[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Two Worlds. Tom I: Dla ciebie płonę
Two Worlds. Tom I: Dla ciebie płonę
Susan Taylor
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 441 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  czerwiec 2020
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-610-8
50.00 zł
ISBN:
978-83-7564-612-2
30.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
   Poprawiłem kołnierz gryzącego swetra przed lustrem. Przyklepałem włosy najbardziej, jak się dało. Świetnie. Teraz wyglądałem jeszcze gorzej. Czyli tak, jak życzyła sobie moja kochana mamusia.
   Drzwi do mojego pokoju otworzyły się powoli. Zobaczyłem w nich Amandę. Miała na sobie swój zwyczajowy mundurek. Dygnęła, uśmiechając się.
   – Paniczu, pańska matka woła na kolację.
   – Zaraz zejdę. Ile razy mam ci mówić, że masz się do mnie zwracać po imieniu?
   – Ale…
   – Wiem, że według mojej matki to niestosowne, ale nic mnie to nie obchodzi.
   Kiwnęła głową i wyszła wyraźnie speszona. Westchnąłem, zakrywając niewielki tatuaż na nadgarstku rękawem. Przecież wielka Nicole Parker dostałaby zawału.
   Wyszedłem na korytarz. Natknąłem się na moją siostrę Lindsay. Ciągnęła za sobą ulubionego białego pluszowego psa. Była ubrana w niebieską sukienkę w kwiatki. U nas codziennie jada się w strojach jak na bankiet. Mała ma tylko pięć lat i jeszcze wiele z tego nie rozumie.
   – Cześć, promyczku.
   – Cześć – uśmiechnęła się słodko.
   Oboje mieliśmy takie same dołeczki w policzkach. Byliśmy może troszkę podobni. Wziąłem ją na ręce i przytuliłem do siebie. Pisnęła wesoło, zaplatając dłonie na moim karku. Zbiegłem po schodach wchodząc do ogromnej jadalni. Znajdował się tam duży stół jak w jakimś pałacu. Ojciec siedział i czytał gazetę, a matka gładziła sztywno sukienkę.
    – Siadajcie – odezwała się.
   Zająłem moje miejsce, sadzając Lin obok. Nasza kucharka przyniosła posiłek. Jadłem, nie podnosząc wzroku z nad talerza. Poczułem delikatne kopnięcie w kolano. Popatrzyłem na siostrę. Robiła do mnie głupie miny. Starałem się stłumić śmiech.
Pokazałem jej, żeby nic nie mówiła. Mama jak zwykle milczała, a ojciec też nic nie mówił bez jej pozwolenia. To ona sprawowała kontrolę nad wszystkim i lepiej było się z nią nie kłócić. Nigdy nie można podważyć jej słowa.
   Upiłem trochę wody.
   – Erick – powiedziała matka bardzo wyniosłym głosem. – Może jak zjesz, to coś zagrasz?
    – Tak… no mogę. Spo… to znaczy w porządku.
   – Świetnie. Przydasz się do czegoś. A ty, Lindsay, za chwilę masz pójść dokończyć portret.
   Zacisnąłem powieki, żeby nie wybuchnąć. Moja siostra pięknie rysuje, chociaż ma tylko pięć lat. A ja? Jestem jak pieprzony człowiek orkiestra. Zagram na każdym instrumencie, który wpadnie mi w dłonie. Na trójkącie też. Żaden problem. Jednak wolę grać dla przyjemności, a nie z przymusu. Matka myśli, że jest nie wiadomo kim. Jakąś królową i wszystko zależy od niej. Niedoczekanie.
   Przełknąłem kawałek, który stanął mi w gardle. Miałem suche usta. Oblizałem je koniuszkiem języka. Skończyłem jeść z wielkim trudem. Mama od dobrych dziesięciu minut wypalała we mnie dziurę.
   – Już idę – burknąłem, siląc się na miły ton.
   Podniosłem się. Krzesło zaszurało. Kobieta skrzywiła się, ale próbowała to zamaskować. Ojciec nawet nie zwrócił uwagi, w spokoju dopijał kawę. Wziąłem skrzypce, ustawiłem się i zacząłem grać. Najpierw cichą melodię, a potem znacznie pewniej i głośniej. Wiedziałem, że i tak znajdzie jakiś błąd, żeby móc mi go wypominać do końca życia. Taka już była. Nie dało się jej zaimponować. Przymknąłem oczy, poruszając sprawnie smyczkiem po strunach. Skrzypce były pierwszym instrumentem, na którym zacząłem grać. A później poszła cała reszta.
   – Fałszowałeś. – Uniosła wyżej brodę. – Nie mów, że tego nie słyszałeś? Prawdziwy artysta powinien to wiedzieć.
– Według mnie było dobrze. – Wzruszyłem ramionami. – Gdzie widzisz problem?
   – Nie zwracaj się tak do mnie. Jestem twoją matką.
   Matka nie odnosi się tak do swojego dziecka. Gdybym mógł, już dawno bym się wyprowadził. Nie chcę zostawiać siostry. Nawet mam zapewnione nauczanie domowe. Nie wypuszczają mnie z domu od osiemnastu lat. Gdyby tylko wiedziała, że wychodzę sam przez okno, od dnia kiedy skończyłem dziesięć lat. Nie jestem taki grzeczny, na jakiego wyglądam. Dzisiaj wieczorem przychodzi Brade i idziemy na imprezę. „Przychodzi” to złe określenie. Raczej się zakrada. Moi rodzice nawet nie wiedzą, że mam kumpla. Nic o mnie nie wiedzą. Ich zachowanie mnie irytuje.
   Wróciłem do pokoju, trzaskając drzwiami. Okno zamknęło się z trzaskiem, a firanka poruszyła się kilka razy. Opadłem plecami na łóżko, zakrywając oczy ramieniem. Oblizałem suche usta i miałem ochotę rwać włosy z głowy. Jestem dorosły, a ona nadal mi rozkazuje, bo wie, że sobie bez niej nie poradzę. No i może ma rację. Nigdy nie musiałem pracować. Wszystko dostawałem na tacy. Dosłownie. Nie musiałem się starać, nigdy nie miałem dziewczyny. Nie dali mi na to szansy. Nie w takim życiu. Nie wiem, czy jeszcze wytrzymam w tym wariatkowie.
   Sweterki polo, spodnie wyprasowane i idealnie wypastowane buty. Jak ona może mnie zmuszać do chodzenia w czymś takim? I te przylizane włosy. Pocieszam się tym, że tutaj nikt mnie nie widzi. Muszę tak wyglądać. Prawdziwe ubrania trzymam w pudle na dnie szafy.
   Brade: Usiądź jak stoisz. Dzisiaj impreza u kolesia który jest popularny. Kuzyn nam załatwił wejście. Można będzie zamoczyć.
   Erick: No i git. Muszę wyjść z tej rzeźni.
   Brade: Możesz mi stopy całować.
   Erick: Wolałbym nie. Wtedy na pewno nie wyszedłbym z domu.
   Brade: Ha. Śmieszne. Uważaj bo za chwilę nie będę miał potrzeby przychodzić po ciebie.
   Erick: Muszę się napić.
   Brade: Z ust mi to wyjąłeś stary. No i od dzisiaj jestem już wolny.
   Erick: Zerwaliście?
   Brade: Nie była dla mnie.
   Erick: Najlepsza decyzja w twoim życiu.
   Brade: A mamuśka daje popalić?
   Erick: Tak jak zawsze. Albo nawet przeszła samą siebie.
   Brade: Dobra chłopie. Tylko nie zapomnij mi uchylić drzwi balkonowych albo okna. Kiedyś w końcu zlecę z tego głupiego drzewa. Poświęcam się dla najlepszego przyjaciela.
   Erick: W pełni to doceniam.

   Uśmiechnąłem się słabo. Wstałem, zostawiając telefon na granatowej pościeli. Otworzyłem drzwi mojej łazienki. Wszedłem bosymi stopami na zimne kafelki. Oparłem się dłońmi o umywalkę, zerkając w lustro. Roztrzepałem lekko włosy, opłukałem twarz wodą. Po kilku minutach usłyszałem lekki stukot o podłogę i ciche przekleństwo. Kiedy wróciłem do pokoju, Brade właśnie zbierał się z podłogi. Parsknąłem śmiechem.
   – Ani słowa – wskazał na mnie. – Idziemy. Szybko.
    – Muszę się przebrać.
    – Nie ma na to czasu, E. Ruchy, stary.
   Zabrałem skórzaną kurtkę z szafy. Nie uśmiecha mi się wychodzić w tych ciuchach, ale trudno.
    – W samochodzie mam jakiś podkoszulek, to ci dam. Idziemy.
   Wyszliśmy na balkon. Przełożyłem nogę za balustradę i przeszedłem na drzewo. Brade szedł za mną. Ześlizgnąłem się po pniu, po chwili stałem na świeżo skoszonej trawie. Przedostaliśmy się na tyły domu. Odgarnąłem włosy z twarzy. Zostało jeszcze tylko przejść na drugą stronę żywopłotu. Niestety, główna brama jak zwykle była zamknięta, a zbyt duży hałas robi otwieranie jej. Gałązki raniły mi dłonie, kiedy próbowałem się wspinać. Jedna uderzyła mnie w twarz. Wypadłem z tego narzędzia tortur i poczułem, jak zderzam się z innym ciałem. Cofnąłem się o kilka kroków, a druga osoba upadła na ziemię. Dziewczyna. Masowała tył głowy. Za nią stała druga. Mignęły mi jej różowe włosy.
   – Cholera – mruknęła, patrząc zapewne na swoją przyjaciółkę, którą stratowałem. – Nie jest dobrze. Jest bardzo źle.
   Wstała i teraz dopiero spojrzałem jej w oczy. Były niesamowicie czarne. Jak węgiel, ale… piękne. Mogły pochłonąć każdego, kto by się w nie wpatrywał. Otrząsnąłem się. Do tej pory byłem jak w amoku, a moje ciało drgało.
   – Przepraszam, ja… – plątałem się. – Tak mi przykro… Jestem Erick.
   Wyczułem obecność przyjaciela obok. Śmiał się, debil. Wie dobrze, że nieczęsto wpadam w interakcję z dziewczynami. On ma więcej doświadczenia. Odchrząknął, szturchając mnie w ramię. Nabrałem powietrza. Naciągnęła czarną czapkę na uszy i zwęziła źrenice. Miała bardzo długie włosy, także czarne. Nie licząc jednego nierówno obciętego kosmyka z prawej strony. Różowowłosa zaciskała palce na jej nadgarstku. Jakby chciała koniecznie utrzymać dziewczynę. Nie podobało mi się to wymowne milczenie.
   – A ja jestem wkurwiona! – warknęła, robiąc krok w moją stronę.
   – Daj spokój – powiedziała ta druga. – Przeprosił. Koniec tematu.
   – To ja powiem, kiedy będzie koniec. Cicho, Tara.
   – Nie chciałem na ciebie wpaść. Ja tylko…
   – Prawiczek ucieka z domu? – uśmiechnęła się kpiąco.
   Dotknęła kołnierzyka mojego durnego swetra. Teraz przeklinałem w myślach Brade’a, że jednak nie pozwolił mi się przebrać.
   – Jak widać, nadziany prawiczek. Dobrze ci radzę, nie wchodź mi w drogę. Następnym razem nie będę taka miła i ci przyłożę. Pilnuj się, Evan.
   – Erick – poprawiłem ją.
   – Nic mnie to nie obchodzi.
   Odwróciła się i chwyciła Tarę za ramię. Przebiegły przez ulicę, znikając w ciemności. Nawet nie zapytałem, jak ma na imię. Chociaż i tak bym pewnie nie uzyskał odpowiedzi. Za to zobaczyłem oczy, których nigdy nie zapomnę.
   – Ostra – mruknął Brade. – Spaliłeś sobie. Mogłeś poderwać.
   – Była na mnie wściekła.
   – W sumie – zastanowił się – wydawało mi się, jakbym już ją gdzieś widział. Taka dość znajoma.
   – Niby gdzie?
   – No nie wiem. Mniejsza o to. Zwijamy się. Jeśli twoja matka nas nakryje, więcej nie wyprowadzisz jej w pole.
– Tak. Chodźmy.
   Odetchnąłem. Była śliczna. Miała takie oczy i usta. No i chyba nie lubi, jak się na nią wpada. Skoro Brade ją kojarzy, to może rzeczywiście jest jakaś znana. Na pewno takiej dziewczyny nie dałoby się zapomnieć. Ja bym nie potrafił.
   Wsiadłem do samochodu kumpla, oparłem się o szybę. Ruszył tak, żeby matka nie zobaczyła świateł. Siedzę w tym domu jak w fortecy. Czasem na mnie wrzeszczy, kiedy otworzę okno. Jakby matka nie chciała, żeby ktoś mnie zobaczył. Może się mnie wstydzi? Nie zdziwiłbym się. Często wariowała.
   Narzuciłem kurtkę na ten paskudny sweter. Dobrze, że chociaż założyłem trampki, a nie mokasyny. Zastanawia mnie, dlaczego zabrania mi wychodzić. Jakby się czegoś bała. Tylko czego? Dziwne. Mogłaby normalnie powiedzieć, o co chodzi, a nie wszystko przede mną ukrywać.
© 2004-2017 by My Book
×