[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Szczęście Leosia
Szczęście Leosia
Stanisław Perlik
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 53 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  lipiec 2021
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-645-0
17.00 zł
ISBN:
978-83-7564-647-4
5.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
   Miasto, jak miasto. Ulice, domy, rynek, ratusz, kościół, poczta, stacja kolejowa, dworzec autobusowy, żłobek, przedszkole, szkoła, sklepy, restauracja, bary, przychodnia lekarska, straż pożarna, posterunek policji, izba wytrzeźwień, niewielkie zakłady pracy i punkty usługowe, klub piłkarski w siódmej lidze (wyjątkowo biedny, tylko piłkarze z Grenlandii chcą w nim grać, za przysłowiową miskę ryżu), park miejski z fontanną, ławki, i to w zasadzie wszystko. Rytm dnia codziennego wyznaczają godziny pracy w biurach i zakładach pracy, rozkład jazdy pociągów i autobusów, program telewizyjny (a konkretnie godziny nadawania seriali), bicie kościelnych dzwonów, dzwonek szkolny, a obywatelom najbardziej beztroskim (przy czym zapewne i najszczęśliwszym dzięki własnej beztrosce), godziny otwarcia i zamknięcia sklepu monopolowego oraz godziny wypłat zasiłków w ośrodku pomocy socjalnej. W tym mieście działają dwie telewizje, to jest miejsko-publiczna i niezależna, dom kultury, jedno kino, budka z piwem, i to cała rozrywka. Istniała kiedyś nieźle prosperująca agencja towarzyska o nazwie Pokusa, ale splajtowała.
   A to za sprawą zdecydowanej akcji Protestu Kobiet. Pewnego dnia najbardziej zagorzałe i krzykliwe aktywistki tego ruchu przyszły zwartą grupą pod agencję i wrzasnęły, w swoim stylu: „Ku…y!!! Wypier…ać!!!”. No i biedne dziewczyny natychmiast spakowały się i opuściły lokal, jak im życzliwie doradzono. Bardzo życzliwie.
   Następnego dnia w tym miejscu powstał Klub Przyzwoitych Spotkań Towarzyskich, prowadzony przez etatową dyplomowaną przyzwoitkę opłacaną z funduszu miasta, a konkretnie przez wydział kultury. Ta pani wygrała kiedyś główną nagrodę w programie telewizyjnym pod tytułem „Projekt Madame”, co więcej, ukończyła Akademię Przyzwoitości, z tytułem magistra. Przygotowanie merytoryczne jak najbardziej odpowiednie.
   Tuż po otwarciu Klubu Przyzwoitych Spotkań Towarzyskich pewien stały klient podszedł pod ten nowy punkt na kulturalnej mapie miasta, spojrzał na tablicę, i wkurzony zawołał:
   – Co, zamknęli mój przybytek rozkoszy?! Dokąd ja teraz pójdę z moimi pokusami? I to ma być demokracja? Jest jak za komuny! – I głośno zawołał: – Precz z komuną! Precz z komuną! Niech żyją wolne agencje towarzyskie!
   Otworzyły się drzwi, a w nich pani magister przyzwoitości z kubłem zimnej wody.
   – A to ochłoda na twoje pokusy, świntuchu! Spadaj! – powiedziała stanowczo i całą zawartość kubła wylała na tego zbereźnika.
   – Ja nie o taką demokrację walczyłem! Wolność to wolność, nawet dla zaspokajania moich pokus. No, nie chcę, ale muszę się napić.
   I sfrustrowany odszedł do jedynej w mieście budki z piwem topić rozpacz po utracie jego jedynej rozrywki kulturalnej.
   A tak poza tym mieścina jakich wiele, nic szczególnego.
   W tym mieście, i to przypadkowo, znalazł się tytułowy Leoś. Wcześniej ukończył studia w jakimś małym mieście powiatowym na wydziale stosunków międzynarodowych między Pigmejami i Eskimosami. Studia łatwe, lekkie, i przyjemne, niewymagające większego wysiłku intelektualnego, obecność na wykładach niespecjalnie sprawdzana (wystarczyło regularnie czesne płacić), jednak niedające jakichkolwiek perspektyw na rynku pracy.
   Temat pracy magisterskiej dotyczył rozwoju stosunków dyplomatycznych między Pigmejami i Eskimosami. Leoś w swojej pracy magisterskiej wspomniał o ciekawym corocznym zwyczaju wymiany podarunków w postaci piasku z Sahary i lodu z lodowców Grenlandii. Odkrycie naukowe zasługujące na miano sensacji roku.
   Pigmeje przyjmują prezent z zadowoleniem, dostają w ten sposób dodatkowe zasoby wody. Co więcej, dzieci mają frajdę i mogą przez jakiś czas jeździć na łyżwach. Eskimosi natomiast zużywają piasek do posypywania zlodowaciałych ścieżek do igloo.
   Praca magisterska owszem, interesująca, magister to brzmi dumnie. Ale to jedyny dla Leosia pożytek ze studiów. Chleba z tego niestety nie ma. A z czegoś trzeba żyć.
   Chcąc nie chcąc, postanowił wziąć swój los we własne ręce i przejął, wraz z żoną, w ajencję pizzerię Margherita. Interes taki sobie, zysku tyle co kot napłakał, ledwo wystarczało na pokrycie kosztów i jako takie skromne życie. Traktował tę pracę z wielkim obrzydzeniem, taka smutna konieczność życiowa. Czasem dochodził do wniosku, że lepiej byłoby kamienie tłuc przy drodze. Kompletna beznadzieja. Żadnego zadowolenia, satysfakcji, a do tego wyjątkowo marudni klienci. Pewnego dnia do pizzerii weszła blondynka z potężną burzą włosów na głowie.
   – Poproszę pizzę.
   – Polecam dzisiaj pizzę z serem i pieczarkami.
   Po ugryzieniu pierwszego kęsa wpadła we wściekłość.
   – Tfu! Co to, jest?! To ma być pizza?! To jest tragedia, nie pizza! Dlaczego ludzi trujesz?! Ja pierniczę, takiego syfu w życiu jeszcze nie jadłam. Z ciebie taki kucharz, jak z koziej dupy trąba! Zamknij ten burdel i idź ulice zamiatać. Może będzie z ciebie jakiś pożytek.
   I walnęła z całej siły talerzem z nadgryzioną pizzą w stronę Leosia stojącego za barem. Leoś w ostatniej chwili uchylił się przed uderzeniem, a talerz wpadł z całą siłą w regał ze szklankami, wybijając wszystkie co do sztuki. Co więcej, przy wyjściu walnęła tak mocno drzwiami wejściowymi, aż szyba rozbiła się w drobny mak. Kilka dni trwało szukanie kawałków talerza i rozbitej szyby.
   To już było całkowite zdołowanie. Wieczorami sfrustrowany biedaczyna siadał przed lustrem, stawiał przed sobą butelkę mocnego trunku, słoik ogórków konserwowych, wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze, i użalał się nad nędznym losem. Naukowcem nie jest, bo to trzeba siedzieć godzinami w bibliotekach i czytelniach, dużo książek przeczytać, coś trzeba napisać, a on leniwy, to dla niego zbyt duży wysiłek intelektualny, i poza tym to jest nudne. Sportowcem też nie jest, bo wysiłek fizyczny sprawia ból, pot śmierdzi, codziennie treningi, a on do systematycznych nie należy. Lekarzem nie jest, ani prawnikiem, studia wymagają zdawania trudnych egzaminów, wkuwania na pamięć wszystkich nazw kości człowieka lub niezliczonych aktów prawnych, a to przekracza jego możliwości i chęci.
   Marzyło mu się dowodzenie dywizją pancerną w mundurze z generalskim wężykiem na pagonach i lampasami na spodniach. Wszyscy oddawaliby mu honory i salutowali do daszka, więc zgłosił się na egzamin do szkoły oficerskiej. Ale komisja lekarska dała mu kategorię CDD, czyli „całkiem do dupy” i pogoniła do cywila. Porażka.
   Żaden reżyser filmowy nie powierzy mu roli amanta filmowego. Ewentualnie z taką fizjonomią mógłby być tylko statystą w filmach kryminalnych, taki typ spod ciemnej gwiazdy, albo bezrobotnym w filmie o upadłym pegeerze. Marzył kiedyś o karierze śpiewaka operowego, nawet zgłosił się na casting do „Ochoty na sukces” organizowany przez Super Opera.
   A gdy zaśpiewał arię Jontka ze „Strasznego dworu”, to jest Ten zegarrrr starrrry, jury przez pięć minut turlało się po podłodze ze śmiechu. Prowadzący casting pewien dziennikarz muzyczny, znany ze swej wyjątkowej złośliwości, powiedział, że on z takim głosem i taką dykcją może pracować na dworcu głównym i zapowiadać odjazd pociągu do Kutna z toru drugiego przy peronie trzecim o godzinie osiemnastej piętnaście. Ewentualnie mógłby malować kominy. Praca na wysokościach, tam może śpiewać, co chce, nikt go nie usłyszy, i nie narazi się na kpiny.
   Pewnego dnia, i to w przypływie totalnej rozpaczy, postanowił zgłosić się do konkursu „Mam talent scenarzysty”. Komisja jego wypociny przeczytała i stwierdziła, iż owszem, ma talent – do pisania instrukcji korzystania z kabiny toi toi. Nic więcej.
   Czy może być gorsze upokorzenie? Jak widać, niewiele umiejętności, talentu do czegokolwiek brak, aspiracje wyolbrzymione, i to bez pokrycia, trudno powiedzieć, gdzie znaleźć dla niego miejsce. A do czego ma smykałkę? Najbardziej, po prawdzie, lubi bieganie za piłką po boisku. Ale tylko amatorsko. Niestety, z tego pieniędzy nie ma i raczej nie będzie. A on chciałby stać się kimś. Być zapraszany na wykłady za granicą albo do telewizji, bez znaczenia, czy miejsko-publicznej czy niezależnej. Chciałby, aby dziennikarze z telewizji pytali go na przykład o wpływ zorzy polarnej na miesiączkowanie pingwinów. Mógłby nawet wystąpić w programach takich jak „Kreska nad o”, albo „Pół litra na ławę, musztardówki, salceson, i pogadajmy”, i wypowiedzieć się, dajmy na to, o zależności krzywizny bananów od natężenia pola grawitacyjnego, bo przecież wie wszystko o wszystkim, a nawet więcej, ale nikt go nie chce zaprosić i wysłuchać.
   Leoś po tych wszystkich przykrych doświadczeniach doszedł do wniosku, iż nic dobrego w życiu już go nie spotka. Pizzeria będzie jego dozgonnym przekleństwem. Ot, szara, beznadziejna egzystencja.
© 2004-2021 by My Book
×