[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Weteran
Weteran
Dominik Popek
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 175 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  styczeń 2022
Kategoria: powieść
[Wkrótce w sprzedaży]
FRAGMENT KSIĄŻKI
   Z bezcelowego patrzenia przez zaparowaną szybę samochodu, którą co kilka minut przecierał czarną, skórzaną rękawiczką, wysuwającą się z rękawa brązowego płaszcza, wyrwał go zgrzyt zmienianej stacji radia.
   – Nie przełączaj – niemal krzyknął do kierowcy, który posłusznie powrócił do przeboju Franka Sinatry.
   – Szykujcie się – powiedział bez przekonania prowadzący po chwili niezręcznej ciszy. – Wjeżdżamy na czterdziestą szóstą.
   
   W kalendarzach roku 1983 do wyrwania była ostatnia kartka, z miesiącem grudzień. Do świąt Bożego Narodzenia pozostawał zaledwie tydzień. Ulice Nowego Jorku były śliskie, toteż bmw, którym jechało czterech Amerykanów włoskiego pochodzenia, toczyło się bardzo powoli. Chodniki pokrywał śnieg, który właśnie przed chwilą po raz kolejny zaczynał coraz mocniej padać. Twarze przechodniów były praktycznie niewidoczne, wszyscy skrywali się przed zimnym powietrzem za wysoko zawiązanymi szalikami i mocno naciągniętymi czapkami.
   Siedzący na tylnych siedzeniach dwaj żołnierze Rodziny Leone lekko trzęśli nogami. Byli to cieszący się w środowisku opinią bezwzględnych morderców bracia Imperioli: Gabriel i Rafael. Imiona dostali na cześć biblijnych archaniołów. Oba imiona zawierają zresztą cząstkę „el” oznaczającą „Bóg”, co ma wyrażać, że to właśnie Bóg jest centrum ich życia. Jak na ironię, filarem życia tej dwójki był ołów. Nie byli jak Pablo Escobar, nie słyszeli o srebrze. Nie dawali wyboru. Usadowiony za fotelem kierowcy młodszy z nich, Rafael, co chwilę pociągał nosem i lekko kaszlał. Słysząc, że zbliżają się do celu, postawił kołnierz płaszcza i ostatni raz poprawił rękawiczki na dłoniach, zanim złapał za rękojeść colta.
   – Widzę ich lincolna – powiedział stanowczym tonem, lekko podekscytowany, siedzący z przodu po prawej stronie Michele Leone. Do tej pory wydawał się wyraźnie zobojętniały, jakby nieobecny, dopiero widok restauracji i samochodu, którego szukali, obudził go w jakimś stopniu. I faktycznie, kilkanaście metrów dalej, przed włoską restauracją widoczny był model town car, w którym kierowca właśnie gasił światła.

   Ta popołudniowa wizyta na Manhattanie zupełnie nie odpowiadała Michele. Najważniejszym tego powodem był fakt, że jego żona Adriana była w dziewiątym miesiącu ciąży i w każdej chwili mogła urodzić jego, ich pierwsze dziecko. Michele Leone był tym faktem mocno przejęty i już nie mógł się doczekać, kiedy wróci do domu. Adriana czekała tam pod opieką siostry i najbardziej zaufanego człowieka, a zarazem kuzyna jej męża, który z niemal odpalonym silnikiem samochodu był gotowy na interwencję w przypadku nagłego i jednocześnie spodziewanego porodu.
   Wiceszef Rodziny Leone miał jednak do wykonania bardzo ważne zadanie, które w hierarchii priorytetów – z czego nie był dumny – wyprzedzało nawet przyjście na świat jego pierworodnego syna. Tym zadaniem był nadzór zamachu na bossa klanu, wuja Gaetano Leone.
   Pozycja siedemdziesięcioletniego bossa w strukturach nowojorskiej mafii drastycznie spadła na przestrzeni ostatnich miesięcy. Wszystko zaczęło się na początku roku, kiedy dobrze znani mu agenci FBI, nękający go przez wiele lat, zapukali do jego drzwi, przychodząc z regularną wizytą. Tym razem ich najście nie było jednak groteskowe jak zazwyczaj, na co wskazywał już ton głosu, jaki rozbrzmiewał w głośnikach domofonu. Na wypowiedziane twardo słowa: „mamy nakaz aresztowania pana” Gaetano Leone odpowiedział jedynie zbywające i jednocześnie zrezygnowane „OK”. Po czym wpuścił gości do środka.
   To, co jednak najbardziej rozzłościło Michele oraz cały klan, wydarzyło się dopiero później. Pomimo trwającej sprawy, po której zakończeniu Gateano miał pójść siedzieć do końca swojego życia; pomimo faktu, że głównymi dowodami były nagrania z podsłuchu w jego domu, szef Rodziny Leone widywany był w towarzystwie agentów federalnego biura śledczego w nowojorskich restauracjach. Elita klanu zaczęła się zgadzać co do jednego – Gaetano może chcieć pociągnąć na dno i pogrążyć za sobą kilka osób. Martwić miał się o co przede wszystkim nielubiany przez niego Michele. Chociaż był jego zastępcą, wuj nigdy nie żywił sympatii do swojego bratanka. Poróżnili się wielokrotnie, ich trudne relacje były często tematem nieoficjalnych rozmów kapitanów klanu. Trzydziestojednoletni Michele, którego „druga” rodzina właśnie miała się powiększyć, nie mógł pozwolić sobie na jakiekolwiek ryzyko odsiadki. Wręcz przeciwnie – miał zamiar przejąć biznes. Zagarnąć władzę i będąc nowym wodzem, wskrzesić przygasłą potęgę Rodziny Leone. Tylko stanowcze ruchy kształtują nowych przywódców. Paradoksalnie – także wielkich przegranych.
   Bracia Imperioli przeładowali broń, kierowca nieco przyspieszył. Gaetano i jego ochroniarz właśnie zamknęli drzwi samochodu, zmierzając w stronę restauracji. Zimne powietrze nadawało pędu opadającym płatkom śniegu, niebo ciemniało – światło miastu dawały jedynie uliczne latarnie. Bmw zatrzymało się na środku ulicy, prostopadle do stojącego na chodniku lincolna. W sekundę z auta wybiegli żołnierze, pewnie zmierzając ku odwracającemu głowę Gaetano i sięgającemu po broń ochroniarzowi, który dostrzegł ich chwilę wcześniej. Ulica jakoby zamarła. Słychać było jedynie szybkie, twarde kroki braci Imperioli, a chwilę później wystrzały z coltów, które trzymali wysoko wyciągnięte od momentu opuszczenia samochodu. Upadając na ziemię, Gaetano zdążył jeszcze spojrzeć w stronę samochodu napastników. Nie dostrzegł jednak w nim jakichkolwiek twarzy, bo widok ten w sekundę zasłonił mu rozmazany obraz brązowego płaszcza, czarnej rękawiczki i srebrnej broni, której lufa spoglądała prosto w jego oczy. Oddał ostatni ciężki oddech, tuż nad jego ustami uniósł się kłąb pary. Padł strzał. Gaetano dostał w okolice mostka, pośrodku klatki piersiowej. W ostatniej chwili zabójca opuścił nieznacznie pistolet.
   Bez specjalnego pośpiechu, ale raczej szybkim krokiem zabójcy wrócili do samochodu, który od razu opuścił miejsce zbrodni. Chwilę później z restauracji wybiegło kilka osób, zaciekawionych źródłem strzałów, słyszanych w środku.
   W uciekającym bmw panowała cisza. Bracia Imperioli nie byli specjalnie przejęci samym zabójstwem, raczej rangą i pozycją zabitego mafiosa. Rafael coraz bardziej kaszlał, czym irytował siedzącego z przodu Michele. Wiceszef, który właśnie mianował się bossem Rodziny, miał zamiar pochwalić swoich żołnierzy, kiedy dostał sygnał na pager.
   – Zatrzymaj się przy najbliższej budce telefonicznej – rozkazał kierowcy po tym, jak zobaczył numer telefonu w wiadomości.
   Gdy samochód się zatrzymał, Michele Leone niemal wybiegł, spiesząc się do wolnego automatu. Kierowca oraz bracia Imperioli spoglądali nerwowo przez szyby. Nie na rękę było im zatrzymanie się na ulicy podczas ucieczki z miejsca morderstwa, dwie przecznice dalej.
   Michele trzymając już słuchawkę przy uchu, szybko oddychał, przestępując z nogi na nogę. Wreszcie głos w telefonie przerwał sygnał.
   – Halo? Tu Michele.
   – Cześć, gratulacje! Zostałeś ojcem – oznajmił wesoły głos Ala, kuzyna Michele.
   
 
   Otworzył oczy. W uszach wciąż brzmiała mu melodia „It was a very good year” w wykonaniu jego ulubionego piosenkarza, z którym łączyło Michele, że ojciec Franka, podobnie jak jego, urodził się w Lercara Friddi na Sycylii.
   Pot lał się po dokładnie ogolonej twarzy Michele Leone. Lekko poprawił ostatnie włosy, jakie pozostały mu jeszcze na górze głowy. Oddychając również ustami, czuł się lekko zdyszany, jakby właśnie wrócił z biegania. Położył ręce i splótł palce na brzuchu, który wyraźnie wypychał ciemnozieloną polówkę Tommy’ego Hilfigera.
   Od zawsze grał bezkompromisowego, twardego gangstera, z którym każdy, absolutnie każdy musiał się liczyć. Wydawało mu się, że takim człowiekiem jest – odpornym na wzruszenie. Dopiero teraz, mając przed oczami widmo śmierci, dojrzał u siebie zalążek wrażliwości. Musiał mieć go całe swoje życie, ale dopiero w chwili gdy pogodził się z jego końcem, zdał sobie z tego sprawę. Uświadomił sobie, że tak naprawdę najważniejsze momenty jego egzystencji były związane z jego najbliższymi i że reagował wówczas tak jak każdy.
   Kilka minut temu czterdziestodziewięcioletni Michele Leone oraz blisko czterdziestu innych pasażerów boeinga lecącego z Newark do San Francisco dowiedziało się o katastrofie, jaka miała miejsce w Nowym Jorku, i rozbiciu symboli miasta. To nie „był dobry rok” dla Ameryki, obecna sytuacja w „Wielkim Jabłku” przypominała raczej obrazek płonących bliźniaczych wież World Trade Center z okładki debiutanckiej płyty Jeru The Damaja. Podróżujący wespół z bossem jednej z nowojorskich Rodzin ludzie szybko domyślili się, że przejęcie ich samolotu, mające miejsce chwilę wcześniej, musi być z tym faktem powiązane. Podróżni przenieśli się na tył stalowego ptaka, gdzie najodważniejsi wyszli z inicjatywą odbicia sterów. Okazało się, że wśród nich jest były kontroler lotów, który w przypadku przejęcia samolotu będzie mógł spróbować nawiązać kontakt z wieżą i bezpiecznie usadzić samolot. We współpracy ze stewardessami zaczęto gromadzić wszystko, co mogłoby posłużyć jako broń – głównie były to sztućce oraz wrzątek, który przygotowały zapłakane dziewczyny z obsługi samolotu.
   Podczas gdy grupa ludzi szykowała atak, pozostała część pasażerów powoli godziła się z najgorszym. Niektórzy płakali, pary padały sobie w ramiona. Inni odmawiali różaniec, starsi trzymali się za ręce i smutnymi oczami, wypełnionymi łzami, spoglądali bez wyrazu przed siebie. Prawie każdy dzwonił do najbliższych, by powiedzieć po raz ostatni, jak bardzo ich kocha.
   Michele Leone, który nie brał udziału w próbie odbicia sterów boeinga, usiadł na swoim miejscu. Nie miał już ochoty na śniadanie, zaserwowane mu tuż przed rozpętaniem przez terrorystów zamieszania na pokładzie. Z miną, która była mieszanką smutku i złości, wspominał swoje dojście na szczyt w strukturach nowojorskiej mafii i narodziny swojego syna, który dziś nie potrzebował już o nic się martwić. Wiele interesów Rodziny Leone było legalnych i osiemnastoletni Lorenzo nigdy nie będzie musiał babrać się we krwi jak on. Michele był pewny, że jego consigliere, Al Valco, umiejętnie i z zimną krwią pokieruje tasowaniami w hierarchii Rodziny, dbając również o przyszłość najbliższych swojego kuzyna. Michele nie chciał, by Lorenzo musiał iść w ślady ojca, po ścieżce kariery usłanej nielegalnymi działaniami.
© 2004-2021 by My Book
×