[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Buszujący w czasie
Buszujący w czasie
Marek Pełka
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 255 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  czerwiec 2012
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-347-3
42.00 zł
ISBN:
978-83-7564-351-0
23.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    Widok z góry nie był ciekawy, wszędzie wydmy oraz rozciągający się wokoło bezkres pustyni; gdzieś tam, w dali, zasłonięte piaskowymi pagórkami skrywało się miejsce, w którym znajdował się punkt wycieczkowy. Donat rozglądał się ciekawie dookoła, ciemne okulary odporne na promieniowanie ultrafioletowe chroniły jego oczy. Uwagę jego przyciągnął widok roztaczający się z drugiej strony wydmy: w odległości piętnastu metrów od jej podnóża pojawiło się jakby ciemniejsze pasemko pożółkłego piachu z licznymi różami piaskowymi. Wydobył z pokrowca aparat fotograficzny, zrobił zdjęcie tego miejsca z daleka, a później zszedł, aby przyjrzeć się bliżej znalezisku. Rzeczywiście, to były pustynne róże, Donat zrobił zdjęcie, później ukucnął i dotknął największej z nich ręką. Była piękna. Oglądał ją dokładnie ze skupieniem, gdy nagle ujrzał poza pasmem sporej wielkości skorpiona; obserwował go przez chwilę, a później podniósł się i ruszył poprzez to ciemne pasmo w jego kierunku. Gdy znalazł się na jego środku, rozstąpiły się nagle pod nim lotne piaski i zanim zdążył krzyknąć, zapadł się gdzieś pod ziemię, wypuszczając z ręki aparat fotograficzny i butelkę z wodą. Leciał tak, a właściwie zsuwał się w strumieniu piachu kilkanaście metrów w dół, aż wreszcie uderzył z impetem w dno tego zapadliska i potoczył gdzieś w głąb korytarza. Na głowę posypał mu się piasek i bryły stwardniałej ziemi, po chwili ogarnął go mrok i stracił świadomość.
     Kiedy Donat nie wrócił na czas do wielbłąda, jego arabski poganiacz odczekał jakiś czas, potem zaczął krzyczeć, a wreszcie wsiadł na zwierzę i ruszył po widocznych śladach w kierunku, w który udał się jego klient. Kiedy wjechał na szczyt wydmy i nie dostrzegł nikogo wokoło, zdezorientowany tym wydarzeniem pomyślał, że turysta powrócił do bazy, i przestał się nim przejmować, tym bardziej że zapłatę już otrzymał.
     Upłynęło dużo czasu, zanim Donat odzyskał przytomność; po otwarciu oczu nie dostrzegł niczego, ponieważ wokół panowały egipskie ciemności. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, później spróbował poruszyć kolejno członkami i doznał wielkiej ulgi, gdy nie odczuł w nich żadnego bólu. Teraz, macając wokół rękami, spróbował się podnieść, a gdy to mu się udało, powolutku wstał, unosząc ręce w ochronie głowy. Po chwili stał już wyprostowany, starając się przebić wzrokiem nieprzeniknione ciemności. Dopiero w tym momencie odczuł trudności w oddychaniu – no tak, w zatęchłym powietrzu wciąż unosił się piaskowy pył, wnikający do gardła i nosa. Donat wyjął ligninową chusteczkę z kieszeni i zakrył nią usta i nos – teraz było łatwiej oddychać. Stojąc, przypominał sobie mozolnie minione wydarzenia i zastanawiał się nad tym, co się właściwie wydarzyło. Jak przez mgłę docierały do niego ostatnie zapamiętane obrazy. Otrząsnął się powoli z doznanego szoku. Rozjaśnić te ciemności – pomyślał sobie. Nie palił papierosów, toteż nie posiadał przy sobie zapałek, pamiętał jednak, że jego telefon komórkowy wyposażony był w latarkę. Sięgnął do torby, którą zawsze nosił przewieszoną przez szyję i ramię, co spowodowało, że się nie zgubiła, i odszukał telefon, obmacał go w ciemnościach – nie wydawał się uszkodzony. Po chwili przesunął suwak latarki.
    Wąski snop elektrycznego światła przeszył ciemności, nie rozpraszając jednak panującego mroku i unoszącego się jeszcze w powietrzu pyłu. Donat obracał latarką, kierując promień wąskiego światła wokół siebie. Po krótkiej chwili zorientował się, że stoi w niezbyt wysokim tunelu, za nim znajdowało się piaskowe osypisko, zamykające przejście w tamtym kierunku. Donat podszedł bliżej i obejrzał je dokładnie, jednak mimo dokładnych obserwacji nie udało mu się znaleźć wyjścia na powierzchnię. Rozgoryczony z tego powodu, skierował snop światła w drugą stronę i ku swemu zdziwieniu zorientował się nagle, że przed nim otwiera się długi, mroczny tunel – słabe światło nie docierało do jego końca. Spojrzał na wyświetlacz telefonu; niestety wskazywał brak zasięgu, a to oznaczało, że nie da się z niego zadzwonić. Pył powoli opadał, jednak zatęchłe powietrze nie nadawało się do oddychania. Donat poczuł, że ogrania go niedające się opanować uczucie strachu. Przyłożył rękę do piersi i powoli starał się zapanować nad sobą, lecz dopiero po dłuższej chwili udało mu się otrząsnąć z tego przygnębiającego uczucia.
     Podziemny tunel wyglądał na dzieło natury, a nie człowieka. Domyślił się, że wypłukała go prawdopodobnie płynąca kiedyś tędy woda. Na saharyjskiej pustyni istniały solniska, pozostałości po dawnym morzu. Pod wpływem gorąca woda parowała i na powierzchni osadzała się sól. Jeśli piasek przysypał wierzchnią warstwę solniska i wstrzymał proces odparowywania, to w jego głębi jeszcze długo mogła utrzymywać się woda. Donat dotknął ręką ściany; wydawała się krucha, przy dotknięciu sypał się z niej piasek, jednak głębiej była bardziej twarda. Wziął do ust grudkę piachu – była słona, toteż wyjaśniła się sprawa podziemnych korytarzy. Niemniej znowu zalała go fala strachu, że to wszystko się zawali. Należało jednak coś przedsięwziąć, samo stanie w bezruchu nie pomoże mu wydostać się z tego miejsca. Chwila namysłu i już po chwili Donat pomaszerował przed siebie wzdłuż piaskowych ścian w nieznaną, podziemną dal.
      Podłoże, po którym kroczył, było suche, strop korytarza wisiał dwa metry nad nim, jego szerokość była zmienna i wahała się od dwóch do czterech i więcej metrów. W piaskowym tunelu pojawiały się tu i ówdzie odgałęzienia, jednak Donat nie zbaczał z trasy. Wędrował tak przez dziesięć minut i wydawało się, że korytarz nie ma końca, jednak rychło okazało się, że jest inaczej. Nagle przed idącym ukazało się piaskowe zawalisko, a przed nim olbrzymia jama w ziemi. Donat zatrzymał się przestraszony, dalsza droga stała się niemożliwa.
     Co robić? Co robić? – zastanawiał się gorączkowo. Bateria już niedługo wyczerpie się i zostanie bez światła w tych ciemnościach. Po chwili namysłu postanowił zawrócić i spenetrować jakieś szersze odgałęzienie korytarza. Szedł teraz powoli, rozglądając się uważnie, aż w końcu wybrał odgałęzienie tunelu, które wydawało mu się najbardziej bezpieczne. Ten korytarz, węższy i niższy od głównego, doprowadził go po piętnastu minutach do większej piaskowej jamy, wypłukanej w przeszłości przez wodę. Donat rozejrzał się i nagle zorientował się, że nie ma z niej innego wyjścia. Stał tak przez dłuższy czas, przygnębiony zaistniałą sytuacją, wreszcie osunął się zrezygnowany na pryzmę piasku i tkwił tak przez dłuższą chwilę nieruchomo. Po upływie kilku minut ocknął się i zgasił latarkę, oszczędzając baterię. Wsłuchał się w odgłosy tego piaskowego labiryntu – nic, tylko dzwoniąca w uszach cisza, żadnego życia. Rozłożył się wygodnie na plecach, chcąc zebrać myśli, odetchnął głęboko i przekręcił się na brzuch, aby przywrzeć twarzą do piasku w poszukiwaniu chłodu. Nagle poczuł, że zawadził policzkiem o coś twardego, co nie wyglądało na kamień. Zerwał się i zapalił latarkę, kierując jej światło na pryzmę piachu – rzeczywiście, coś z niej wystawało. Zaciekawiony, zaczął rozgarniać stwardniały piach, aż jego oczom ukazał się but. Rozgarniał teraz dalej piach, pomagając sobie także nogami, aż wreszcie odkrył się przed nim zmumifikowany kształt jakiejś ludzkiej czy też homoidalnej istoty, odzianej w dziwny strój, przypominający ubiór Araba.
     Donat patrzył zaskoczony na to dziwne znalezisko – zatem nie tylko jemu przytrafiła się taka przygoda, czy więc czeka go taki sam los? Zrezygnowany, postanowił obszukać zmarłego w nadziei na znalezienie jakiegoś użytecznego narzędzia; ciekawiło go także, z jakiego okresu pochodzi to znalezisko. Ubranie wyglądało na nietknięte zębem czasu, natomiast stan ciała przeciwnie, wskazywał, że spoczywało tu już od dawna.
     Jakoś niezręcznie było obszukiwać zwłoki, nawet stare, ale Donat znalazł się w piaskowej pułapce bez wyjścia i środków do życia, i przecież musiał sobie jakoś radzić. Na lewym ręku zmarłego, w rękawie, widniał obiekt przypominający kształtem zegarek, ponadto kieszenie jego ubrania zawierały jakieś inne przedmioty, w tym jeden podobny do wiecznego pióra, znajdowały się tam też jakieś pieniądze, dziwna karta z plastiku lub czegoś do niego podobnego oraz ciemne okulary i nic poza tym.
    W jaki sposób zginął ten człowiek? – Donat zastanawiał się i doszedł do wniosku, że prawdopodobnie spadł na niego z sufitu duży głaz, który wystawał z piasku nieopodal jego głowy. Nie było jednak potrzeby zastanawiać się nad tym, temu człowiekowi nic już nie pomoże. Przyjrzał się nieboszczykowi – zwłoki były zmumifikowane, a wysuszona twarz robiła dziwne wrażenie obcości. Także jego ubiór był jakiś dziwny, nigdy czegoś takiego nie widział.
     Donat przestał zajmować się umarłym i obejrzał teraz dokładnie w świetle latarki trzymane w ręku przedmioty. Najbardziej zadziwił go ten przypominający zegarek. Właściwie to nie był zegarek, lecz jakiś aparat z małymi przyciskami na obwodzie. Wcisnął jeden z nich i ze zdziwieniem dostrzegł, że rozświetlił się mały ekran na cyferblacie, a na nim pojawiło się pulsujące czerwone światełko i strzałka wskazująca kierunek. Spojrzał w głąb piaskowej jamy w tę stronę – widać tam było ścianę piasku przypominającą osuwisko. Prawdopodobnie za nim lub pod nim znajdował się jakiś przedmiot, urządzenie lub coś innego, które było namierzane przez ten miniaturowy aparat.
    Donat nie miał nic do stracenia, nie było innego sposobu wydostania się z tego miejsca, a ukryty przedmiot nie mógł znajdować się głęboko pod piachem, ponieważ aparat by go nie namierzył. Ogarnęła go ciekawość, a jednocześnie opanowała jakaś podświadoma myśl, że to może być ostatnia i jedyna droga ocalenia. Piasek w osuwisku nie był taki twardy, dał się w miarę łatwo rozgarniać. Po chwili Donat znalazł płaski kamień i wykorzystał go jako łopatę. Praca przy rozgarnianiu piachu zdawała się nie mieć końca, należało przy tym uważać, żeby nie doprowadzić do kolejnego obwału i wzniecenia tumanów kurzu.
     Przy odkopywaniu ściany Donat pracował dwa dni i dwie noce z rzędu, latarka nie była już mu potrzebna, toteż wyłączył ją, oszczędzając baterie do chwili, kiedy dokopie się do przedmiotu wskazywanego przez aparat. Nie wiedział, co to będzie, jednak podświadomie czuł, że okaże się mu to pomocne do wydostania się z tego miejsca. Stało się to szybciej, niż się spodziewał; był już bardzo zmęczony, czuł silne pragnienie i głód, właściwie pożegnał się już z życiem, gdy nagle po silniejszym uderzeniu obsunęła się ściana piasku. Donat odskoczył do tyłu i w bezpiecznej odległości zapalił latarkę. W wirujących kłębach pyłu dostrzegł przed sobą w zwałach piachu jakąś twardą ścianę, która w niczym nie przypominała skały – była zbyt równa i matowo odbijała światło.
    Donat zbliżył się i dotknął jej ręką; rzeczywiście, to nie była skała, lecz jakiś wytwór technicznej cywilizacji. Spojrzał teraz na aparat wskazujący kierunek. Czerwona plama zajmowała cały mały ekran i już nie pulsowała, strzałka zniknęła. Poruszył aparatem i ze zdziwieniem zauważył, że gdy kierował ją wzdłuż ściany, kolor plamy zmienił się z czerwonej na zieloną. W pewnym momencie rozległ się pisk i kolor plamy stał się intensywnie zielony, jednocześnie zaczął się świecić jakiś punkt na ścianie znaleziska. Donat obejrzał to miejsce w świetle latarki, lecz nie zauważył nic szczególnego. Tknięty nieuświadomionym przeczuciem, dotknął „zegarkiem” świecącego punktu i nagle w ścianie pojawiła się mała rysa. Donat skojarzył sobie od razu ten fakt z trzymaną w kieszeni kartą, wyjął ją szybko i dotknął krawędzi rysy, która nagle rozszerzyła się i wessała kartę do środka. Przez chwilę nic się nie działo, lecz znienacka pojawił się na ścianie zarys włazu, który nagle rozsunął się, ukazując podświetlone błękitnym światłem kuliste wnętrze jakiegoś pomieszczenia.
    Donat pochylił się i dostrzegł wewnątrz fotel i gołe ściany. Po chwili wahania przedostał się przez właz do środka i zajął miejsce w fotelu, który nieoczekiwanie dostosował się do rozmiarów jego ciała i stał się przy tym wyjątkowo wygodny. Poczuł także, że jego głowa została unieruchomiona w zagłówku. Z chwilą zajęcia miejsca w fotelu wejście bezszelestnie zamknęło się, a przed nim otworzyła się konsola z piktogramami. Przyglądał się im uważnie, gdy nagle jeden z nich zapłonął czerwonym światłem i w kabinie rozbrzmiała jakaś zapowiedź lub pytanie wypowiedziane w nieznanym mu języku; za moment głos rozległ się ponownie. Donat pochylił się nad pulpitem i bezwiednie dotknął pulsującego światłem piktogramu. W tej samej chwili kolor światła zmienił się na niebieski, a kabinę wypełnił powiew powietrza, który w krótkim czasie uśpił pasażera siedzącego w fotelu.
    Upłynęło zapewne wiele czasu, zanim siedzący w fotelu Donat obudził się. Sennym wzrokiem rozejrzał się po małej kabinie, powoli docierało do niego, gdzie jest. Spojrzał na pulpit – pulsujący przedtem niebieskim światłem na klawiaturze dotykowej piktogram zgasł, natomiast zaświecił się na zielono inny. Donat przyjrzał się uważnie temu obrazkowi – przedstawiał okno – po chwili wahania dotknął go ręką i nagle ściana przed nim stała się zupełnie przezroczysta.
    Widok, który się otworzył przed jego oczami, zaskoczył go zupełnie. Przed nim rozpościerał się pofalowany, pustynny krajobraz z mniejszymi lub większymi piaszczysto-kamienistymi wydmami, nad nim wisiało żółte, zamglone słońce. Ze skupieniem wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, starając się uświadomić sobie, gdzie się właściwie znajduje. Później starał się wypatrzeć ślady jakiegokolwiek życia, ale nie zauważył w pobliżu żadnego ruchu. Odczuł jednak niezmierną ulgę, że ta niezwykła kapsuła wyniosła go na powierzchnię. Nagle w kabinie zaczęły rozbrzmiewać niezrozumiale komunikaty, a na ekranie pulpitu wyświetliły się jakieś symbole i cyfry. Donat nic z tego nie rozumiał. Podniecony i zarazem gnany nieświadomym instynktem, pragnął jak najszybciej wydostać się tego pomieszczenia, tylko absolutnie nie orientował się, jak to zrobić. Spróbował dotknąć ręką piktogramu wyrażającego okno, a w chwili kiedy to uczynił, ściana stała się momentalnie nieprzezroczysta. Coś mu zaczęło świtać w głowie. Popatrzył teraz na kolejne piktogramy; jeden z nich wydał mu się podejrzany – wyobrażał otwarty romboidalny właz trapezoidalnej bryły geometrycznej. Zaryzykował i dotknął tego znaku. W tej samej chwili rozsunęła się ściana w miejscu, w którym poprzednio dostał się do wnętrza tego pojazdu, jednak do środka nie wdarła się fala powietrza. Nie zastanawiał się dłużej, zabrał szybciutko wszystkie swoje rzeczy i wysunął się z kabiny.
    Przez chwilę stał nieruchomo, przyzwyczajając się do zaistniałej sytuacji, później zaczął się rozglądać. Znajdował się obok dziwnego, zbudowanego z lśniącego błękitem metalu pojazdu, przypominającego kształtem dużą, trapezoidalną bryłę. Była ona niższa od Donata, długość jej dolnej kwadratowej podstawy sięgała dwóch metrów, podczas gdy krawędź górnej części tej bryły nie przekraczała półtora metra, jej szerokość nie mogła być większa niż dwa metry. Drzwi pojazdu zamknęły się nagle bez najmniejszego dźwięku i Donat został sam na zewnątrz. Przestraszył się trochę tej nowej sytuacji, później jednak opanował obawy, rozluźnił się i wciągnął powietrze w płuca, rozglądając się przy tym dookoła. Nie odczuwał gorąca, ale powietrze pachniało czymś nieuchwytnym, brakowało mu świeżości i w ogóle było dziwnie. Doznał szoku, kiedy dotarło do niego, że to nie było to samo miejsce, które zapamiętał, zanim przytrafił mu się ten nieszczęśliwy wypadek. W ogóle cała okolica wydawała się jakaś nierealna, dziwiło go też ukształtowanie okolicznego terenu – czyżby ta maszyna, bo już nie miał co do tego wątpliwości, wyniosła go w innym miejscu na powierzchnię ziemi?
© 2004-2022 by My Book
×