[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Vim vi repellere licet (?)
Vim vi repellere licet (?)
Maria Petelicka
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 86 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  listopad 2020
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-622-1
25.00 zł
ISBN:
978-83-7564-627-6
10.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
   „Specjalistyczny gabinet psychologiczny”, jak głosiła tabliczka, mieścił się na pierwszym piętrze pewnej wiekowej kamienicy. Niewielki pokoik, który przylegał doń ściśle, był czymś w rodzaju poczekalni, tak ciasnej, że z trudem mijały się w niej dwie osoby. Mimo to zmieścił się tu nie tylko wygodny szary fotel, ale i stojak, na którym można było znaleźć wszelkiego rodzaju prasę: od ,,Wiadomości Codziennych” po ilustrowane albumy, przenoszące czytelnika w sam środek malowniczych pejzaży – wszystko, co mogłoby umilić czas oczekującym na wizytę.
   Ktoś znużony przeglądaniem czasopism mógł spojrzeć na kolorowe, przyciągające wzrok dyplomy, opiewające szczególną wiedzę i umiejętności ich właściciela. Choć nie były zbyt liczne, to jednak zawieszone na tak małej ścianie – ba! nawet pokrywające ją w całości, niczym pstrokata tapeta – niewątpliwie robiły wrażenie na wchodzących. Nawet jeśli ich czytanie nie należało do najbardziej zajmujących zajęć, to jednak bez wątpienia było ciekawsze od śledzenia, bądź co bądź monotonnych, ruchów wskazówek na jasnej tarczy zegara, zawieszonego pod sufitem.
   Co intrygujące, za każdym razem, gdy czytało się ostatni z nich, nagle z gabinetu wyłaniał się kolejny zadowolony klient. Miałem okazję sprawdzić to już wielokrotnie i zawsze otrzymywałem ten sam wynik. Także teraz, gdy przebiegałem wzrokiem ostatnią linijkę bezcennego certyfikatu, duże, obite ciemnowiśniową skórą drzwi otworzyły się z rozmachem.
   – Bardzo panu dziękuję – starsza pani ściskała gorąco dłoń psychologa, który słuchał jej z uśmiechem. – Ogromnie mi pan pomógł.
   – Ależ, pani Hilario, cieszę się, że mogłem się na coś przydać. – Robert przewrócił oczyma z uniesieniem i szarmancko pokazał starszej pani drogę do wyjścia.
   Zawsze, gdy spoglądałem na jego postać, zastanawiałem się, jak udaje mu się zdobyć zaufanie swoich klientów. Zawód, który wybrał, już sam w sobie nie był łatwy, a jeśli dodać do tego jego słusznych rozmiarów, barczystą sylwetkę, na pierwszy rzut oka należącą raczej do boksera niż do psychologa, stawało się oczywiste, że poświęcił sporo czasu na wyrobienie sobie dobrej opinii.
   Musiał dostrzec mnie kątem oka, bo dyskretnie dał mi do zrozumienia, bym wszedł, sam zaś ani na chwilę nie przestał zabawiać pani Hilarii rozmową.
   Gabinet, w porównaniu z wytapetowaną dyplomami poczekalnią, wydawał się bardzo skromnie urządzony, wręcz ascetycznie. Całe jego umeblowanie stanowiło niewielkie biurko wraz z sąsiadującym z nim kredensem na napoje oraz długa kanapa, zastępująca zapewne tradycyjną „kozetkę”. Na stoliku leżał na wpół otwarty notes z zapiskami na temat starszej pani, cierpiącej najwyraźniej na arachnofobię, odkąd w jej domu zagościł pająk.
   Już nieraz pytałem Roberta o sztuczkę z dyplomami i drzwiami, co według mnie miało w sobie coś magicznego, ale on zawsze, śmiejąc się, składał wszystko na karb przypadku.
   Teraz zjawił się w swym gabinecie nadzwyczaj szybko i od progu przywitał mnie tym samym promiennym uśmiechem.
   – Witaj, Marek! Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę. – Uścisnął moją dłoń, otwarty notes pewnym ruchem zsunął do szuflady i siadł za biurkiem, wszystko równocześnie. – Napijesz się czegoś? Kawy?
   Podziękowałem uprzejmie, mówiąc, że nie przepadam za tym napojem.
   – Barbarzyńca – mruknął Robert pod nosem, nalewając sobie pełną szklankę.
   – Jesteś już uzależniony – zaśmiałem się, patrząc, jak z teatralnym wyrazem rozkoszy na twarzy pociągnął pierwszy łyk.
   – Myśl sobie, co chcesz, ale bogowie olimpijscy właśnie kawę nazywali nektarem…
   – …a czekoladę ambrozją – dokończyłem. – Powiedz, dlaczego tak nagle chciałeś mnie widzieć? – postanowiłem od razu przejść do sedna.
   – Mmm, właśnie! – Mój zaprzyjaźniony psycholog odstawił gwałtownie szklankę, aż czarny płyn zachlupotał niebezpiecznie. – Muszę ci się pochwalić, że ostatnio ukończyłem kurs na temat…
   – ,,Terapii po traumatycznych przeżyciach” – zacytowałem ostatnią linijkę najnowszego certyfikatu. – Moje gratulacje!
   Robert zastygł na chwilę z uroczyście uniesionym do góry palcem, a potem roześmiał się serdecznie.
   – Nic się przed tobą nie ukryje, prawda? A mogłem powiesić ten dyplom po twojej wizycie – westchnął cicho, po czym pociągnął kolejny łyk.
   Wydawał się zmartwiony, że zepsułem mu niespodziankę, ale wystarczyło tylko zapytać o szczegóły szczęśliwego zdarzenia, by wrócił mu wyśmienity humor. Robert potrafił godzinami opowiadać na każdy temat, a jeśli ten szczególnie go interesował, zapominał o całym otaczającym świecie, o pacjentach czekających za drzwiami, o zaplanowanym spotkaniu – nawet o stygnącej kawie. Tak było i tym razem, gdy żywo gestykulując, odkrywał przede mną tajniki psychologii, od podejrzenia choroby, przez diagnozę, po starannie dobraną i przeprowadzoną kurację.
   – Najpierw trzeba odkryć powód. Może to być jakiś kataklizm, wojna lub właściwie jakiekolwiek zagrożenie. Wtedy pojawia się strach i poczucie bezradności – nadawał swojej wypowiedzi prawdziwie mentorski ton.
   Nasze spotkania, bez względu na to, gdzie miały miejsce – u mnie czy w psychologicznym gabinecie – wyglądały właściwie tak samo. Robert mówił, ja zaś słuchałem, nie śmiąc mu przerywać. Gdybym na co dzień był powiernikiem ludzkich zwierzeń, z pewnością wykorzystałbym każdą okazję, by podzielić się z kimś, dla odmiany, własnymi przeżyciami.
   – …i tak oto pacjent wraca do zdrowia! – Robert zakończył po chwili z entuzjazmem swój długi wywód.
   – Spotkałeś już kogoś z podobną przypadłością? – spytałem.
   Psycholog pokręcił przecząco głową.
   – Nie, jeszcze nie. – Oparł brodę na ręku z tak zagadkową miną, że nie umiałbym powiedzieć, czy jest tym faktem ucieszony, czy bardziej zmartwiony, że nie było mu dane spotkać ciekawszego przypadku.
   – A ta starsza pani, która wychodziła stąd niedawno?
   – Hilaria? – Robert podniósł głowę. – Ach, nie, nic poważnego jej nie dolega. Mam nawet wrażenie, że głównym problemem większości odwiedzających mnie starszych pań jest potrzeba rozmowy… – Zdawał się nieco roztargniony. – Notabene, wiesz, co jest w tym wszystkim najważniejsze? – zawiesił głos, zmieniwszy nagle temat, mając zapewne na myśli ogólne zasady psychologii. Nachylił się i zaglądając mi głęboko w oczy, natychmiast odpowiedział sam sobie: – Najważniejsze to znaleźć przyczynę, dowiedzieć się jak najwięcej o człowieku, z którym masz do czynienia i… jak najlepiej to wykorzystać.
   Zdanie to wydało mi się cokolwiek niejednoznaczne, zwłaszcza że Robert ani na chwilę nie przestał mi się przyglądać. Nie lubiłem tego spojrzenia. Za każdym razem odnosiłem wrażenie, że doszukuje się u mnie jakichś sobie tylko znanych objawów różnych przypadłości z tą samą wnikliwością, z jaką zbieracz grzybów wypatruje na leśnej ściółce wyrosłych po deszczu kapeluszy. Zawsze, gdy nie spuszczając wzroku, wytrzymywałem to badawcze spojrzenie, przychodziło mi na myśl, że potrzeba podobnej odwagi, by przyjaźnić się z psychologiem, jak i z dentystą.
   Nie zdążyłem jednak dobrze zastanowić się nad znaczeniem jego słów, kiedy Robert wyprostował się nagle.
   – Ależ gdzie moje maniery! Znów nie dopuściłem cię do słowa. – Wziął do ręki szklankę i w przypływie pragnienia wychylił kawę. – Ech, zupełnie zimna…
   Po chwili wstał, podszedł do kredensu i nalewając sobie kolejną porcję, rzucił przez ramię:
   – Powiedz, proszę, co u ciebie? Jak interesy?
   Odparłem krótko, że nie narzekam.
   – Nie nudzi cię to pisanie podań? – zaśmiał się, na powrót zajmując miejsce za biurkiem.
   – Cóż, każda praca z czasem staje się monotonna.
   Prawdę mówiąc, był to ostatni temat, na który chciałbym rozmawiać.
   – Wiem coś o tym. – Robert westchnął ciężko. – Czasami sam mam dosyć, tylko dzisiaj przyjąłem dziesięciu pacjentów!
   Akurat w tym momencie za drzwiami dał się słyszeć jakiś hałas – do poczekalni wszedł kolejny klient.
   – Dużo wizyt masz jeszcze na dziś zaplanowanych? – spytałem ze współczuciem.
   – Tylko dwie. Całe szczęście, że jutro wyjeżdżam. Pamiętasz, wspominałem ci chyba o tym niedawno? – Zmarszczył brwi, wertując zdarzenia w pamięci.
   – Rzeczywiście, mówiłeś – uśmiechnąłem się. – Nie powiedziałeś tylko, na jak długo?
   – Och! – Robert roześmiał się. – Na tyle, na ile się uda! Może nawet na miesiąc – rzekł z rozmarzeniem.
   Hałas w poczekalni powtórzył się. Tym razem rozległ się cichy szelest – najwyraźniej pacjent odłożył gazetę i przeniósł wzrok na dyplomową tapetę. Psycholog spojrzał w stronę drzwi i z zakłopotaniem zerknął na zegarek.
   ,,A więc tak to robisz”, pomyślałem, przypominając sobie o magicznej sztuczce.
   – Pójdę już.
   Podniosłem się z miejsca. Był na to zresztą najwyższy czas – dochodziło wpół do czwartej.
   Robert spojrzał na mnie przepraszająco.
   – Wybacz, zupełnie straciłem poczucie czasu. Chętnie bym cię jeszcze zatrzymał, ale sam rozumiesz…
   Machnąłem ręką na znak, że nie ma o czym mówić.
   – Dziękuję za zaproszenie. – Uścisnąłem podsuniętą mi dłoń. – Miło było cię zobaczyć. – Już miałem dodać, że właściwie usłyszeć, ale w porę ugryzłem się w język.
   – To ja dziękuję, Marku – odparł. – Nawet się nie domyślasz, jak dobrze jest z kimś porozmawiać o swoich własnych sprawach.
   Pożegnaliśmy się raczej szybko. Kiedy naciskałem mosiężną klamkę ciemnowiśniowych drzwi, psycholog wstrzymał mnie jeszcze na chwilę.
   – Wiesz, tobie też przydałoby się nieco odpoczynku – rzekł, a potem, przyglądając mi się badawczo, dodał: – Ostatnio wyglądasz na zmęczonego.
   – Dziękuję za troskę – uśmiechnąłem się. – Życzę ci udanego wyjazdu!
   Chwilę później, gdy już stawiałem stopę na schodach prowadzących do wyjścia z kamienicy, coś przykuło moją uwagę. Na niewielkiej półeczce, będącej raczej budowlanym niedopatrzeniem, przedłużeniem załomu ściany niż świadomym meblem, leżała otwarta gazeta, którą najwyraźniej ktoś zostawił tam w pośpiechu. W zasadzie powinienem wzruszyć ramionami i pójść dalej, ale było w niej coś intrygującego. Po cóż ktoś miałby ją tutaj zostawiać? Wziąłem do ręki pismo.
   Były to ,,Wiadomości Codzienne”, te same, które niedawno przeglądałem, otwarte teraz na stronie, na której czarnymi literami krzyczał napis: ZUCHWAŁA ZBRODNIA WSTRZĄSNĘŁA MIASTEM.
   Kto je tutaj zostawił? I dlaczego? Przecież chyba nie ów człowiek, który już od dłuższej chwili czekał na wizytę pod drzwiami, a który z pewnością odłożyłby ją na miejsce. Miałem dziwne przeczucie, że ten, kto to zrobił, chciał, bym ją znalazł.
© 2004-2017 by My Book
×