[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Nieświat
Nieświat
Adrian Zwoliński
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 96 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  marzec 2007
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-89770-75-2
16.50 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kufelkowa opowieść (fragment)

    Jak żyję (a z ćwierć wieku już to będzie), nie widziałem czystej karczmy. Ta, w której zaczyna się nasza opowieść, nie jest wyjątkiem. Powiedziałbym nawet, iż jest potwierdzeniem (jakże mocnym) zasady.
    Łęczycka oberża nie słynęła z elegancji. Powiedzmy sobie wprost – lepsze widoki spotyka się w chlewie. Stosy brudnych, niedomytych naczyń piętrzyły się na podłużnych, lepkich od brudu jadalnianych ławach. Rozlane potrawy, resztki jedzenia zdobiły chwiejące się stoły, zmieniające kolor w zależności od posiłku, jaki był ostatnio na nich spożywany. Na ladzie karczmarza osiadł gęsty kurz, tworzący w połączeniu z oliwnymi plamami gęstą substancję.
    Podczas każdego kroku podłoga uginała się pod stopami, wydając przy tym przeraźliwe skrzypnięcia. Spośród wielu nieprzyjemnych zapachów najbardziej intensywny był smród rozkładającego się mięsa oraz stęchlizny, wilgoci. Szara, tytoniowa mgiełka wypełniała to ponure pomieszczenie, czyniąc niewidzialnymi ozdoby urozmaicające liczne kąty karczmy – pajęczyny. W środku nie panował tłok. Obsługa przechodziła leniwie pomiędzy ławami, wysłuchując zamówień. Goście siedzieli spokojnie na swych miejscach, oddając się rozmowie, licznym grom karcianym, niektórzy, przesadziwszy z trunkami, chrapali cicho pod ścianą. Gdzieniegdzie dało się jednak słyszeć spontaniczne wybuchy śmiechu, czyjś gruby, charczący głos opowiadający rubaszny dowcip.
    – I mówię ci, waćpan, ja mu trzask po ryju, aż mu gały wyleciały!
    Grupa mocno podpitych szlachciców parsknęła śmiechem.
    – Po ryju! – powtórzył jeden, spazmując z radości.
    – Po ryju, kamracie! A ileż ja mu złota wyniosłem, jak bez życia leżał na ziemisku!
    Zapanowała cisza, powoli ścichły gromkie okrzyki. Goście siedzący przy sąsiednich stolikach dyskretnie obrócili głowy w jego stronę.
    – Złota? – nie wytrzymał któryś z towarzyszy szlachcica. – Ileś tego złota wyniósł, Macieju?
    – Wiele – odparł Maciej po krótkim milczeniu. – Ile unieść zdołałem.
    Po karczmie rozszedł się nieprzyjazny szmer. Karczmarz wychylił się zza lady, by zobaczyć, co się dzieje, czy przypadkiem nie zanosi się na bójkę.
    – I mówię wam, przyjaciele – kontynuował – wyniósłbym z kryjówki tego zbója więcej, gdybym koniem lub wozem był w tamtych stronach.
    Kolejna fala szeptów przeszła przez oberżę.
    – Skoroś taki mocny, czemu do Boruty nie pójdziesz, co pod łęczyckim zamkiem siedzi?
    – A po po cóż mi? – zapytał rozbawiony. – Mam diobła za rogi wytargać?
    Nieliczni zdobyli się na uśmiech. Większość siedziała i przysłuchiwała się z zainteresowaniem rozmowie. Nawet pijaczyna, leżący obok pobliskiego kominka, otworzył oczy, śledząc uważnie rozmowę.
    – Każdy dobrze wie, że Boruta niezliczone bogactwa chowa. Dwie takie twierdze jak ta łęczycka można by za to wybudować.
    – Nie chcę koślawych bogactw czarta. Niech sam na nich siedzi.
    – Czyżbyś bał się, Macieju, Boruty?
    Kto był tylko obecny w gospodzie, w napięciu oczekiwał na odpowiedź szlachcica. Co odpowie? Stchórzy? Przyjmie wyzwanie? Nie, skąd – nie jest samobójcą, by iść do diabła. A może…
    Chwila zdawała się być wiecznością. Wiecznością, próżnią, w której nawet mucha nie znalazła swego bytu wiążącego się z zamieszkaniem w kocich bobkach.
    Maciej zmierzył rozmówcę gniewnym wzrokiem
    – Tchórzę? Ja?! Powiedz mi, panie, kiedy tylko mam do Boruty iść, a już cholewki do podróży szykuję.
    – Teraz, kiedy już zmrok zapadł, by moc diabła podwoić. Tej nocy tam pójdź i czarta okradnij.
    – Jasna sprawa! – ryknął zadowolony Maciej. – Kolejka na mą cześć dla wszystkich.
    Entuzjastyczny wiwat zawtórował na wieść o darmowej kolejce.
    – Ale jeśli przegrasz, waćpanie – ciągnął pomysłodawca zakładu – oddajesz mi swego najlepszego konia. Zgoda?
    Szlachcic zawahał się przez moment. Czuł na sobie wzrok wszystkich.
    – Zgoda! A teraz pijmy, panowie bracia! Karczmarzu, żwawiej z trunkami! Pijmy, a za chwil parę pójdę do czarta odebrać mu fortunę!
    – Niech żyje Maciej! Niech żyje!
    

    Podjęcie zakładu tego wieczora nie było dobrym pomysłem. Nie chodzi tu wcale o porę, lecz o stan, w jakim był Maciej. Przed wyjściem z karczmy zdążył postawić jeszcze parę kolejek, a samemu sobie dwa razy więcej. Mimo iż był „lekko” podpity, trzymał się na nogach, a szablę twardo w ręku dzierżył. Ciemności, jakie zapadły, oświetlała niewielka pochodnia, którą dostał od oberżysty na odchodne. Szczyt zamczyska tonął w mroku, a jego wyższe partie murów oraz donżon przysłaniały obumarłe, sękate gałęzie drzew. Wiatr szumiał cicho, przesypując opadłe, pożółkłe sterty liści z miejsca na miejsce, najczęściej pod nogi szlachcica. Kontusz śmiałka falował, lekko podnosząc się i opadając nieznacznie.
    Zaszedłszy na tyły obwarowań, Maciej odnalazł wejście do podziemi twierdzy. Spróchniałe drzwiczki stały na straży kiepsko wydrążonego otworu, nad którym wznosił się niewielki, usypany z ziemi pagórek. Jednym silnym kopnięciem wąsacz wyważył deski imitujące zabezpieczenie, po czym zszedł do podziemi. Kamienne, nierówne schodki wiły się w głąb bezdennych lochów. W powietrzu unosiła się wilgoć, czyniąc podziemia chłodnymi, a gliniane ściany porastały grzyby lub mech. Im niżej Maciej schodził, tym jego pewność siebie malała. Schodząc musiał nie tylko walczyć z samym sobą, ale także uważać na wąskie stopnie oraz na niski, niekiedy wręcz zmuszający do marszu na czworakach strop. Strach – oto co czuł, przemierzając to odrażające, bezludne miejsce. Z każdym krokiem ręce drżały mu coraz mocniej, oddech zdawał się być charczący, nierównomierny. Gdy miał już zrezygnować, rzucić broń, uciec z lochów, by uratować życie, wyjechać z miasta, ocalić honor oraz konia, ujrzał światło. Doszedł do miejsca, gdzie kończyły się schody, a zaczynał niedługi korytarz prowadzący do jakiegoś oświetlonego pomieszczenia. Ciekawość, zwykła ludzka ciekawość zmusiła go, by iść dalej. Przełknąwszy z niepokojem ślinę, ruszył korytarzem. Zbliżał się do jasności, do świetlistego portalu. Czuł, jak chłód ustępuje ciepłu, jak zanika para wydobywająca się z nozdrzy. Ostatni krok, ostatni ruch i dojdzie do żółtej plamy, która niemal go oślepiała. Przekroczył granicę, wstrzymał oddech, zamknął oczy, a kiedy je otworzył… doznał szoku. Znajdował się w pomieszczeniu pełnym stosów złotych monet. Kufry wypełnione po brzegi kosztownościami, biżuterią, drogimi kamieniami, wznosiły się na szczytach złotych wzgórz.
    Kunsztownie tkane gobeliny, piękne obrazy, zdobiły ściany, nawet sufit. Blask licznych pochodni odbijał się od skarbów, rozjaśniając komnatę. Oniemiał. Szabla wypadła mu z ręki, wypalona pochodnia potoczyła się po posadzce. Nie wiedział już, czy ma uciekać, spróbować wynieść, ile się da, czy może raczej stać i podziwiać te niezliczone bogactwa.
    Mętlik ogarnął go całkowicie. Tyle bezcennych skarbów…
    Przeszedł kawałek w kierunku najbliższej sterty złotych sztab. Chciwość wygrała z rozsądkiem. Kiedy nachylił się i już miał sięgnąć po jedną z nich, usłyszał głos. Szept w jego umyśle odezwał się, odbijając niczym echo po skalnych półkach.
    – Bierz to wszystko. Bierz…
    – Kim jesteś?! – krzyknął Maciej, rozglądając się wokół siebie.
    – Przeznaczeniem, bogactwem, sławą…
    Głos wzbierał na sile z każdą chwilą.
    – Czego chcesz?! Gdzie jesteś?!
    – Tu, tu i tu…
    Maciej obejrzał się raz jeszcze. Świat zdawał się wirować, tajemniczy głos wychodził ze wszystkich ścian sali, z jego głowy.
    – Bierz te bogactwa. Uciekaj… bierz i uciekaj…
    Bez zastanowienia zaczął pakować kosztowności do jednego z kuferków.
    – Tak… bierz wszystko, więcej, więcej!
    Krzyk niemal go ogłuszył. Bezmyślnie, płoszony jedynie myślą o utracie złota, napychał sobie kieszenie biżuterią. Gdy wszystkie wolne schowki w jego kontuszu, spodniach były już pełne, podniósł wzrok. Kątem oka zauważył czyjąś sylwetkę, górującą nad jego osobą. Postać obserwowała, go wyraźnie rozbawiona, stojąc na pobliskiej górze monet.
    – Kolejny kuferek… napełnij, napełnij. Szybciej!
    Drogocenności wyślizgiwały mu się ze spoconych rąk. Chwytał każdy wypuszczony przedmiot, chowając go do następnej szkatułki. Ogarnięty szałem chciwości, zostawił dotychczasowe zdobycze. Oburącz złapał za uchwyt pokaźnego kufra pełnego srebrzystych sygnetów. Sylwetka istoty stawała się coraz mniej wyraźna. Zdawać by się mogło, iż powoli pochłania ją mrok, tak jak i całą salę.
    – Kradnij i uciekaj! Prędzej! – głos przemienił się w złowrogi syk.
    Maciej niczym opętany szarpnął kufer, aż ten przesunął się ciężko. Schował szkatułki pod pachę, po czym resztami sił ciągnąc złotą skrzynię, zaczął sunąć w kierunku wyjścia. Komnatę pochłaniała ciemność. Szlachcic spojrzał w kierunku ceglanego portalu będącego wyjściem z sali. Delikatna mgiełka formowała się w postać, przesłaniając portal. Odwrócił głowę. Istota stała tuż za nim. Wydawała się być wszędzie. Jej skąpana w cieniu sylwetka wypełniała niemalże całe pomieszczenie. Zalewała jego pole widzenia, gdziekolwiek by nie spojrzał. Tępy trans, w jaki wprowadziła go własna zachłanność, odbierał mu energię. Nagle, jak na rozkaz, światło zgasło, topiąc Macieja w ołowianym mroku. Upadł ciężko, uderzając głową o posadzkę. Przestał myśleć o złocie, spróbował się podnieść, aby ratować własne życie. Powietrze stało się gęste niczym smoła. Panika ogarnęła ciało i umysł szlachcica. Wstał, przebiegłszy parę kroków, bezbronny w nicości. Poczuł jak sucha, zimna dłoń chwyta go za krtań, powalając na ziemię.
    – TO SĄ TWOJE BOGACTWA! WALCZ, KWICZ, NIECH TWA DUSZA ULECI WYSOKO!
    Desperacko miotał się na wszystkie strony, próbując złapać oddech. Zatopił palce w podłodze, zacisnął je, czując, jak pękają mu paznokcie, jak opuszki nachodzą krwią. Ciemność spowijała go coraz szybciej, wywołując bolesne skurcze, konwulsje. Kosztowności wypadały z kieszeni, odbijając się metalicznie od podłoża.
    Ostatnimi siłami, w finalnym akcie bezsilności odepchnął ręce ściskające jego szyję.
    Resztkami energii ruszył po omacku przed siebie, by wydostać się z tego piekła. Gdy natrafił stopami na kamienne stopnie, zaczął biec po schodach ku górze, ku powierzchni.
    – UCIEKAJ! WIESZ, ŻE ZNAJDĘ CIĘ WSZĘDZIE!
    Długi, morderczy sprint wykończył go całkowicie. Wypadł nieprzytomny na przedpole twierdzy.
© 2004-2022 by My Book
×