Stałem kilkanaście metrów od grupy, liczącej dwadzieścia, może więcej osób stłoczonych wokół grobu. Nie trzeba było być tytanem spostrzegawczości, żeby zauważyć ich ukradkowe spojrzenia. Część mnie rozpoznała, o tym byłem przekonany. Niestety, broda, okulary i nakrycie głowy były kiepskim kamuflażem. Co też mi strzeliło do głowy z tym durnym kapeluszem? Wyglądam pewnie jak Czesław Niemen, pomyślałem. Lepiej mi było od razu nosić ze sobą wielki napis: WNUK ZMARŁEGO, KTÓRY ŁASKAWIE ZECHCIAŁ POJAWIĆ SIĘ NA JEGO POGRZEBIE PO LATACH NIEOBECNOŚCI. Nie czułem się w związku z tym komfortowo, ale też nie miałem zamiaru uciekać w popłochu. Już raz to zrobiłem. Postanowiłem, że jakoś przetrwam te ciekawskie zerknięcia, po których głowa wędrowała do głowy, żeby szepnąć słówko lub dwa. Przetrwam, bo nikt mnie tu na siłę nie ciągnął.
Początkowo w ogóle nie miałem zamiaru uczestniczyć w ceremonii, a jednak, ku memu zaskoczeniu, jakiś pierwiastek przyzwoitości, podsycany ledwo tlącym się płomykiem wdzięczności za to, co jednak dostałem w dzieciństwie, sprawił, że przyjechałem. Po powzięciu tej decyzji, ku memu zaskoczeniu, gdzieś z tyłu głowy zakiełkował nawet pomysł, żeby ponownie tu zamieszkać. Za takie natrętne myśli ganiłem się, bo nie po to stąd zniknąłem niemal dekadę temu, żeby teraz wracać na stare śmieci, do przeszłości, do tego wstydu, do tej kloaki, z której się wydostałem. Chociaż, z drugiej strony, on już nie żył. Nie żyła też kobieta. Kobieta, właściwie… Nie, nie umiałem sobie nawet wyobrazić, że wypowiadam to słowo na głos, już samo myślenie o niej w ten sposób obrzydzało mnie.
Kiedy tylko jej obraz stanął mi przed oczyma, opuściłem głowę. Ciekawe, czy dochowała tajemnicy, czy też z jakiegoś powodu przed śmiercią podzieliła się z kimś swoim sekretem? Wcale by mnie to nie zdziwiło. Cała armia psychologów nie byłaby w stanie wykorzenić ze mnie tego wstydu, gdyby te brudy wyszłyby na jaw. Ledwo radziłem sobie z tym, że tylko ja wiem, co zaszło. A może już nie?
Błądziłem oczami po obliczach zebranych, jakbym miał w ten sposób ustalić, czy znają prawdę. Nie wszystkich mogłem zobaczyć, jakby specjalnie tłoczyli się jak najbliżej siebie, szukając w bliskości ciepła w ten zimny styczniowy poranek. Nie, nie wiedzą, zapewniłem się w myślach, ale właściwie nie miałem podstaw, żeby tak sądzić. Nie, nie wiedzą, powtórzyłem sobie, niczym szczeniak liczący, że to zaklęcie, które koniecznie należy powiedzieć trzy razy, żeby zaczęło działać. Nie, nie wiedzą.
Ksiądz skończył. Nastąpiło jakieś poruszenie i odziany w czerń i biel kapłan z dwoma ministrantami i kościelnym opuścili krąg, żegnając się ze zgromadzonymi. Zanim się oddalił, zerknął jeszcze w moją stronę, ale chyba bardziej omiatał wzrokiem cmentarz, niż interesował się, kim właściwie jestem, aczkolwiek mogłem się mylić. To nie był stary proboszcz, który mógł mnie pamiętać z lekcji religii czy wizyt kolędowych, chociaż z drugiej strony, może ktoś doniósł mu o tym i owym, jak to na wiosce? Nie wariuj, świat nie kręci się wokół ciebie, starałem się sam siebie uspokoić.
W tym czasie duchowny i jego nieletni pomagierzy szybkim krokiem odchodzili, bez patrzenia za siebie, pewnie poganiani kuszącą perspektywą rychłego ogrzania się. Żałobnicy również zaczęli opuszczać cmentarz. Kiedy oddalali się od grobu, kilkoro z nich już nie siliło się na finezję, żeby niby przypadkowo rzucić na mnie okiem, tylko otwarcie patrzyli w moją stronę tak długo, aż musiałem się odwrócić, gdyż zaczynałem walczyć z myślą, że należy się im ukłonić. Wiedziałem dobrze, że oni nie tylko patrzą, ale tym patrzeniem formułują zarzuty, że zostawiłem dziadka, że nie opiekowałem się nim, że nie zadbałem o sprawy związane z pochówkiem, że nawet nie miałem odwagi przyjść do kościoła i jak mężczyzna pożegnać najbliższego krewnego. Jedynego krewnego. W miejscowościach takich jak ta informacje rozchodzą się szybko, a suche, czasem nudne fakty z każdym powieleniem stają się bardziej barwne, soczyste i dramatyczne. Wiedziałem to. Tyle lat tu mieszkałem. Starałem się jednak o tym nie myśleć, ale niemyślenie o tym jest łatwe daleko stąd, zaś tutaj staje się trudne, jeżeli nie niemożliwe. To oczywiste, że te oskarżenia były niesprawiedliwe, a jednak nie mogłem się bronić, ponieważ musiałbym zdradzić głęboko skrywaną tajemnicę rodzinną, ta zaś pogrążyłby mnie jeszcze bardziej. Wiedząc to wszystko, stałem tam, czując się jak bohater greckiej tragedii.
W końcu wszyscy poszli i mogłem podejść do grobu, gdzie za stertą kwiatów i wieńców stał wbity w ziemię krzyż z przyczepioną do niego tabliczką, na której było napisane: „Albert Powój 20.09.1920 – 02.01.2010 Niech spoczywa w pokoju”.