[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Spotkania złotych cieni
Spotkania złotych cieni
Kristian Aboner
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 464 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  listopad 2021
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-7564-654-2
50.00 zł
ISBN:
978-83-7564-656-6
10.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
Larwa z Via Appia (fragment)

   Kilkanaście dni temu wpadła mi w oko kapłanka, westalka, mająca twarz i figurę bogini. Przypatrywałem się jej z uwagą, pochłaniałem każdy ruch, jaki wykonywała podczas misteriów, głos i pozę, o stroju nie mówiąc. W białych, przezroczystych szatach wyglądała zjawiskowo, a jej gęste włosy ozdobione złotą zapinką pobudzały moją wyobraźnię coraz bardziej. Przeznaczona na służbę czystości stała się niedostępna poprzez barierę wytyczoną przez ryzy religii, dziewictwo zaś miała złożyć na ołtarzu bogini Westy, strażniczki domowego ogniska, pilnującej Rzymu. Potem spojrzenia nasze się przecięły… I znikła następnie niczym gwiazdy o świcie. Straciwszy nadzieję, rozpaczałem, ale los zetknął mnie z nią ponownie w innych zaiste okolicznościach. Otóż… mam na imię Petroniusz i… nie było mnie nad Tybrem tylko trzy dni. Dobrze to pamiętam. Ach, że też mnie to się przytrafiło. Było tak. Spotkałem mego przyjaciela z lat młodości, który po ukończeniu szkoły wyjechał z naszego miasta do ojczyzny greckich herosów, Platona, do Arkadii, chcąc zgłębiać wiedzę w innych zakątkach świata. Nie widziałem go z osiem, może siedem lat. Wrócił stamtąd z pewnym znamieniem na policzku, na które wówczas nie zwróciłem zbytnio uwagi. Spotkaliśmy się niedaleko posągu Marsa i po przywitaniu powiedział:
   – Muszę ci coś wyznać, Petroniuszu.
   – Mów!
   – Mam siostrę… – wyjawił nieśmiało Fabricjusz.
   – Rodzoną? Nigdy mi o tym nie wspominałeś.
   Przyjaciel pokiwał głową, zamyślił się i dopiero po dłuższej chwili
   wyjaśnił:
   – I ja tak przez wiele lat myślałem. Dopóki nie odnalazłem jej w Koryncie, w świątyni Afrodyty, nad którą, jak dobrze wiesz, czuwa boski Eros! – To powiedziawszy, zaśmiał się dość głośno i odsłonił przy tym równiutkie, białe zęby.
   – I gdzie ona teraz jest? – spytałem pełen ciekawości, a on wyjął z kieszeni medalik i otworzył. Ujrzałem twarz kobiety, której uroda była nieprzeciętna.
   Tak chyba wyglądają boginie – pomyślałem, starając się zapamiętać każdy szczegół jej twarzy, począwszy od gęstych, swobodnie opadających na ramiona włosów, po głębokie spojrzenie. Podobizna zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, zwłaszcza rysy oblicza.
   – Wiesz… szukałem dla niej kogoś porządnego, Petroniuszu. Kogoś, kto mógłby ją kochać dla niej samej, nie tylko za zewnętrzną urodę. Szukam dobrej partii. Pomyślałem o tobie, bo wiem, że jeszcze nie miałeś kobiety.
   Wyznanie przyjaciela poruszyło mnie, toteż spytałem:
   – A gdzie ona teraz jest?
   – W sąsiedniej miejscowości. To trzy godziny drogi. Jeśli chcesz, to jeszcze dziś ją zobaczysz.
   Bez zbędnej zwłoki postanowiliśmy iść. Zajrzałem na krótko do domu i powiedziałem rodzicom, dokąd idę, aby się nie martwili, bo być może zanocuję tam i wrócę następnego dnia.
    – Ależ synu. Nie przypominam sobie, aby było tam jakieś miasteczko.
   Może kilka samotnie stojących gospodarstw zagubionych w lesie – rzekł sędziwy ojciec, a matka wręczyła mi miedziane i srebrne z drugiej strony lusterko, by odpędzać ode mnie złe moce. Według niej kiedyś tam znajdował się cmentarz, gdzie chowano zmarłych, samobójców i zbrodniarzy.
   Wkrótce zostały za nami ostatnie zabudowania i weszliśmy na pola. Łany zboża tylko czekały, aż sierp żniwiarza zetnie je, by ustąpić miejsca na nowy zasiew. Falowały poruszane sierpniowym wiatrem w takt łagodnej pieśni natury, przypominającej, by cieszyć się delikatnymi promieniami słońca. O zbliżaniu się kolejnej pory roku świadczyły natomiast wysuszone liście, leżące dosłownie wszędzie. Minęliśmy akwedukt doprowadzający wodę do głównych arterii miasta. Widziany z daleka prezentował się wspaniale i majestatycznie. W którymś momencie Fabricjusz westchnął i powiedział:
   – Ach, kiedy my wreszcie wejdziemy do lasu… Wolę, mój przyjacielu, gęstwinę, tajemnice borów przy pełni księżyca malującej na srebro nocne obrazy. – Uśmiechnął się do mnie znacząco i poklepał po ramieniu.
    Weszliśmy w las i niebawem posuwaliśmy się drogą. Nie szliśmy trzy,
   lecz sześć godzin przy coraz bardziej palącym słońcu. Już miałem się spytać, czy aby nie zbłądziliśmy, gdy nagle zobaczyłem jadący wolno wóz. Koń, który go ciągnął, wyglądał na zmaltretowanego, był najlichszą szkapą, jaką widziałem w życiu, wychudzoną, a wręcz szkaradną. Prowadzący woźnica był nie w lepszej kondycji. Tak szpetnej twarzy dawno nie widziałem, zaś ręce trzymające lejce były nie tylko brudne, ale i nieproporcjonalne do reszty ciała. Był gruby, nalany i sapał. Zatrzymał się, a ja spytałem o drogę do miejsca, gdzie miałem zastać siostrę Fabricjusza. Wieśniak zaśmiał się zgryźliwie i wyjaśnił, że zmierza tam właśnie i że przed zachodem słońca powinniśmy dojść. Zaraz bardzo serdecznie zaproponował, abyśmy wsiedli na wóz. Tak też zrobiliśmy, ale gdy tylko wszedłem, od razu pożałowałem tej decyzji. Na wozie leżał młody człowiek. Był martwy. Co prawda chusta zasłaniała mu twarz, ale nie było to przyjemne, tym bardziej że Fabricjusz ściągnął ją z twarzy biedaka i zawiązał na swojej szyi. Brązowe martwe oczy patrzyły na mnie.
   – Jemu i tak się nie przyda. – I zaraz zganił mnie, że zgodziłem się wejść na wóz: – Po co żeś wchodził, baranie? Teraz prześmiardniemy tym zapachem tego starego capa. Obyś tylko spodobał się siostrze…
   Odniosłem wrażenie, że Fabricjusz zna woźnicę, bo kilkakrotnie rozmawiali ze sobą jak starzy znajomi. Grubas o nieprzyjemnym zapachu wyjaśniał i tłumaczył, gdzie widział podróżników i w jakich zajazdach można ich spotkać. Droga wkrótce zaczęła się nieco zwężać. Zaraz wjechaliśmy w rozległą dolinę, przeciętą małym odpływem rzeki. Dwa, może trzy domostwa były wszystkim, co składało się na miejscowość. Co znamienne, Fabricjusz wyjaśnił mi, że nikt tak naprawdę nie wie, jak nazywa się to miejsce.
   Zajechaliśmy przed drzwi frontowe i chcąc nie chcąc, musieliśmy ściągnąć nieboszczyka z wozu. Przed drzwiami czekała zapłakana gruba Rzymianka. Szlochała, trzymała się za włosy, lamentowała i nakazała położyć go w ogrodzie na katafalku. Zewnętrzna fasada była piękna, ogród też sprawiał wrażenie zadbanego. Posąg przedstawiający jakąś postać z mitologii greckiej patrzył na mnie wyniośle, jakby z obawą co do przyszłości zarówno mojej, jak i martwego marmuru. Uderzyło mnie, że zmarły został pozostawiony sam sobie. Nawet go nie przykryto całunem, a pozostawiono w towarzystwie kur. Mój przyjaciel położył mi ciężką dłoń na ramieniu i rzekł poważnym tonem:
   – Zanim wejdziemy do domu, muszę powiedzieć ci o dwóch sprawach. Po pierwsze, zaklinam cię na dawną przyjaźń, błagam, abyś nie zrażał się zachowaniem mojej siostry, że jest nieco dziwna. Po drugie, staraj się nie wychodzić w nocy poza dom, kiedy słońce… zajdzie.
   – Co masz na myśli? – spytałem i jednocześnie zacząłem podziwiać okolicę.
   Samotna willa oraz ogród i dwa budynki obok wtapiały się w krajobraz. Stojąca rzeźba Minerwy wydała się dziełem sztuki, bóstwem o pięknych proporcjach, zaś duża polana, gdzie znajdował się łuk i półkoliste ławy, imitujące być może teatr, kusiły, by witać właśnie w tym miejscu poranek. Nawet dziwne płyty marmurowe miały swój wyraz. Lecz kiedy spojrzałem na Fabricja, powiedział:
   – Właściwie to nic… Mam nadzieję, że pocieszysz ją po stracie narzeczonego.
   Podświadomie czułem, że zmarły musiał być dla nich kimś bliskim, ale nie chciałem pytać. Nie wiedzieć czemu wciąż leżał na marach i nikt z domowników nie zajmował się nim. Staliśmy jeszcze przez chwilę. Mój przyjaciel wskazał ręką na ścianę lasu. Z daleka szły ku nam trzy kobiety, ale kiedy znikły w gęstwinie, z zagajnika wyszła tylko jedna z nich, jego siostra. Podbiegła do brata, uściskała go serdecznie i stanąwszy na tle obelisku, zaczęła mi się uważnie przyglądać. Nie pozostałem jej dłużny. Wydało mi się, że już ją gdzieś widziałem. Nie miała więcej niż dwadzieścia lat. Wplecione we włosy listki i kwiaty dodawały jej świeżości, bowiem nie miała na sobie żadnych ozdób. Rysy twarzy mogły z łatwością konkurować z greckimi dziełami klasyki, a nawet przerastała je o kilka poziomów. Jasne włosy łączyły się w harmonijny sposób z białą sukienką i sandałami. Nie była ani chuda, ani za gruba. Idealna sylwetka podrażniała mi zmysły. Fabricjusz przedstawił mnie:
   – A oto mój przyjaciel z lat młodości, Petroniusz. Melisso, jest czysty jak gołębica. Jeszcze nie wie, co tygrysy lubią najbardziej. Ale ty mu pokażesz, jak żyć.
   Bez zbędnej zwłoki powiedziałem:
   – Pani, taką urodę mają jedynie boginie.
   Spuściła oczy, na policzkach pojawiły się rumieńce. Smutek widziany w jej oczach dodawał jej piękna. Pewna powściągliwość – spojrzała na brata bardzo surowo – a nawet zażenowanie postawiły Fabricjusza na straconej pozycji. Prawił jej komplementy, choć został surowo skarcony. Rozpoznałem w niej uroczą kapłankę Westy, ale z uwagi na okoliczności nie śmiałem pytać o o nic więcej.
   Weszliśmy do willi. Wewnątrz panował chłód, dość zaskakujący, ponieważ w gruncie rzeczy był to dopiero początek ciepłego września. Usiedliśmy na wygodnej sofie naprzeciw siebie. Miała pomalowane na czerwono paznokcie u nóg; wyciągnęła je i położyła na taborecie tak, że mogłem widzieć jej stopy. Popijaliśmy wino, wypytywała o różne rzeczy, dyskretnie, czym dla mnie jest miłość, przyjaźń, poczucie obowiązku. Bardzo subtelnie wtrącała uwagę, gdy tylko poruszyłem jakiś temat. W kilka minut opowiedziała, że jest wdową… zostać miała nią w dniu zaślubin. Przez otwarte drzwi dochodziły do nas głosy woźnicy kłócącego się z grubą Rzymianką, przekleństwa i krzyki małżeństwa.
   – Jak to się stało? – spytałem z współczuciem.
   – Ugryzła go Empuza albo Lamia! – rzekła ze smutkiem i spojrzała na mnie z obawą, otwierając usta, jakby chcąc coś dodać, ale jej brat szybko wtrącił się i położył mi dłoń na ramieniu.
   – Petroniuszu! Muszę dziś przed północą opuścić twoje zacne towarzystwo i rozkoszną obecność mojej siostry, by załatwić pewną sprawę. Wrócę nad ranem. Z uwagi na remont parteru będziesz spał w pokoju na pierwszym piętrze. Opiekuj się nią, dbaj podczas mojej nieobecności i powoli przygotuj się na bliską uroczystość w naszym domu.
   Nie wiem, o czym mówił, ale zgodziłem się zostać i potowarzyszyć Melissie. Obiecałem jej to, wznosząc kolejny toast. W pokoju odnalazłem sporo prac klasyków, począwszy od dzieł Homera po współczesnych pisarzy i liryków oraz twórców tragedii. Podziwiałem jej wiedzę.
   W którymś momencie zrobiło mi się duszno, wyszedłem na taras i zobaczyłem dwie kobiety, które przeszły przez pole, ale przystanęły koło domu. Przyglądały się mi z natarczywym spojrzeniem, by nagle… rozpłynąć się niczym mgła. Wróciłem i sięgnąłem po kolejny puchar. Upiłem się do nieprzytomności, tyle pamiętam. Byłem ledwo żywy. Co dziwne jednak, widziałem wszystko jak gdyby z innej perspektywy, jakbym wyszedł z siebie… i stał obok, obserwując przestrzeń.
   Położyłem się spać na wygodnym łóżku, lecz nie mogłem zasnąć. Przewalałem się z boku na bok. Blade promienie księżyca wdzierały się do pomieszczenia, a mnie było wciąż duszno. Wstałem z łóżka i otworzyłem okno na oścież. Wydało mi się, że ktoś wymawia moje imię, ale zbyt duża ilość wypitego wina osłabiła mnie, toteż znów położyłem się na łóżku.
   Zmysłowa Rzymianka gdzieś znikła, toteż pomimo zawrotów głowy zacząłem zwiedzać willę z pucharem wina w dłoniach. Niektóre pokoje były puste,  w innych panował nieporządek i wszędzie walały się rupiecie. Wszedłem w końcu do dużej sali skrytej w mroku, a zobaczywszy wolne łoże stojące tuż przy ścianie, zmęczony całodziennym piciem ległem na nim.
   Zamknąłem oczy i po chwili je otworzyłem. W pokoju było bardzo jasno. Paliło się światło. Kilkanaście zapalonych świec oraz lampek oliwnych rozświetlało pomieszczenie. Na drugim łóżku leżał nagi Fabricjusz i zapamiętale czytał jakiś pergamin. Na podłodze leżało w dość dużej plamie wina na tacy surowe mięso. Uważnie go obserwowałem. Na plecach miał takie samo znamię jak na twarzy, tylko o wiele większe. Były to czerwone oczy i otwarta paszcza jakiegoś zwierzęcia… teraz ten wzór odczytałem. Sprawiał wrażenie podnieconego, oczekującego czegoś. Widocznie myślał, że śpię kamiennym snem.
   Nagle drzwi otworzyły się i weszła Melissa. Nawet nie zwrócił na nią uwagi, tylko wciąż czytał. Ona tymczasem zrzuciła z siebie ubranie i stanęła przed nim naga, po czym obróciła się kilkakrotnie wokół swojej osi. Dopiero teraz rodzeństwo złączyło się w miłosnym uścisku Afrodyty. Chciałem odwrócić głowę czy choćby zamknąć powieki, ale jakaś przemożna siła złamała moją wolę – tu okazała się moja słabość – i nie pozwoliła na odwrócenie wzroku od tych lubieżnych i wyrafinowanych obrazów. Zrozumiałem, że im dłużej na nich patrzę, tym coraz bardziej jestem zatruty. Po około godzinie obopólnej zabawy Fabricjusz wstał i wyskoczył przez okno. Z zewnątrz usłyszałem warczenie, a po jakimś czasie odległy skowyt wilka. Zamknąłem oczy i zasnąłem w momencie, gdy Melissa obróciła się na drugi bok.
© 2004-2021 by My Book
×