[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Planeta dzieci
Planeta dzieci
William Auld, przekład z esperanto: Jarek Zawadzki
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 83 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  lipiec 2005
Kategoria: poezja, dramat
ISBN:
83-89770-15-6
16.00 zł
ISBN:
978-83-7564-056-4
12.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
Witaj, witaj murarzu, praojcze mój, Rubenie,
któryś przez życie całe ciosał był kamienie,
boskie rzeźbiąc gargulce i anioły dostojne,
które później zdobiły świątyń wnętrza spokojne!
Witaj, witaj Rubena potomku, któryś żagle
swej karaweli co świt na maszt zaciągał smagle,
któryś, piracie, żeglował po szerokim morzu,
i który z córką karczmarza w jednym spałeś łożu;
po czym bez pożegnania porzuciłeś brzemienną:
na dnie mórz zniknąłeś – pieśnią cię witam codzienną!
(I ciebie witam również, witaj, córko karczmarza,
prababko moja, która – jak to się zwykle zdarza /> na łonie swym tuliłaś syna, gdy był mały,
gdy dorósł, bezeceństwom żywot poświęcił cały:
grabieżom, mordom gwałtom
i bękartów dziesięciu
był spłodził, choć mężczyzną o niewielkim był wzięciu –
lecz bezsilna wobec żądzy jest wola niewieścia.
Jeden z potomków jego, wiosen mając dwadzieścia,
w Polskę poszedł na wojnę, próbować się z ojczyzną;
obficie tam był dowiódł, jak bardzo był mężczyzną,
nasienia swego na córki nie skąpiąc i synów,
zostawiając mi w spadku krocie polskich kuzynów!)
I was, miriady praojców moich, coście brzemię
pańszczyźniane dźwigali, cudzą orając ziemię:
wasz prawnuk wam podobny radośnie dziś was wita,
choć pewnie się zdziwicie, że on tak samo pyta
o was, słudzy ubodzy, o wasze bóle, rany,
jak o ciemięzców waszych się pyta zatroskany.
Wam się dziwnym zdać musi, że możny syn pałacu,
co rósł wśród złotych komnat, grał na zamkowym placu,
i wasz nędzny potomek w fartuchu niewolniczym
jakimś losu kaprysem okropnie tajemniczym –
czy tego chcą czy nie chcą – dziś w mojej są rodzinie
równy udział w krwi mając, co w żyłach moich płynie.
(Zaprawdę nie was tylko zdumienie owo trapi,
bo i syn pałacu też się niemo na mnie gapi).
Oraz was, pradziadowie, dzicy dzierżcy korony,
coście mieczem odparli napastliwe legiony
rzymskiego Agrykoli, pozdrawiam dzisiaj: Ave!

O tak, naród ten cały (albo przynajmniej prawie)
spłodził mnie, ukazując, tak jak cnotę i dumę,
iż suma przodków mych wtedy już przerosła sumę
mieszkańców całej ziemi potężnej i ogromnej…
i o tym dziś pamiętam, i o tym nie zapomnę.
A nawet wśród wojsk wrogich, rabusiów i szubrawców
odnaleźć można wielu mojego „ja” współdawców.
Gdy barbarzyńca i żołnierz rzymski rozjuszani
miecze ostre, żelazne do swych przytknęli krtani;
już wróg się nie żyw zdał oczyma wyobraźni –
a dziś się ich nasienie złączyło w mojej jaźni.
W krwawym starciu zatapiał miecz w swego wroga biodrze:
Ten, co mej krwi jest dawcą, mą krew wytaczał szczodrze.

Już bez euforii jednak, ciebie dziś witam także
Praojcze purytański – tyś tego godzien wszakże –
i ciebie, aktorzyno, któryś żywot bezpański
przehulał, memu sercu dając zapał cygański.
Oto dla ciebie, Mario, gorący pocałunek,
któraś najdoskonalszą ze wszystkich jest piastunek;
obejmuję cię Elu, coś syna porodziła,
ale imienia ojca nigdy pewna nie była:
w miłosnych i kucharskich ty sztukach jesteś wprawna.
Witam, witam wszystkich, nie widziałem was od dawna:
I ciebie, praojcze, mój krawcze, witam ochotnie,
ciebie…
ciebie…
i ciebie…
a rozsądek – odwrotnie:
nie pozwala wręcz pojąć ogniw tego łańcucha
zapłodnień, ciąż, urodzin; które w mojego ducha
się wkradłszy, spokrewniają mnie z królem i pisarzem,
z każdym żebrakiem, dziwką, kapłanem i lekarzem
z mego kraju lub twego, potępieni czy święci;
mimo różnic języka czy też ludzkiej pamięci.
Witaj, witaj mój bracie, uliczny kolporterze,
nas gdzieś orgazm odległy braćmi uczynił szczerze!
I ty, sędzio surowy, witaj mi, przyjacielu –
to samo krocza drgnienie stworzyło nas… i wielu!
Pójdź w me ramiona, bracie, o! czarny plebejuszu!
Podział ameby sprawił, że dziś nie żyję w buszu,
tam gdzie ziomkowie twoi – rasy synowie leśni
(ach, gdybym się był tylko urodził nieco wcześniej!).
Oraz ty, Jezu Chryste – z kraju, gdzie słońce z góry
ląd pożera – tyś mym bratem mimo ciemnej skóry,
która w oczach twych uczniów omylnie się wybiela:
niedawno ojcowie nasi mieli jeszcze skrzela!

Coraz więcej i więcej ojców naszej przeszłości
mnoży się wciąż podług kwadratu nieskończoności;
łańcuch nierozerwalny, cienki, a jednak mocny,
łańcuch ogniw żywota, światów potomek nocny,
nietrwała nić żywota, która się rozwinęła,
kiedy wieczność z żywiołem żywioł łączyć zaczęła
za sprawą drgnień wszechświata i jakaś obca siła
pierwszy płomień żywota jaskrawy zapaliła,
jeszcze słaby i wiotki jak pierwszy lot motyla /> och, ja wiem doskonale: MNIE spłodziła ta chwila!
Lecz gdy
w godzinie ślepej znów ubóstwiam sam siebie,
ojcowie moi szepczą: Czas nie staje dla ciebie!
Nie tyś jest kulminacją naszej wędrówki ślepej,
jeszcze długo po tobie iść będą dalej, lepiej;
ledwie na dróg początku jest wasze pokolenie.
Od praameby naszej do ciebie – okamgnienie!
Tyś ledwie zrodzonego jest tylko dziecka duchem.
Przybyłeś, więc idziesz. Tyś ogniwem – nie łańcuchem.
Nie pierwszym, nie ostatnim.


O, witajcie poprzednicy,
wy do pochlebstwa skorzy, i wy sprośni i dzicy!
Minęła wasza pora, po was już idą nowi:
odwagi bracia moi, bliźniacy kolorowi:
Czasu złuda przeklęta, która nas rozdzieliła,
ponownie nas zjednoczy.
W trudach tymczasem siła.
Idziemy po omacku, my, ogniwa łańcucha,
którego koniec nie znany ni temu, co słucha,
ni go oczy nie dojrzą, bo nie znać go z pozoru;
on jest przed nami ciągle. Odwagi i uporu!
© 2004-2017 by My Book
×