął pedał gazu prawie do końca, aż wcisnęło ich w skórzane fotele. Kabriolet zaczął się powiększać, a po dwóch minutach mogli przeczytać już i cyfry na tablicy rejestracyjnej. Po chwili toyota zaczęła go wyprzedzać. Trwało to chwilę. Olgierd, spojrzawszy w prawo, obserwował peugeota przez szybę. Zostawiwszy go w tyle, Ant wrócił na prawy pas i przez pewien czas utrzymywał zawrotną jak na tę drogę prędkość. Napięcie znikło z jego twarzy. W jego miejsce pojawił się nikły uśmiech satysfakcji. Olgierd zauważył to i powiedział:
    – Z kobietą się ścigasz, chłopcze. Nie ma powodów do dumy.
    Usłyszawszy to, Ant odruchowo zwolnił na chwilę, a jego twarz przybrała zacięty wyraz, jeszcze bardziej zacięty niż poprzednio.
    – Nawet ładna – dodał Olgierd. – Ma fantazję babeczka.
    – Ciekawe, skąd ma taki wózek. Nie każdego stać na coś takiego.
    – I wie, jak go używać.
    – Pewnie jedzie wydawać ciężko zarobione pieniądze swojego męża, który o niczym nie wie, a obok siedzi jej dwudziestoletni kochanek palący jego cygara – powiedział Ant. – Chciałbym to zobaczyć.
    Zwolnił jeszcze trochę i popatrzył w boczne lusterko. Peugeot zbliżał się stopniowo, a potem, mignąwszy kierunkowskazem, zasygnalizował zamiar wyprzedzania. Kiedy samochody się zrównywały, Ant dodał gazu, uniemożliwiając kobiecie zjechanie na prawy pas. Gdy przyspieszyła, uczynił to samo. Starał się trzymać równo z peugeotem, obserwując go z góry kątem oka, co było o tyle łatwe, że samochód jadący teraz lewym pasem był dużo niższy od toyoty. Oba wozy mknęły wąską szosą, szybko zbliżając się do zakrętu.
    – Patrz na drogę – rzucił szybko Ant.
    Odwrócił głowę w lewo i spojrzał w dół, aby spojrzeć na pasażera peugeota. Była to długowłosa, najwyżej trzydziestoletnia blondynka, której opalone ramię spoczywało na prawych drzwiach samochodu. Patrzyła mu prosto w oczy, a w jej spojrzeniu nie dostrzegł cienia strachu przed niebezpieczeństwem ani nawet niepokoju. Spoglądała na niego z zaciekawieniem i wyglądało na to, że świetnie się bawi. Patrzyli na siebie przez kilka sekund.
    – Zaraz zakręt – powiedział spokojnie Olgierd. – Decyduj się: albo ją puszczasz, albo pokazujesz, co potrafisz. W końcu nikt miał nas nie przegonić, sam tak mówiłeś.
    Nagle Ant, nacisnąwszy hamulec, pozwolił się wyprzedzić. Znów widzieli tylne tablice rejestracyjne peugeota. Tym razem jednak niewielki dystans między pojazdami utrzymywał się.
    – Jaką miał minę ten jej gość? – zapytał Olgierd.
    Ant chwilę milczał, a potem powiedział:
    – To nie gość, to też babka. – Poprawił się w fotelu. – Muszę ją jeszcze raz zobaczyć.
    Po chwili sytuacja powtórzyła się – oba pojazdy jechały równolegle po szosie, ale tym razem to peugeot nie chciał puścić toyoty. Ant wcisnął pedał gazu do końca. Silnik zawył i samochody mknęły tak obok siebie kilka minut. Olgierd odwrócił głowę w prawo, z coraz większym podziwem patrząc na kobietę prowadzącą kabriolet. W pewnej chwili spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Odpowiedział jej tym samym. Potem zerknął na drogę. Właśnie minęli tablicę informującą o stacji benzynowej w odległości pięciuset metrów. Sprawdziwszy wskaźniki na desce rozdzielczej, powiedział szybko:
    – Zwolnij! Zaraz zostaniemy bez benzyny. Zapomnieliśmy zatankować, a za chwilę będzie stacja. – Widząc, że kierowca nie ma zamiaru zwolnić, krzyknął: – Ant! Jak się nie zatrzymasz, będziemy musieli go pchać do Jastrzębiej.
    Ant z niechęcią zwolnił i zjechał z powrotem na prawy pas. Zobaczyli, jak peugeot wyrywa do przodu, a na pożegnanie wesoło machają im ręce obu pasażerek. Ant z rezygnacją zwiesił głowę.
    Po chwili toyota przejechała pomiędzy dwoma betonowymi słupami ograniczającymi wjazd na stację i podjechawszy pod dystrybutor, zatrzymała się. Parę metrów dalej był sklep spożywczy. Mężczyźni wysiedli i od razu przytłoczył ich ciężar upału.
    – Ja zatankuję – powiedział Olgierd, dając tamtemu banknot. – Idź, kup coś do picia.
    Wnętrze sklepu nie było klimatyzowane. Panował tam zaduch i nieprzyjemny zapach. Ant cofnął się i zostawił drzwi otwarte, lecz to niewiele pomogło. Z przeszklonej chłodziarki wyjął dwie półtoralitrowe butelki wody i stanął przy kasie. Za ladą nie było nikogo. Po minucie postawił butelki i rozejrzał się. Wyglądało na to, że w sklepie nie ma nikogo prócz niego. Mocno brzęknął o blat plastikową podstawką do wydawania reszty.
    – Dzień dobry! – powiedział głośno.
    – Zaraz! – usłyszał gdzieś z głębi sklepu. Zrobił krok w tamtym kierunku i dopiero teraz dostrzegł dziewczynę w fartuchu. Klęczała na podłodze, ustawiając piramidę z puszek kukurydzy. Konstrukcja była prawie tak wysoka jak ustawione obok regały i miała kształt ostrosłupa szerokiego na metr w podstawie. Ustawienie jej musiało zająć dużo czasu. Wreszcie sprzedawczyni podniosła się i poczłapała do lady. Gdy była już po drugiej stronie, spojrzała na niego pytająco, ale nie powiedziała ani słowa. Jej spocona twarz wyrażała całkowitą obojętność.
    Milczał.
    Ona także się nie odzywała i stali tak przez chwilę. Ant usłyszał odgłos silnika toyoty, a potem trzaśnięcie drzwi. Olgierd już zatankował i czekał na niego.
    – Czego? – warknęła wreszcie dziewczyna.
    – Proszę pani – rzekł powoli Ant. – Mówi się: „czym mogę służyć” albo w najgorszym razie: „co podać”.
    Nie zareagowała. Popatrzył w jej puste oczy i niechętną twarz, a potem na tlenione blond włosy upięte różową spinką tuż nad czołem i westchnął.
    – Chciałem kupić tę wodę…
    – Pięć złotych – powiedziała, stuknąwszy palcem w klawisz kasy.
    – …ale myślę sobie, że poproszę jeszcze puszkę kukurydzy.
    – Tam jest – powiedziała, pokazując mu palcem miejsce, gdzie była, kiedy wszedł do sklepu.
    – Tak właśnie sobie pomyślałem – odparł i powoli podszedł do piramidy. Ukląkł przy niej, a potem jednym szybkim ruchem wyszarpnął puszkę z najniższego rzędu. W następnej chwili dobiegł go przeraźliwy, głośny i piskliwy krzyk dziewczyny, który na tle kakofonii spadających i turlających się po całym sklepie puszek wydał mu się odgłosem dziwnie ludzkim. Po chwili okrzyk wściekłości powtórzył się, a potem znów.
    Ant podniósł się i popatrzył na dziewczynę: jej twarz była czerwona. Oddychała szybko i próbowała coś powiedzieć, lecz nie mogła wydobyć słowa.
    Do sklepu wbiegł Olgierd. Jednym spojrzeniem ogarnął wnętrze. Od razu zobaczył sklepową z wściekłą miną i rozwianymi włosami, a potem Anta pośród rozsypanych na podłodze puszek.
    – To twoje dzieło?
    – Nie – odpowiedział tamten, podchodząc do lady. – Nie moje. To grawitacja. Nie pamiętasz? Uczyli nas tego na fizyce. Sam mi w tym pomagałeś, więc powinieneś wiedzieć lepiej ode mnie, jak to działa.
    – Daj spokój – rzekł Olgierd. – Wychodzimy.
© 2004-2023 by My Book