[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Egiptologia 2
Egiptologia 2
Christian Jerozolimski
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 301 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  czerwiec 2022
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-7564-667-2
38.00 zł
ISBN:
978-83-7564-671-9
10.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pióro Quetzalcoatla (fragment opowiadania)


   Moi rodzice nadali mi przy narodzinach imię Galatorn. Jestem potomkiem królów morza i władców przestworzy, Atlantydów, i żyję w nowej ojczyźnie, w królestwie Ozyrysa, nieopodal jeziora Anubisa połączonego z wodami Nilu, w trzeciej katarakcie, daleko od stolicy państwa. Pisać w ten sposób nakazuje tradycja, by pamięć o naszej tożsamości nie zaginęła w świecie rozdartym wojnami i nienawiścią. Dom, w którym mieszkam, wznieśli moi przodkowie w zamierzchłych czasach, ponad trzy tysiące lat temu. Został dotknięty przez potęgę czasu, rozsypuje się, niszczeje, ja zaś jestem ostatnim z rodu, potomkiem boskiej rasy. Miasto, gdzie żyję, od lat nazywa się Zalissa. To miejsce uważam za najpiękniejsze na świecie. Obdarzone przez naturę szczodrym darem w postaci kwiatów i wody, obfitości deszczu i łagodnego wiatru jest spokojną przystanią.
   Zdarzenie, jakie przedstawię, dotyczy podróży przez przestrzeń pełną niebezpieczeństw na drugą półkulę, na przeciwny koniec świata. Jej odbycie rozpoczęte w pierwszym dniu ery Bliźniąt odcisnęło na mojej osobowości trwały ślad, niezwykle silną pieczęć miłości, uczucia którego nigdy nie miałem skosztować. Podróż ta dowiodła istnienia innych ludów rozproszonych po całej ziemi po katastrofie spowodowanej przez potop. Jako jeden z nielicznych ludzi żyjących w Egipcie mogę powiedzieć, że poznałem odległe krainy, fascynujące i odmienne poprzez wyrafinowanie i dzikość cywilizacje, pokonując na żaglowcu przestworzy groźny i nieobliczalny ocean, barierę wodną oddzielającą kontynent Afryki od lądów o bliźniaczych konturach nazywanych Atlantica. Świadczę, że po drugiej stronie morza ludzie podobni nam wybudowali wspaniałe miasta o zadziwiającej architekturze, że żyją ludy o odmiennej konstrukcji społecznej. Była to wyprawa ponad chmurami, sięgająca znacznie dalej niż miasto Sippar, poza krainę Akkadu, daleko za szlaki prowadzące do Ur i równin Eridu, do tajemniczego narodu o czerwonej skórze. Widziałem ludzi mówiących odmienną mową, ogarniętych tym samym materializmem co tutaj, oddanych dobru lub złu, wiernych przykazaniom Boga i łamiących odwieczne prawa kosmosu, ułomnych i pięknych, odzianych w fascynujące kolorowe pióra.
   Tam poznałem najpiękniejszą istotę na świecie, delikatną jak mgła, piękniejszą niż kwiaty w chwili swej dojrzałości i nieskazitelną pod każdym względem. Obraz tej, którą pokochałem całym sercem, umysłem i duszą, żyje we mnie pomimo upływu lat, nie gaśnie ani nie odchodzi wraz z ciemnością.
   Miała na imię Vanyxsaia…
   Niech Atum, odwiecznie żyjący twórca samego siebie, Najwyższy spośród bytów, którego oblicze jaśniejsze jest od blasku słońca, będzie z nią, gdziekolwiek przebywa.
   Ale zacznę moją opowieść od początku.
   Moi rodzice umarli, gdy miałem dwanaście lat. Jedyny brat bliźniak odszedł w młodości do krainy cieni, oczekując wyzwolenia z otchłani z rąk nieskazitelnej istoty zapowiadanej przez proroctwa. Zostałem na świecie sam. Skromnym majątkiem zajął się daleki wuj, przyszywany kuzyn Feridauros, którego nić łącząca moją rodzinę, a przez to wspólnotę krwi, była bardzo wątpliwa. Podobno był potomkiem Atlantydów, znał jakoby dobrze mego ojca, ale udowodnić wspólnych korzeni nie mógł za żadne skarby świata. Rada kapłanów z uwagi na dobro dziecka, by nie wychowywało się samo, poleciła mu opiekę nade mną. Tak więc dom moich przodków przeszedł pod obcą kontrolę, mnie zaś zmuszono do towarzystwa grubego, nieprzyjemnego w kontakcie z ludźmi człowieka o chorobliwej ambicji zdobycia za wszelką cenę bogactwa umożliwiającego dostatnie życie. Potrafił dokonywać rzeczy niegodziwych i nie cofać ręki przed świętokradztwem. Miał trzy żony, a każda z nich upodobniała się do niego. Żenił się bowiem z bogatymi kobietami o podobnej fizjonomii. Ostatnia z jego wybranek, młodsza o osiemnaście lat, była najbardziej nieludzka. Ich nienawiść do mnie zaczęła się od zachęty obcowania cielesnego z trzema małżonkami mego wuja! Pomimo mojej odmowy i odrzucenia ze wstrętem propozycji zostałem w krótkim czasie oskarżony o grzech nieczystości w obecności Feridaurosa, toteż pozycja moja została zachwiana. Byłem traktowany jak intruz we własnym domu, zmuszony do usługiwania i wykonywania najcięższych prac. Pociechy szukałem w samotności, nauce i marzeniach. W dni wolne od pracy lub szkoły uwielbiałem wymykać się z domu i zwiedzać miejscową bibliotekę, iść nad kanały rzeczne, gdzie stały niskodenne barki przewożące zboże. Ilekroć przybiegałem z kolegami pod falochron do głównej przystani, do której przybijały tratwy, prosiłem znajdujących się tam ludzi, by opowiadali o swoich przygodach na morzu. Ze śmiechem odpowiadali, że są jedynie skromnymi rybakami lub przewoźnikami, którzy nigdy nie widzieli nawet prawdziwej głębiny ani huraganu, nie mówiąc już o żeglarzach pływających na oceanicznych statkach Morza Śródziemnego. Mimo to czyściłem im pokłady, pomagałem wynosić towar na brzeg, rozplątywałem sieci. W zamian otrzymywałem poważanie, życzliwość i skarb, jaki może otrzymać dziecko na drodze rozwoju: pokarm dla wyobraźni w postaci przepięknych opowieści. Mówili o swoich przeżyciach, o niebezpiecznych krokodylach i hipopotamach, o zdradzieckich falach wywracających barki, o Nilu będącym odbiciem Drogi Mlecznej. Gdzieś tam kryły się nieznane krainy i bohaterowie dawnych czasów, półbogowie, herosi broniący światłości. Głowa moja była niejako rozpalona, pragnąłem zwiedzać świat. Drugim miejscem szczególnie ulubionym przeze mnie była rozpadająca się, niezwykle stara świątynia bogini Mut, z wielką mozaiką kolorowych szkieł tworzących ściany i dach budowli, przepuszczającą snopy światła w różnych odcieniach. Świetliste strumienie wnosiły atmosferę innej rzeczywistości, poświatę i nastrój uspokajający wzburzonego ducha. Z uwagi na silny podziemny wstrząs naruszona konstrukcja groziła zawaleniem, więc postanowiono przenieść całe archiwum spisanych przed wiekami papirusów i przedmioty świątynne przeznaczone do obrzędów do innej, nowo wybudowanej świątyni, przy jednoczesnym pozostawieniu starej. Ze względu na szacunek, jakim darzono to miejsce, nie wyburzono ruin. Posąg bogini wykonany był z jednej bryły białego marmuru, mierzył ponad trzy metry. Również jej wizerunek umieszczony na ścianie wschodniej, ozdobiony kolorowymi kamieniami, jak i malowidło na sklepieniu świątyni działały na moją wyobraźnię i były niezwykle piękne. Kobieca dojrzałość, pełnia symetrii i prześliczne oblicze budziły we mnie pragnienie bycia szczęśliwym. Nie przeszkadzały mi także wyrastające zza jej pleców skrzydła. Musiała być jedną z bogiń należących do Nieśmiertelnego. Mając piętnaście lat, zdałem sobie sprawę, że wizerunek niesie ukryty sens. Wyrastające zza pleców skrzydła mogły być symbolem ocalenia, zwłaszcza że w dłoniach trzymała kulę ziemską, jakby ratując życie na planecie przed zalaniem przez śmiertelne wody potopu. Przyszło mi na myśl, że mogła symbolizować uratowaną z dawnego świata władczynię, królową przestrzeni nieznanego ludu.
   W ruinach znalazłem wiele podobizn ludzi ze skrzydłami. Architektura gmachu nie pasowała do współczesnych wyobrażeń i wiedzy. Niesamowitość potęgowała się dodatkowo przez odkrycie dziwnego prawidła. Otóż jedynie ptaki, jastrzębie, sokoły i wróble upodobały sobie zwłaszcza to miejsce. Nigdy nie spotkałem tam nawet żmij czy też pustynnych szakali, nie mówiąc o grasujących w okolicy lwach. A przecież były tam gniazda ptasząt, będących naturalnym i podstawowym pożywieniem pełzających gadów.
   Niepokój budziły postacie z jej świty. Zawsze widywałem boginię lub znaki określające jej imię w towarzystwie skrzydlatych istot, kamiennych lub marmurowych posągów znajdujących się w podziemiach, na dachu świątyni – byłem tam wielokrotnie i podziwiałem widok z góry, sięgający daleko za horyzont – zazwyczaj przedstawionych w bezruchu, o twarzach poważnych, zamyślonych i pozbawionych ciepła. Moi przodkowie nazywali ich aerosapiens, latającymi hominidami bądź ptakoludźmi. Mierzyli ponad dwa metry wzrostu lub więcej, w zależności od regionu bądź gniazda, skąd pochodzili. Niekiedy dorównywali siłą olbrzymom widywanym jeszcze na dworze faraona i w krainie Elamu. Podobno w erze zodiakalnej Raka, a więc około dwóch tysięcy lat temu, współuczestniczyli ponoć w tworzeniu cywilizacji. Nazywano ich także geniuszami powietrza. Szczególną zazdrość wzbudzały w nich wynalazki ludzkie umożliwiające podróże w przestworzach, takie jak statki powietrzne, rydwany bez koni wznoszące się do góry. Strzegli przestrzeni nieba i gdy tylko nadarzyła się okazja, niszczyli okręty i żaglowne barki unoszące się nad lądami. Z radością i satysfakcją podpalali je, oszczędzając zazwyczaj – choć nie zawsze – załogę i pasażerów, podkreślając domenę swego przeznaczenia, jaką było latanie, zamiłowanie do owadów, miodu i słońca. Nazywano ich niekiedy mieszkańcami przestworzy. Co do urody, to ich twarze nie odbiegały od ludzkich. Spotykano przystojne i oszpecone jednostki pokryte bliznami, brzydkie i piękne. W zależności od upodobania nosili długie lub krótkie włosy. Dysponowali groźnym darem od natury, bronią o szczególnym znaczeniu, co dowodziło powiązań z królestwem owadów. Na czołach nosili guz lub róg kryjący truciznę, jadowy kolec, którego wbicie powodowało śmierć w męczarniach. Mieli walczyć z Szemesu Hor, z Towarzyszami Horusa na początku nowych czasów o prymat dominacji w odmienionym świecie. Rodzić ich miała królowa.
   Wszystko to wiedziałem z czytanych zachłannie, gnijących i rozsypujących się przy najlżejszym dotknięciu papirusów zapisanych historiami o rodzaju ludzkim i porzuconych w ruinach świątyni. Bardzo nad tym ubolewałem i ilekroć brałem zamoczone przez deszcz zwoje, rozwijałem sklejone strony ze czcią należną dziedzictwu naukowemu i kładłem na gorące kamienie, aby wyschły.
   Miejscem tym opiekował się stary kapłan egipski o imieniu Enos, wyznawca jedynego Boga, jeden z nielicznych, którzy odważyli się w naszym mieście publicznie krytykować poczynania władz. Myślę, że pozostawiono go przy życiu z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mógł już nikomu zagrozić, po drugie, z powszechnego szacunku, jakim go darzono. Opiekował się świątynią, odgrzebywał z ziemi skarby pozostawione przez minione pokolenia, dbał o grobowce i przepisywał najważniejsze teksty starożytności nauczone na pamięć. Recytował Księgę Umarłych i Księgę Życia. Znał wiele zagadek dawnego świata.
   Któregoś razu zastałem go, jak przekładał amfory z półek na bezpieczniejsze miejsce. Po przywitaniu spytałem:
   – Drogi Enosie, powiedz mi, proszę, dlaczego w tej świątyni znajduje się tak wiele wizerunków skrzydlatych istot?
   Starzec westchnął i rzekł:
   – Nie wiem, powinieneś spytać twórców tych dzieł. Oni wiedzą lepiej, znają powody, dla których zdecydowali wznieść tę piękną świątynię. Ale jeżeli chcesz znać moje skromne zdanie, to myślę, że powodem jest przynależność architektów do dzieła. Przejawili w budowie niezwykłą chęć utrwalenia siebie. Przedstawili siebie w otoczeniu ważnej, jak mniemam, osobistości, zwanej w tych stronach Mut. Innymi słowy, pozostawili pieczęć swego istnienia.
   Zakończył objaśnianie i uśmiechnął się serdecznie, jak to miał w zwyczaju. Chcąc drążyć temat, powiedziałem:
   – Ale chodziło mi o coś innego.
   – Zamieniam się zatem w słuch. Wytłumacz, o co ci chodzi.
   – Chodzi mi o to, czy to, co jest tutaj przedstawione, jest odbiciem prawdy? Czy dobrze odczytujemy wizję? Jaki margines swobody określa znaczenie dzieła, jego sens? Czy ci, którzy przyjdą po nas, będą inaczej postrzegali to przesłanie w kamieniach?
   Kapłan westchnął i spojrzał na rzeźbę jednego z geniuszy powietrza. Oprócz rogu wyrastającego z czoła miał dodatkowo rogi na głowie, co czyniło go wyjątkowym. Odpowiedź, jaką otrzymałem, była raczej niepełna, natury filozoficznej, zagadkowa.
   – Możliwe, że to, na co patrzymy, wcale takie nie jest. Zresztą, kto wie, jak było naprawdę w tamtej strasznej epoce?
   Obaj zaczęliśmy się śmiać z naszych problemów. Przeszliśmy zaraz do innej sali, gdzie było więcej słońca, i zajęliśmy się pracą. Wiatr wdzierał się do środka i przyjemny powiew dotykał naszych twarzy, uspokajał do tego stopnia, że zapomnieliśmy o niepokoju wzbudzonym przez wizerunki ze skrzydłami. Ale żegnając się, powiedziałem:
   – Ojcze, ale pomimo wielu materialnych śladów nie wierzę w istnienie aerosapiens. Nie mogli żyć.
   Enos położył mi rękę na ramieniu, spojrzał głęboko w oczy i rzekł:
   – Dlaczego tak myślisz?
   – Bo nigdy ich nie widziałem. Od kilku tysięcy lat, gdy ludzie zdobyli absolutną władzę nad światem, nie spotyka się takich odmiennych… form życia.
   Doświadczenie nabyte przez niego w latach trudnej wędrówki wymusiło odpowiedź, która miała niepodważalną logikę.
   – Widzisz, synu, sprawy mają się tak. To, że czegoś nie widać, nie jest dowodem na nieistnienie. Inni ludzie żyjący od ciebie w oddaleniu, na drugiej półkuli świata, nie znają ciebie, koloru twych włosów, barwy oczu, toteż negują, nie biorą pod uwagę możliwości, że gdzieś daleko istnieje młodzieniec o tak czystej duszy.
   – Ale ja istnieję naprawdę.
   Nie dałem za wygraną.
   – Mój drogi. Oni nie mogą tego stwierdzić nawet pod przysięgą. Nie mogą, ale mają prawo i nic nie stoi na przeszkodzie, by zostawić sobie alternatywę możliwości istnienia rzeczy, jakich nie widzimy.
   Podszedł wolno do ściany budynku i podniósł głowę z piaskowca, odpadłą od rozsypującego się posągu. Przypatrując się jej, wyjaśnił:
   – Ktokolwiek stworzył tę rzeźbę, działał pod impulsem jakiejś idei. Widziałem niejedno, leciałem parokrotnie żeglowną barką, byłem nawet poza strefą południową, dotarłem do granicy lodu, by na własne oczy zobaczyć zamrożony kontynent, płaszcz potężnego lodowca kryjący ojczyznę naszych przodków. W swoim życiu spotkałem niejednego z nich… Uwierz, proszę, w moje świadectwo i w relikty przeszłości. One do nas przemawiają, choć nie mają ust.
© 2004-2022 by My Book
×