[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
W labiryncie duszy
W labiryncie duszy
Klaudia Winiarska
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 316 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  grudzień 2025
Kategoria: nauki humanistyczne
ISBN:
978-83-7564-737-2
48.00 zł
ISBN:
978-83-7564-738-9
20.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
   Popołudnie moich czterdziestych piątych urodzin spędziłam u psychiatry. Po dłuższej rozmowie usłyszałam diagnozę: depresja. Stan ten trwał już od wielu miesięcy, miałam jednak ciągle nadzieję, że uda mi się problem ten pokonać siłą własnego intelektu. Po wizycie u psychiatry zrozumiałam, iż bez wsparcia farmakologicznego i psychoterapii sobie nie poradzę – tym bardziej że forma depresji, na którą cierpiałam, wiązała się z silnymi stanami lękowymi. Moje lęki zdawały się mieć całkiem realną przyczynę, lecz przyczyna ta nie mogła stanowić dostatecznego wyjaśnienia dla tak silnej destrukcji psychicznej. Żadne badanie lekarskie nie potwierdziło przecież moich najgorszych obaw! Byłam więc zdrowa, ale nie mogłam w to uwierzyć! Lęk, który zawładnął moją psychiką, na to nie pozwalał! Lekarstwa, które zapisał mi psychiatra, pozwalały mi jedynie jakoś przetrwać te długie godziny między jednym snem a drugim, wypełnione po brzegi przeraźliwym lękiem. Czułam, że każdy następny poranek jest gorszy od poprzedniego. Kiedy otwierałam rano oczy, natychmiast mnie dopadał mój nieodłączny towarzysz: Wielki Lęk. Kiedy zasypiałam, zasypiał razem ze mną, i to były jedyne znośne chwile w moim życiu, choć zasypiając, bałam się, że rano znów obudzi się wraz ze mną. I tak zamykał się zaklęty krąg: lęk przed lękiem. I już nie wiem, czy bardziej bałam się tego, czego się bałam – choroby i śmierci – czy tego, że jutro znów się będę bała. Dla zdrowego rozsądku – totalny nonsens! I to zdecydowanie pogarszało mój stan. Bo umysł mój zdawał się nadal funkcjonować nienagannie. Byłam więc w pełni tego świadoma, że jest to absurd, co się ze mną dzieje, ale nie mogłam sobie tego wyperswadować, i nikt inny też nie mógł mi w tym pomóc. Argumenty zdrowego rozsądku – moje własne, lekarzy, męża, przyjaciół – nie znajdowały żadnego przełożenia na moje emocje. Byłam totalnie wytrącona z równowagi! I to czym!? Jakimś jednym badaniem lekarskim, z którego w danej chwili nic groźnego nie wynikało – ani dla mojego zdrowia, ani dla mojego życia. Przerażała mnie jednak potencjalna możliwość, że z czasem może się to zmienić. W poradnikach medycznych zdążyłam bowiem już wszystko na ten temat przeczytać, wybierając oczywiście zawsze najbardziej pesymistyczny wariant. Na tej podstawie wyrósł tak czarny scenariusz mojego życia w najbliższej przyszłości, że nie sposób było tego znieść. Poprawa stanu mojej psychiki następowała też zbyt powoli, bym mogła wierzyć w wyleczenie.
   Lęk przed śmiercią był we mnie wszechobecny, wszechwładny, nienasycony, pożerający każdą nieśmiałą pozytywną myśl, każdą iskierkę nadziei. A mimo to nie potrafił dokonać tego, czego wówczas najbardziej pragnęłam, odebrać mi życia, którego nie dawało się już znieść. Ale lęk nie zabija! Za to staje się niepodzielnym władcą duszy, i tak długo sączy w nią swe wyrafinowane podszepty, aż staną się one rzeczywistością, w którą wierzymy, choć doskonale wiemy, iż jest ona jedynie naszą imaginacją. Nie ma już wtedy miejsca na jakiekolwiek inne emocje; no, może czasem jeszcze pojawia się złość z pewną domieszką żalu i rozczarowania, że nikt nas nie rozumie i nie potrafi nam pomóc. Właściwie doskonale zdawałam sobie sprawę, że nikt nie może mi pomóc, a jednak cały czas tej pomocy oczekiwałam, bo jak inaczej wytłumaczyć, że każdemu, kto był gotów ze mną rozmawiać, wciąż od nowa opowiadałam wszystkie podszepty, mojego dręczyciela: Wielkiego Lęku. Czekałam chyba na to, że ktoś wreszcie wypowie jakąś zaczarowaną formułkę i uwolni mnie od mojego uciążliwego rozmówcy. Nikt jednak nie znał żadnego zaklęcia, każdy bazował na argumentach zdrowego rozsądku i na faktach, a te nie robiły na moim nieodłącznym towarzyszu najmniejszego wrażenia. Brał je wszystkie w nawias i stawiał coraz to nowe znaki zapytania. Swą „irracjonalną inteligencją” zdecydowanie przewyższał inteligencję wszystkich moich racjonalnie zorientowanych rozmówców. Mój mąż nazwał go „Władziem”, ponieważ władał moimi myślami, moimi emocjami, moimi nastrojami, moim całym postępowaniem. Nie mogło być więc mowy o znalezieniu jakiegokolwiek oparcia – ani we mnie samej, ani w osobach, które próbowały mi pomóc. Nie sposób było powstrzymać działania tej destrukcyjnej siły, która zawładnęła moją duszą, argumentami zdrowego rozsądku. Na ten niezwykły fenomen autodestrukcji psychicznej uwagę zwrócił już Freud, podkreślając: „W pracy analitycznej nic nie sprawia silniejszego wrażenia oporu niż ta siła, która wszelkimi sposobami broni się przed wyleczeniem i uparcie obstaje przy chorobie i cierpieniu” (Freud, 1994, s. 180). Dzisiaj jednak wiem, że starania innych osób o mój powrót do zdrowia nie były całkowicie bezowocne, szczególnie rozmowy z moim mężem i moim psychoterapeutą, ale i inne osoby wniosły niemało do tych obszarów mojej psychiki, które wówczas – choć zdawały się zupełnie nieaktywne – jednak odbierały niektóre impulsy. W tamtym czasie jednak zupełnie tego nie odczuwałam. Im bardziej starano mi się przemówić do tzw. rozsądku, tym gorzej się czułam. Docierało do mnie boleśnie tylko to, że nikt mnie nie rozumie i nikomu nie zdołam wyjaśnić, co się ze mną dzieje. Nikt nie jest w stanie mi pomóc, a ja nie jestem w stanie tak dalej żyć! Nie znajdując zrozumienia i oparcia u innych ludzi, zaczęłam szukać go w książkach. Mimo bardzo złego samopoczucia dużo w tym okresie czytałam, zwykle późnym wieczorem, bo wtedy mój nastrój się nieco poprawiał, lęk przycichał na skutek lekarstw przyjmowanych w ciągu dnia oraz wobec bliskości nadchodzącej nocy, obiecującej zapomnienie. Czytanie wprawdzie, podobnie jak żadna rozmowa i żadna czynność, nie było w stanie przepędzić mojego nieodłącznego towarzysza, ale nieco poprawiało moją kondycję psychiczną, co pozwalało mi – choć z ogromnym trudem – znosić tę katastrofę w mojej duszy. Wczytywałam się więc w filozofie Dalekiego Wschodu, które obiecują wytrwałym ukojenie poprzez różne praktyki duchowe, szukałam wsparcia w przemyśleniach na temat życia i śmierci u takich autorów jak: Stephen Levin – Kto umiera? Sztuka świadomego życia i świadomego umierania (Levin, 1999) oraz Gdybyś miał przed sobą rok życia (Levin, 2001), Ken Wilber – Śmiertelni, nieśmiertelni. Prawdziwa opowieść o życiu, miłości, cierpieniu, umieraniu i wyzwoleniu (Wilber, 1991). Próbowałam się konfrontować z historiami cierpienia i śmierci, opowiadanymi przez Elisabeth Kübler-Ross – Rozmowy o śmierci i umieraniu (Kübler-Ross, 1979) oraz Życiodajna śmierć (Kübler-Ross, 2005), a także z przejmującą do głębi historią ostatnich miesięcy życia Jane Zorza opowiedzianą przez jej rodziców – Sposób na umieranie (Zorza, Zorza, 1999). I oczywiście na temat samej depresji oraz lęku wiele czytałam (Dudek, Zięba, 1997; Kępiński, 2003; Solomon, 2004; Walewska, Pawlik, 1992; Pużyński, 1988; Wolpe, Wolpe, 1999). Starałam się zgłębić nurtujące mnie pytanie: „Skąd przybywa i czego ode mnie oczekuje Czarna Dama, zwana niegdyś Melancholią, a obecnie Depresją?”.
   Współczesna psychologia i psychiatria wie już bardzo dużo na temat depresji, bezbłędnie rozpoznaje jej symptomy, nawet jeśli występują w formie zakamuflowanej, np. jako zaburzenia somatyczne. Rozróżnia liczne postaci stanów depresyjnych, o różnym natężeniu i różnych kombinacjach objawów. Potrafi określić jej przebieg oraz skutki, opisać, co się wtedy dzieje w organizmie człowieka dotkniętego tą przypadłością, a co najważniejsze – potrafi ją leczyć. Nie potrafi jednak jednoznacznie wskazać przyczyn powstawania depresji, ponieważ są one poprzez swą wielorakość i różnorodność nadal nieuchwytne. Podlegają one więc nadal – jak wszystko, co nie jest jednoznaczne – interpretacji. Dlatego też psychiatria „jest szczególną dziedziną medycyny, gdyż stawia sobie za zadanie opisanie tego co nieopisywalne, zdefiniowanie tego co niedefiniowalne. Wszak psychika ludzka jest czymś najbardziej subiektywnym. Każdy człowiek jest inny, ma inną osobowość, inne problemy, marzenia, sposób reagowania, przeżywania i rozumienia świata. Sprowadzenie labiryntu ludzkich doznań do wspólnego mianownika jednostki chorobowej jest niezwykle trudnym zadaniem” (Dudek, Zięba, 1997, s. 13-14). Próba postawienia adekwatnej diagnozy, która na początku jest zwykle pewną hipotezą, musi zatem być procesem ciągłym i może opierać się jedynie na permanentnej weryfikacji swej poprawności. Chcąc jednak leczyć, psychiatria „musi zgodzić się na pewne uproszczenia, nazwać objawy i uszeregować je. To umożliwia tworzenie algorytmów postępowania, wzajemne porozumiewanie się specjalistów, prowadzenie badań naukowych. Takiemu celowi służą systemy klasyfikacji zaburzeń psychicznych, zawierające usystematyzowane opisy objawów” (ibidem, s. 14). Dzisiaj także już wiadomo, że są pewne uwarunkowania genetyczne, które sprzyjają powstawaniu depresji, nie można jednak twierdzić, iż w związku z tym depresja jest dziedziczna. Aby uwarunkowania te zostały spełnione i zaowocowały zaburzeniem pewnych procesów biochemicznych w mózgu, w tzw. neuroprzekaźnictwie, potrzeba często wielu innych bodźców, np. takich jak długotrwały stres, zaburzenia hormonalne, ciężki uraz psychiczny, trudne warunki życia, choroby somatyczne. Ze względu na swoją złożoność fenomen depresji wymaga więc całkowicie indywidualnego podejścia w procesie leczenia. W niektórych przypadkach trzeba zrobić nawet kilka podejść, i to z zupełnie różnych pozycji terapeutycznych, by wreszcie uzyskać jakiś postęp w leczeniu.

Depresja jako głębokie zaburzenie nastroju, nazywane niegdyś melancholią, notowane jest w dziejach ludzkości już od czasów starożytnych, a nawet w Biblii (Księga Hioba) można znaleźć opisy stanów psychicznych, które odpowiadają współczesnemu rozumieniu depresji jako jednostki chorobowej. Już w „skargach Hioba odnajdujemy objawy depresji, depresyjne zaburzenia myślenia, problemy w relacjach chorego z otoczeniem społecznym, pragnienie śmierci” (ibidem, s. 15). A jednego z pierwszych opisów melancholii/depresji jako zaburzenia psychicznego dokonał Hipokrates. Przyczynę tego zaburzenia upatrywał w nadmiarze czarnej żółci. Natomiast Rufus z Efezu (I/II w. n.e.) jako pierwszy zwrócił uwagę „na przedchorobową osobowość melancholika oraz częstsze występowanie depresji wiosną i jesienią. Jego poglądy, zawarte w traktacie o melancholii wywarły znaczny wpływ na medycynę w średniowiecznej Europie” (ibidem, s. 16-17). Wiele światła na tajniki depresji rzuciła także praca anglikańskiego duchownego Roberta Burtona z 1621 roku, nosząca znamienny tytuł The Anatomy of Melancholy (zob. Burton, 1989).
 
 Był to imponujący swoim zakresem przegląd dotychczasowej wiedzy na temat depresji. Autor zawarł w niej szereg niezwykle trafnych i nowatorskich uwag, na przykład o wpływie przeżyć z okresu dzieciństwa na kształtowanie się mentalności człowieka, o roli osobowości przedchorobowej, o fakcie częstszego występowania zaburzeń nastroju u członków najbliższej rodziny chorego. Nowatorskie było również podkreślenie znaczenia melancholii w życiu społecznym. Burton uważał, że depresja, zmieniając ludzkie uczucia i obniżając aktywność, wpływa na handel, rolnictwo, powoduje zubożenie i nędzę osób nią dotkniętych (ibidem).
 
   Do tego bardzo istotnego aspektu nawiązuje m.in. współczesny znawca tematu Wolf Lepenies w swojej książce Melancholie und Gesellschaft (1969). Wiele cennych spostrzeżeń, którymi swego czasu podzielił się Burton, nie straciło aktualności do dziś, tym bardziej że uwarunkowania społeczne i gospodarcze sprzyjające melancholii zdecydowanie się rozwinęły. Tradycyjnie uważa się, że najskuteczniejszym lekarstwem na melancholię jest praca wymagająca twórczego zaangażowania, a tego typu pracy we współczesnym świecie jest coraz mniej (zob. Lepenies, 2006, online). Warto tu podkreślić, że dopiero z końcem XVIII wieku przyczyn melancholii zaczęto dopatrywać się w ośrodkowym układzie nerwowym, a ostateczny przełom w rozumieniu melancholii/depresji dokonał się dopiero w drugiej połowie XIX wieku wraz z rozwojem nauki o fizjologii i patologii mózgu oraz wyodrębnieniem psychologii jako samodzielnej nauki (zob. Dudek, Zięba, 1997, s. 18-19). Tak więc też termin „depresja” pojawia się dopiero z początkiem XX wieku; choć wciąż jeszcze zamiennie używany jest z terminem „melancholia”. Wprowadził go szwajcarsko-amerykański psychiatra i psychoanalityk Adolf Meyer, który stworzył teorię zespołu psychopatologicznego, cechującego się obniżeniem nastroju oraz zahamowaniem procesów psychicznych, wegetatywnych i ruchowych. Chorobowe stany obniżonego nastroju o różnych przyczynach i pochodzeniu, które niegdyś określano mianem „melancholia”, zaczęto zatem nazywać „depresją”. Na uwagę zasługuje przy tym fakt, że współczesne pojęcie depresji nie pokrywa się w pełni z dawniej stosowanym określeniem melancholia. Melancholia jest zdecydowanie pojęciem szerszym i mniej precyzyjnym niż depresja. Zawiera wprawdzie wszelkie objawy, na podstawie których współczesna psychiatria diagnozuje depresję jako stan chorobowy, zawiera jednak także wiele takich „znaków szczególnych”, które raczej wskazują na predyspozycje lub stałe cechy osobowości, np. skłonność do zadumy i refleksyjności, uchylanie się od podejmowania decyzji i wprowadzania jej w czyn, ucieczka od rzeczywistości w świat wyimaginowany. Wspomniany wyżej Wolf Lepenies podkreśla, że każda próba zdefiniowania melancholii skazana jest na niepowodzenie, tak bardzo bowiem fenomen ten jest niepojęty, nieuchwytny i niewyrażalny. I chyba właśnie to stało się przyczyną, że melancholię często łączy się ze sztuką. Przejawia się w niej bowiem głęboka tajemnica, której w sposób racjonalny zgłębić nie sposób (zob. Lepenies, 2006, online). Może dlatego w tradycji kultury europejskiej Melancholię uważa się za nieodłączną towarzyszkę twórczego geniuszu. Na przestrzeni dziejów bardzo różnie rozumiano pojęcie „melancholii”, różnie wyjaśniano jej przyczyny i różnie ją interpretowano. W starożytności mianem tym określano jeden z czterech temperamentów (Hipokrates/Galen), wskazując tym samym na pewną „konstytucję” psychiczną, charakteryzującą danego człowieka. Uważano, że temperament melancholika wywodzi się z nadmiaru czarnej żółci. Wierzono także, iż człowiek o tego typu temperamencie poddany jest silnemu wpływowi Saturna, bowiem ponure światło tej planety napełnia ludzką duszę głębokim smutkiem, powodując ociężałość przechodzącą w stan otępienia umysłowego oraz emocjonalnego. I tak np. dla Arystotelesa melancholia była raczej rodzajem usposobienia niż stanem chorobowym. Nie jest ona w jego pojęciu też kategorią jednoznacznie negatywną, stanowi raczej pewną cechę, a może nawet predyspozycję genialności. W jaskrawej opozycji do arystotelesowskiej interpretacji tego fenomenu stoi pojmowanie melancholii w średniowieczu. Nastąpiło wówczas „odrodzenie się wiary w ponadnaturalne pochodzenie chorób (opętanie, czary, kara za grzechy)” (Dudek, Zięba, 1997, s. 17). Melancholię traktowano więc jako chorobę duszy, a tym samym jako grzech, i to grzech śmiertelny, będący wynikiem kryzysu wiary, a ten z kolei był dziełem szatana. „Niechęć do medytacyjnej pobożności, gnuśność, obniżenie nastroju, brak wiary w sens praktyk religijnych z jednoczesnym poczuciem grzechu i lękiem przed karą były częstą przypadłością średniowiecznych mnichów, spotykającą się jednak nie ze współczuciem, lecz potępieniem otoczenia” (ibidem). Stan ten określano mianem acedia. Dzisiaj odpowiadałby on najcięższym stanom depresyjnym, które wyrażają się nie tylko poprzez silne i długotrwałe obniżenie nastroju, lecz całkowitą apatię. Interpretacja tego stanu jako grzech śmiertelny jest wprawdzie szokująca, ale jej dalekie echa można rozpoznać jeszcze dzisiaj. Jednym z bardzo rozpowszechnionych objawów depresji jest silne poczucie winy chorego lub bardzo niskie poczucie własnej wartości. Kiedy u schyłku średniowiecza do głosu zaczęły dochodzić zupełnie nowe prądy, które zapoczątkowały epokę renesansu, a więc epokę humanizmu, zmieniły one przede wszystkim obraz człowieka. Dopuszczalne stało się na powrót wszystko, co głęboko ludzkie. Nic więc dziwnego, że zmieniły się także zapatrywania na różne „stany wyjątkowe” w ludzkiej psychice. Marsilio Ficino, włoski filozof renesansowy, pisze w De vita triplici (1494) o twórczych aspektach melancholii, nawiązując wyraźnie do Arystotelesa. Melancholicy są według niego osobami o niezwykłym charakterze i przeznaczeniu, osobami różniącymi się zdecydowanie od innych, osobami o cechach boskich bądź zwierzęcych, obdarzonymi zdolnością do przeżywania najwyższej szczęśliwości lub przytłoczonymi najgłębszym nieszczęściem (zob. Bellebaum, 1990, s. 47). Sam siebie odbierał jako właśnie taką osobowość, co wyraził bardzo trafnie w liście do przyjaciela. Podaję według wyżej wymienionego źródła niemiecką wersję jego słów, a poniżej tłumaczenie: „Ich weiß in diesen Zeiten sozusagen gar nicht, was ich will, vielleicht auch will ich gar nicht, was ich weiß, und will, was ich nicht weiß” (Ficino, cyt. za: ibidem). Można wyrazić tę myśl w sposób następujący: „W okresach tych zupełnie nie wiem czego chcę, a może wcale nie chcę tego, co wiem, lecz tego, czego nie wiem” [tłum. K.W.]. Trudno o lepszą interpretację stanów depresyjnych! Doskonałego opisu konfliktów podobnego rodzaju dokonał także – już tysiąc lat wcześniej – św. Augustyn. W jego analizie i ocenie stan taki przejawia się chwiejnością woli. Można nawet odnieść wrażenie „choroby woli”. Nie jest to jednak niepojęty stan rzeczy, choć św. Augustyn pyta: „Skąd ta potworność? I dlaczego sięga tak daleko? Dusza rozkazuje ciału – ciało spełnia rozkaz natychmiast, rozkazuje dusza sobie – i nie jest posłuszna” (Św. Augustyn, 1954, s. 162-163). Skoro jednak tak się dzieje, muszą być jakieś ku temu powody.
 
Nie cała więc rozkazuje, dlatego nie ma tego, do czego się rozkaz odnosi. Gdyby bowiem była to pełna wola, nie rozkazywałaby, aby dopiero była, bo już by była. Nie jest więc potwornością po części chcieć, po części nie chcieć, ale jest to choroba duszy, która nie dźwiga się cała, ponieważ jednocześnie podnosi ją prawda i przygniata ciężar nałogu. Są zatem dwie wole, a ponieważ żadna z nich nie jest cała, przeto jedna posiada to, czego drugiej niedostaje. […] Ani chciałem zupełnie, ani zupełnie nie chciałem. Przeto walczyłem ze sobą i rozdwajałem się w sobie; a to rozdwojenie dokonywało się wprawdzie wbrew mej woli, ale nie było ono oznaką istnienia jakiegoś obcego umysłu, lecz oznaką kary umysłu mojego (ibidem, s. 163-164).
 
 
Opis ten wprawdzie bardziej sugeruje zaburzenia natury nerwicowej, ale te także „chętnie” wyrażają się poprzez depresję. Depresja czy też melancholia, jak ją kiedyś nazywano, nie jest bynajmniej kategorią jednorodną, wskazuje bowiem, zarówno na pewien stan przejściowy w ludzkiej psychice – „stan wyjątkowy”, jak też na pewne cechy o charakterze stałym, określające temperament, typ psychologiczny, kondycję osobowości.
© 2004-2025 by My Book
×