[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Ballady prehistorii
Ballady prehistorii
Kristian Aboner
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 413 str.
Rodzaj okładki: twarda
Data wydania:  kwiecień 2021
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-7564-633-7
117.00 zł
ISBN:
978-83-7564-640-5
15.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kainizacja (fragment}

   Wraz z pominięciem pierwszej epoki świat zmienił się w swej naturze, stając się pułapką dla żyjących wewnątrz istot. Zauważono nieodwracalne zmiany w sferze ducha, pułapki i głębie, z których nie było łatwo wyjść, zaś odstępstwo od świętego prawa przybrało niepokojące wymiary. Siła nienawiści zamknęła świat w obręczy przyciągającej wszelką materię ku powierzchni. Również przyroda doznała metamorfozy. Barwy ozdabiające kulę ziemską stały się zmatowiałe, przygasły, tracąc wiele ze swego piękna. Nieoczekiwanie pojawiły się inne, nieznane dotąd twory, drapieżniki o przerażającym wyglądzie i zdolnościach akceptacji w jakimkolwiek środowisku.
   Jeszcze większych przemian doznali ludzie żyjący w owym czasie na ziemi. Rodzaj ludzki podzielił się na odrębne szczepy, wrogie, zwalczające się grupy. Niespodziewanie wraz z upływającym czasem i z różnych przyczyn różniące się od siebie pod względem fizycznym i kulturowym rodziny zapomniały o wspólnym dziedzictwie. Nadprzyrodzone przymioty duchowe zacierały się pod wpływem zmian wartości, jakie przeniknęły w rozwijające się społeczności. Śmierć pierwszego człowieka otworzyła przed ludźmi czeluść, skąd docierały niemoralne pragnienia i myśli. Przelana krew uczyniła ziemię przeklętą i skażoną. Nie liczono się już z niczym, nie istniał żaden autorytet ani świętość godna uszanowania. Grzech Kaina wpłynął destrukcyjnie na pozostałą populację.
   Na południe od Edenu osiedlili się potomkowie bratobójcy i to oni wybudowali miasto Henoch. Winowajca nosił na głowie znak rozpoznawalny przez każdego, kto nań spojrzał. Jego ród, wikłający się coraz bardziej w materię, przejął owo znamię przynależności od przeklętej głowy rodu, wskutek czego niezatarta pieczęć hańby okryła ich ciała od stóp do głów. Kolejne generacje stawały się coraz bardziej zobojętniałe na głos prawdy. Kainici przeistaczali się szybko. Ich skóra miała brązową lub czarną barwę. Wielu, ulegając uśpionym w nich żądzom, zdeprawowało się do tego stopnia, że zatrute wnętrze wpłynęło na rozwój biologiczny i zewnętrzny wizerunek. Niektórzy zachowali urodę, inni natomiast wynaturzeni, oddani bałwochwalstwu, doznali mutacji. Zbrzydli, stracili piękno, włosy i zdolności koncentracji duchowej. Pojawiły się u nich płaskie nosy, wypukłe i szpetne wały nadczołowe, opuchnięte wargi. Upatrywali oni w łatwej i przyjemnej egzystencji ideału życia. Rozdźwięk między nimi a potomkami z czystego rodu pogłębiał się i doprowadził w konsekwencji do wzniesienia bariery nie do pokonania dla białej i czarnej nacji pomimo wspólnych korzeni.
   Któregoś razu przybył do ich miasta podróżnik znający sztukę liczenia czasu. Wędrowiec zboczył z drogi i zabłądził, trafiając w to tajemnicze miejsce. Niemal od razu zauważył brak obecności zwierząt. Dosiadając wielbłąda, okryty kapturem wtopił się w tło i dla własnego bezpieczeństwa okrywał twarz chustą. Był biały. Słyszał już o wędrowcach, którzy zabłądzili i zaginęli bez śladu w tych stronach. Skórę natarł specjalną maścią o ciemnym odcieniu. Miał na imię Adam. Rysy twarzy i pewna subtelność nadawały mu wyjątkowych cech. Żywił się jedynie owocami z drzew. Zewnętrzne podobieństwo z pierwszym człowiekiem wbiło go w dumę. Przekonanie, że jest doskonalszym z ludzi, innym niż reszta, wprawiało go w zachwyt.
   Zatrzymał się w jednym z dwupiętrowych domów, mających obszerny taras na dachu. Gospodarze byli ludźmi pochodzącymi z rasy negroidalnej. Targowanie się o cenę za nocleg przeprowadzone było w dramatycznych okolicznościach. Przybysz trafił na awanturę domową połączoną z rękoczynami. Chcąc nie chcąc, uczestniczył w wyładowaniu złości nad potomstwem, które dopuściło się przewinienia.
   – Racz, panie, nie gardzić twymi sługami – rzekł człowiek o zaciemnionym obliczu z czarującym uśmiechem na ustach i podniósł z ziemi torbę, jednocześnie zwracając się ponownie do gościa:
   – Wnuki zaraz przygotują izbę. Proszę traktować nas jak członków własnej rodziny. Jesteśmy przecież dziećmi tego samego Boga.
   Stojący pod ścianą ukłonił się lekko i niebawem wszedł do pokoju dlań przeznaczonego.
   Był pod wrażeniem porządku, jaki panował w obrębie posiadłości jego dobrodziejów. Mieszkańcy w większości okazywali sobie uczucia, mówili dużo o miłości, jaka stanowiła nić łączącą ich dusze, wyświadczali sobie przeróżne usługi, zazwyczaj publicznie, by widziano, co czynią. Gmachy, w jakich mieszkali, były wybudowane z gigantycznych brył piaskowca albo z mniejszych cegieł ułożonych z niezwykłą starannością. Niektóre domy posiadały wysoką wieżę, skąd można było obserwować nieboskłon, sferyczne niebo, konstelacje i gwiazdy. W obrębie miasta sadzono trawę i krzewy. Pełno było cienistych alei, sadów i ogrodów, gdzie można było odpocząć od pracy. Przestrzeń przecinała sieć kanałów z krystalicznie czystą wodą. Nosili ubiory ze skór roślinożerców, przycięte i starannie dopasowane, choć niektórzy wdziewali na siebie szaty z tkaniny, z wełny lub z jedwabiu. Na pomnikach przedstawiających ich samych kładziono kwiaty. Nigdzie nie zauważył jednak ołtarza przeznaczonego dla Stwórcy. Przez moment pomyślał, że czczą i adorują samych siebie, ale zaraz odrzucił tę myśl jako absurdalną. Ślady Boga w swoim nieskończonym majestacie istniały w każdym wymiarze i wypełniały wszechświat aż do najdalszych sfer, toteż nikt nie wątpił w realną obecność Przedwiecznego. Nie chciał stać się podobny do przeklętego plemienia, choć z każdą upływającą minutą tracił pewność tego, w co wierzył.
   Aż do spoczynku domownicy byli mili i zasypywali podróżnego przeróżnymi pytaniami. Zwłaszcza interesowało ich dziedzictwo i błogosławieństwo, jakie spoczęło na potomkach Seta. Odpowiadał na niezliczone zarzuty związane z najczystszą gałęzią rodzaju ludzkiego, dowodząc możliwości powrotu do rajskiej rzeczywistości! Małe dzieci siadywały obok niego i domagały się błogosławieństwa. Natomiast dorośli, w tym zaproszeni sąsiedzi, przysłuchiwali się pilnie i chłonęli każde wypowiedziane słowo. Częstowano go z hojnością owocami i napojami. Życzliwość, z jaką przyjęła nieznajomego rodzina, ujęła go za serce.
   Zasnął o północy. Nie od razu przypomniał sobie koszmary, o jakich śnił. Sen był przerażający. Pochwyciły go demony, które najpierw jawiły się jako wysłannicy świetlistej Potęgi. Został wrzucony do głębokiej studni.
   Nad ranem zrozumiał, że ktoś grzebał w jego rzeczach. Zostały porozrzucane po pomieszczeniu albo włożone niedbale do skórzanych toreb. Wyszedł z pokoju z obawą. Po umyciu i doprowadzeniu swego ciała do porządku wszedł ostrożnie na taras widokowy, znajdujący się na dachu domostwa. Chciał zobaczyć narodziny nowego dnia. Gdzieś z lewej strony dochodził dźwięk harfy, z przeciwnej natomiast szczekanie rozbudzonych psów i odgłos kogutów zwiastujących porę wstawania.
   Przed wejściem na dach zatrzymała go jednak rozmowa między dwiema kobietami, które w dniu wczorajszym ujęły go nienagannymi manierami i skromnością. Ich uroda była wyjątkowa, a styl bycia zachwycał. Nawet przylegające do ciał materiały ze skór uwidaczniały doskonałe kształty. Teraz obie były nagie, nie licząc naszyjników w kształcie smoka.
   Drgnął, gdy usłyszał to, o czym mówiły.
   – Wiesz, Sillo, muszę ci to powiedzieć.
   – Mów, siostrzyczko.
   – Zdradziłam męża. I czuję wyrzut sumienia.
   Dziki śmiech, jaki wyszedł z ust starszej kobiety, był nieco wyzywający i napawał niesmakiem.
   – Doprawdy?
   – Tak…
   – I to cię niepokoi?
   Młodsza kiwnęła głową.
   – Nie przejmuj się niczym. Ja swojego zdradziłam dwa dni po ślubie za to, że… dotknął łapami inną. Zresztą nie jest mi wierny. Odpłacam mu tym samym. Jedyne, co nas łączy, to majątek i dzieci.
   – Naprawdę?
   – W rzeczy samej, Ado. Nic i nikt nie będzie mnie krępował. Moje pierwsze dziecko nie jest nawet jego. Mam je z innym. Rób, co chcesz. Sama dla siebie jesteś władczynią.
   Czym prędzej skrył się w wynajmowanym pokoju. Nie mógł jednak dojść do siebie. Przez ścianę usłyszał inną rozmowę, prowadzoną między matką a synkiem.
   – Skąd to masz?
   Milczenie było jawnym dowodem na nieuczciwe źródło zdobycia przedmiotu, który oglądała. Klepnięcie wymierzone w policzek dziecka przyspieszyło wyznanie.
   – Mów prawdę!
   – Ukradłem.
   – Komu?
   – Żonie Dżemaszyda…
   – Hym…
   Nastąpiła cisza, chwilowa przerwa w dialogu.
   – Jakie to ładne.
   – Ukradłem ten przedmiot dla ciebie, mamo. Jest twój…
   – No dobrze. Dzielnie się spisałeś. Chodź, dostaniesz buziaka.
   Wędrowiec podszedł do niskiego stolika, otworzył leżące na wierzchu pudło i wyjął miedziane, okrągłe pudełko, które otworzył. Wewnątrz znajdowała się maść. Wysmarował sobie miksturą twarz, ręce i szyję. Tak zakamuflowany wyszedł na zewnątrz.
   Mijający go ludzie wydawali mu się uwikłani w jakąś tajemnicę, kryjącą podwójną tożsamość. Na zewnątrz okazywali nienaganne maniery, serdeczność połączoną z nadmiernym uwielbieniem nad zewnętrznym wizerunkiem cielesnym. Tubylcy nie wahali się wypowiadać słów mających wielkie znaczenie, mówiąc o przyjaźni pierwszej napotkanej istocie. Obcego pozdrowiono serdecznie po wielokroć i z ciekawością pytano o źródło pochodzenia w tych stronach wzoru ubioru. Po jakimś czasie trafił na targ. Stragany ustawione były we wzorowym porządku, lecz stojący za towarami handlarze zdawali się być jakby podrażnieni. Z trudem maskowali ukryte w nich emocje, gdy ktoś przechodził i nic nie kupował. Przechodząc obok straganów z warzywami, był świadkiem gorszącej sceny. Dwóch miejscowych zaczęło się bić o produkt, jaki jeden z nich sprzedał, a drugi kupił. Przed zabiciem człowieka nikt nie jadał mięsa ze zwierząt, ludzie bowiem żywili się wówczas owocami i nasionami.
   – Dlaczego sprzedałeś mi zepsute mięso i zgniłe owoce, czarnogłowy?
   – Bo cena, jaką oferowałeś, była zbyt niska. W tym klimacie materia organiczna ulega szybkiemu zepsuciu. Zresztą… trzeba było patrzeć, co się bierze, potomku Kaina!
   Odpowiedź, jaka padła z ust sprzedającego, była iskrą zapalną do całej awantury, a nasycenie złością w niezbity sposób ukazywało łączność rodzaju ludzkiego z przeklętymi duchami. Obaj rzucili się ku sobie. Bijąc się na pięści, nie okazywali najmniejszych oznak współczucia. Szarpiąc się za włosy, krzyczeli, rzucali przekleństwa, ranili w sposób okrutny. Jak bezrozumne w swoim uporze dzikie bestie chcieli dowieść swej wyższości poprzez siłę. Nie bacząc na spór, świadkowie zdarzenia szybkimi i pewnymi ruchami podkradali towar w postaci najlepszych daktyli i wartościowych przedmiotów, jakie nosił w skórzanej torbie oszukany. Bijących się ludzi zachęcano do załatwienia sprawy do końca i nikt nie przejawiał chęci rozdzielenia zwaśnionych.
   Człowiek o białym odcieniu skóry poszedł dalej. Dotarł do przedmieść, gdzie zobaczył przerażający widok. Pod jednym ze słupów natknął się na uwiązanego martwego psa. Skazane na śmierć głodową biedne stworzenie wiło się i szarpało, nim wyzionęło w końcu ducha. Według napisu umieszczonego na palu, powodem takiej okrutnej karę było pogryzienie właściciela. Drugim smutnym przykładem na postępujące zepsucie był widok umierającego i gnijącego starca, który przez dwadzieścia lat opętany był przez demona. Pod koniec życia został uwolniony przez jakiegoś pobożnego człowieka, lecz wyniszczony organizm i zmaltretowana dusza zostawiły straszliwe ślady na zewnątrz w postaci wykręconych stawów i nadmiernej, nienaturalnej tuszy. Nazywano go „przeklętym” i omijano szerokim łukiem. Poruszał się bardzo wolno i żył na skraju wysypiska, gdzie wyrzucano wszelką nieczystość. Żywił się odpadami. Nikt nie wyciągnął do niego pomocnej dłoni.
   W innym miejscu napotkał młodzież słuchającą nauczyciela objaśniającego mechanizmy działania minerałów na sferę biopola ludzkiego organizmu i nieba wodnego, pierścienia odgradzającego przestrzeń wszechświata od Ziemi. W pewnym momencie mędrzec uniósł dłoń do góry i oznajmił.
   – Teraz co powiem, może wami wstrząsnąć, ale zaznaczam, że to tylko moja teoria. Król rodzaju ludzkiego i jego potomkowie mówią, że świat został stworzony, tam u góry przez Tego, osiemset lat temu, ale ja twierdzę, że ma… miliony lat! I natura stworzyła sama te wszystkie wspaniałości, które widzicie. Dowody? Czy ktoś z was widział Boga? Tylko mówią o nim… Nie żebym odbierał wam wiarę, ale… jesteśmy bogami sami dla siebie i nie potrzebujemy nic więcej ponad to, co mamy. Sami ustanawiacie prawa i obyczaje.
   Przybysz wycofał się dyskretnie, nie mogąc słuchać jawnej nieprawdy.
© 2004-2021 by My Book
×