[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Eksportowe samotności
Eksportowe samotności
Zdzisław Iskra
Wydawca:My Book
Format, stron: B5 (170 x 240 mm), 253 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  październik 2005
Kategoria: biografie i wspomnienia
ISBN:
83-89770-24-5
54.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
   Pociąg ruszył. Wreszcie będzie trochę spokoju – pomyślałem. Wszyscy byli zmęczeni całodzienną bieganiną; po dyrekcjach, sklepach, bazarach itp. Odbywało się to w ten sposób, że ktoś rzucał hasło:
   – Słuchajcie, mówił mi kolega, że dżinsy nie idą, o wiele szybciej można sprzedać kosmetyki.
   Wówczas każdy z osobna począł zastanawiać się, ile ma złotówek w kieszeni, niejednokrotnie przeliczając pieniądze w miejscu, gdzie dopadła go ta wiadomość. Kilka osób zostawało wtedy do pilnowania bagażu, a reszta ruszała w miasto. Moje zasoby gotówki wyczerpały się po pierwszym takim wypadzie. Od tego momentu stałem się etatowym stróżem ogromnej sterty bagażu zgromadzonej w narożniku wielkiej hali dworca centralnego w Warszawie. Wraz ze mną stałą wartę pełnił Zenek, któremu również skończyła się gotówka. Pozostali członkowie „ochrony” zmieniali się w zależności od wypływu gotówki. Mimo że zawsze było nas co najmniej czterech, musieliśmy zachowywać nieustanną czujność na zakusy różnego rodzaju włóczykijów, których nie brakowało.
   Ostatnia runda wypadowa do miasta miała miejsce około godziny czternastej, czyli na dwie godziny przed odjazdem pociągu. Tym razem obiektem pożądania stał się lakier do paznokci, najlepiej koloru czerwonego. Nie zauważyłem, kto rzucił to hasło, dość powiedzieć, że w chwilę później jak na komendę tłum rozgorączkowanych ludzi wyciągał z kieszeni całą resztę gotówki, pieczołowicie ją przeliczając. Stojąc w pobliżu okna obserwowałem, jak moi towarzysze podróży wysypują się z hali dworca na chodnik. Uliczny tłum, niby wezbrana rzeka, wchłaniał ich w siebie, znikali jak kamienie wrzucane do wody. Nic nie było w stanie zakłócić tej żywej fali ludzkiej rzeki. Od prawdziwego nurtu różniło ją to, iż płynęła w obu kierunkach. Patrzyłem jak urzeczony na to dziwne zjawisko, zastanawiając się, jak to możliwe, żeby tak znikali bez śladu ci wszyscy, którzy jeszcze przed chwilą byli tacy hałaśliwi. Do rzeczywistości przywołał mnie Zenek.
   – A my dalej kiblujemy. Co Stasiu?
   – Znasz powiedzenie: kto nie ma miedzi to na d… – urwałem, będąc pewien, iż Zenek zna ciąg dalszy.
   – Tak, a cóż zrobić ponad to, jak tylko obserwować i zazdrościć.
   – Zazdrościć, ale czego?
   – Jak to czego więcej kupią, więcej zarobią tam w Rosji.
   – Przecież głównym źródłem naszych dochodów ma być praca, a nie przemyt.
   – Jedno nie przeczy drugiemu, wcale bym się nie pogniewał, gdybym na starcie zarobił marny tysiączek rubelków; właściwie to norma poniżej której zejść nie wypada. Znam takich, którzy twierdzili, że przewozili towar za pięć tysięcy rubli.
   – To chyba niemożliwe – powiedziałem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
   – Możliwe, z pewnością możliwe. A ty, Stasiu, masz dużo towaru?
   – Ależ skąd. Mam cztery pary sztruksów, dwie koszule „Safari”, kilka sztuk cieni do powiek, tu w Warszawie kupiłem dwadzieścia flakoników perfum „Być może…” i to wszystko.
   Zenek dłuższą chwilę przeliczał na ruble wartość mojego towaru, skrzywił twarz w łagodnym grymasie i powiedział:
   – Gdyby to były spodnie dżinsowe, to mógłbyś liczyć na tę granicę przyzwoitości, ale sztruksy… zapomnij o tym, że ktokolwiek ci je kupi. Dlaczego nie kupiłeś dżinsów?
   – Chciałem, ale nie było nigdzie małych rozmiarów. Później nie było już czasu ot i tak, kupiłem w Pewexie sztruksy i już na tym zostało.
   – Ojej, taka strata, toż ty wydałeś ze sto dolarów?
   – Dokładnie to osiemdziesiąt osiem.
   – Taka strata – powtórzył Zenek. – Trzeba było sprzedać dolary konikom, a za ten szmal kupić na „Różyckiego” spodnie dżinsowe, miałbyś z osiem par, rozmiary jakie tylko chcesz.
   Argumenty przytoczone przez Zenka wydawały mi się być tak oczywiste, że niepodobna było postąpić inaczej. Słowa kolegi obnażały moją niezaradność. Było mi naprawdę wstyd. Rozłożyłem ręce w geście bezradności i powiedziałem:
   – Wszystko to nie jest takie proste w realnym życiu.
   Zenek długo patrzył na mnie z miną, w której litość mieszała się z lekceważeniem, po czym zmienił temat:
   – Dobrze byłoby już siedzieć w pociągu, taki jestem zmęczony, może mógłby się człowiek zdrzemnąć – spojrzałem na zegarek.
   – To już za godzinę. Jak myślisz, Zenku, o której podstawią pociąg?
   – Na pół godziny przed odjazdem.
   – Co będzie, jeśli oni nie wrócą do tego czasu?
   – Zależy kto nie przyjdzie, umówiliśmy się, że każdy odpowiada za bagaż tego, z kim się umawiał.
   – Sądziłem, że wszyscy będziemy czekać, póki ostatnia torba nie zostanie zabrana.
   – Chyba zwariowałeś, ja czekam na Cześka, Janusza i tego Rumcajsa z brodą, nie wiem jak on się nazywa. A tobie kto zostawił majdan?
   Zastanowiłem się, kto wyraźnie zlecił mi opiekę swojego bagażu.
   – O ile mnie pamięć nie myli, to Mundek, Boguś, Artur, takich trzech z Mostostalu i dyspozytor Goliński.
   Zenek pokręcił głową, co mogło oznaczać zdziwienie ilością przyjętych przeze mnie zleceń.
   – Jedno jest pewne, trzeba być na peronie przed podstawieniem składu, słyszałem, że dyrekcja zawsze przysyła więcej pracowników, niż jest wolnych miejsc w wagonie, w myśl zasady „jakoś tam dojadą”. Wyobrażasz sobie trzydzieści sześć godzin na korytarzu?
   Słowa Zenka obudziły we mnie złe przeczucia. Od dawna zastanawiałem się, czy aby na pewno wystarczy dla wszystkich miejsc siedzących, a mówiąc ściśle leżących, bo takie nam deklarowano w dyrekcji. Swoim wywodem Zenek tylko utwierdził mnie w tych przeczuciach. Od tego momentu wpatrywałem się uporczywie w płynącą ludzką rzekę, z której raz po raz wyłaniał się towarzysz podróży, żaden z nich jednak nie był tym, na którego czekałem. Coraz bardziej nerwowo obserwowałem wskazówki zegara i wyłaniające się postaci ludzkie, łudząc się daremnie, że to właśnie ten, na którego czekam.
   Do odjazdu pociągu pozostało trzydzieści pięć minut, a tu ani jedna osoba, która powierzyła mi bagaż, nie wyłoniła się z tej rwącej rzeki ludzkich istot. Na nieszczęście wszyscy podopieczni Zenka powrócili, ostatnim był ów Rumcajs o nieznanym nam nazwisku. Obserwowałem z przerażeniem, jak Zenek zbiera się do wyjścia. Podszedł do mnie, widząc zapewne moje zdenerwowanie.
   – Słuchaj, Stasiu, nic się nie martw, jeśli podstawią pociąg, zajmę dla ciebie miejsce.
   – Byłbym ci naprawdę wdzięczny, widzisz sam, że moich gamoni wciąż nie ma.
   – Bądź spokojny, będzie dobrze.
   Gotowość Zenka do przyjścia mi z pomocą uspokoiła mnie. Jednak w dalszym ciągu byłem zły sam na siebie, jak mogłem dać się tak wrobić w tego wartownika. Nie dość, że niczego nie kupowałem na handel, ba, nawet to co, kupiłem wcześniej, jest nic niewarte, to jeszcze muszę tu sterczeć, kiedy tam na peronie zaraz podstawią pociąg i mógłbym bez żadnego kłopotu zająć miejsce. Jakby na potwierdzenie moich myśli spiker zapowiedział podstawienie pociągu do Moskwy na trzeci peron. Natychmiast poderwała się z wielu miejsc ludzka fala, nacierając na wyjście w kierunku owego peronu. Zdenerwowanie udzieliło się również drugiemu wartownikowi, który oczekiwał na przyjście dwóch ostatnich osób, którym doglądał bagażu. Żeby tylko nie wpadł na pomysł powierzenia ich mnie – pomyślałem, widząc, jak zamierza odejść w kierunku peronów. Ledwie zdołałem o tym pomyśleć, gdy usłyszałem.
   – Słuchaj, kolego, nie ma sensu, abyśmy tu obaj sterczeli, ponieważ to ty masz większą stertę bagażu, musisz przejąć wartę za mnie.
   – Co znaczy muszę – warknąłem. – Pilnuję bagaży moich kolegów, inni mnie nie interesują, zresztą nawet ich nie znam.
   – Masz, tu są ich nazwiska, i nie przeżywaj, w nagrodę zajmę ci miejsce.
   Chciałem odpowiedzieć, że miejsce już ktoś ma mi zająć, ale powstrzymałem się, nie do końca ufając w deklarację Zenka. Przyjąłem kartkę z nazwiskami i pozostałem sam na straży ciągle jeszcze dużej hałdy bagażu. Kilka minut później zjawiło się dwóch delikwentów z kartki, zebrali swoje rzeczy i zniknęli w podziemiu dworca. Po następnych kilku minutach pojawili się moi podopieczni poza Bogusiem. Zabrałem moje rzeczy i zacząłem schodzić na peron, jednak szybko dopędził mnie Mundek.
   – A ty dokąd? Przecież rzeczy Bogusia zostały na hali.
   – Przestało mnie to interesować, mógł przyjść na czas, do odjazdu pozostało kilka minut, dłużej nie mogę czekać, jak chcesz, to sam mu popilnuj bagażu.
   – Rób jak chcesz, ale jeśli mu zginą rzeczy, to ty będziesz odpowiadał!
   Widząc, że Mundek ani myśli pozostać przy bagażach, zawróciłem ponownie na stare miejsce. Stanu, w jakim się znajdowałem, nie można było nazwać zdenerwowaniem, to była jakaś hiperpanika. Na pięć minut przed odjazdem pociągu pojawił się Boguś z ogromnym kołem czegoś pod pachą i reklamówką w drugiej ręce. Wskazałem mu jego bagaż i mimo jego nalegań, aby mu pomóc, biegiem rzuciłem się na peron.
   Na peronie nr 3 było mnóstwo ludzi, nie wiedziałem, czy wszyscy wsiadają do naszego pociągu, czy też są to odprowadzający. Z uwagi na bliską godzinę odjazdu należało wybrać tę drugą możliwość. Wiedziałem, że nasze wagony znajdują się na końcu składu, przesuwałem się tak szybko wzdłuż pociągu, na ile było to możliwe. Gdy znalazłem się w połowie przedostatniego wagonu, usłyszałem głos Zenka.
   – Stasiu, tutaj, prędzej!
   Przez otwarte okno pokrzykiwał na mnie kolega, wymachując rękami. Szybko zniknęły moje bagaże wewnątrz wagonu. O wiele dłużej musiałem sam przeciskać się do wnętrza. Przy wejściu jakiś pracownik Energopolu zabrał mi paszport po uprzednim sprawdzeniu mojego nazwiska na liście, przy którym wstawił ptaszka.
   – Proszę szybciej przechodzić do przedziału, za dwie minuty odjazd. Należało by wcześniej się zdecydować, proszę pana. Czy sądził pan, że pociąg będzie na pana czekał?
   Zarówno pytanie, jak i ton, w jakim zostało ono wypowiedziane, dobitnie przesądzało o jego retorycznym charakterze. Chciałem coś odpowiedzieć, nawet już otworzyłem usta… jednak zdecydowany gest ręki pracownika Energopolu odwiódł mnie od tego zamiaru. Dyżurny ruchu w czerwonej czapce stał wyprostowany jak struna z uniesioną chorągiewką w górze, gdy na wysokości naszego wagonu pojawił się Boguś. Czynił nadludzkie wysiłki, taszcząc swój bagaż. Ponieważ wszystkie okna w korytarzu były wypełnione rozgorączkowanymi głowami, gdy tylko znalazł się w zasięgu owych głów, w jednej chwili wystrzelił w jego kierunku las rąk. Powstał niesamowity tumult, wszyscy krzyczeli na całe gardło.
   – Bogdan, dawaj szybko, szybko, człowieku, gdzieś ty był?!
   W ułamku sekundy zniknęły jego bagaże we wnętrzu wagonu. Jedną z tych ciekawskich głów była także moja, chociaż patrzyłem na to zupełnie obojętnie. Nawet dyżurny ruchu, jak mi się wydawało, czekał z opuszczeniem chorągiewki w dół do chwili zniknięcia wewnątrz wagonu ostatniego pasażera. Pracownik dyrekcji wykonał ponad regulaminową pracę rąk, z racji odległości, jak również ogólnego tumultu nie słyszałem słów. Dość powiedzieć, że po przejechaniu tunelu Boguś znalazł się w naszym przedziale, co mnie bardzo zmartwiło. Na domiar złego Mundek zajął mu miejsce na samej górze, czyli na wprost mojego. Miałem teraz przed oczyma twarz człowieka, który zabrał mi kilka lat życia.
© 2004-2017 by My Book
×