[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Kolorowa terapia
Kolorowa terapia
Małgorzata Chwedorzewska
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 167 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  czerwiec 2008
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-036-6
29.00 zł
ISBN:
978-83-7564-099-1
15.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    – Była dziewiąta rano. Stałam przed dużym starym domem, wahając się, czy nacisnąć dzwonek przy furtce. Wkoło był las, a smutne drzewa zatopione w strugach deszczu i odgłos szczekających psów dobiegający z oddali nie dodawały mi odwagi. Tak, nagle poczułam strach. Właściwie nie znam człowieka, z którym się umówiłam, a miejsce, gdzie się znalazłam, być może jest ciekawe na rodzinną wycieczkę za miasto, ale na samotną wyprawę zupełnie nieatrakcyjne. Rozmowa telefoniczna z Wiktorem też była dla mnie dziwna. Zaledwie zdążyłam się przedstawić, usłyszałam: jutro, dziewiąta rano, Anin, ulica Akacjowa 11. To było wszystko. Krótko, konkretnie, lakonicznie.
    Pomyślałam o Zuzannie. W końcu nigdy się na niej nie zawiodłam. Chyba nie dałaby mi numeru telefonu osoby, której nie znała, lub nie była przekonana o jej uczciwości i dobrych zamiarach.
    Wcisnęłam dzwonek i po chwili na sygnał otworzyłam furtkę. Do domu prowadziła szeroka ścieżka z ułożonych płasko olbrzymich otoczaków. Po jej prawej stronie rósł las, taki sam jak w całej okolicy, z lewej natomiast był ogród przypominający wycinek wiejskiego krajobrazu. Rosły tam krzewy i kwiaty rzadko widziane w miejskim otoczeniu, a niektóre z roślin przypominały rysunki z opakowań zawierających przyprawy i zioła. Cały ogrodzony teren wokół domu był dość duży i taka kompozycja zieleni wyglądała dość dziwnie. Zderzenie lasu z ogrodem nie trafiało w mój gust i psuło harmonię.
    – Witam i zapraszam do środka – usłyszałam ciepły, nieco zachrypnięty głos.
    W otwartych drzwiach stal mężczyzna w średnim wieku, z ciemnymi, lekko kręconymi włosami, a jasny kolor jego oczu wyraźnie odcinał się od lekko opalonej cery. Miał na sobie pomarańczowy T-shirt i czarne, sportowe spodnie. Przedstawił się, wymawiając wyraźnie swoje imię i nazwisko.
    Wprowadził mnie do niewielkiego, przytulnego pomieszczenia, w którym dwa wygodne, duże fotele stały przy okrągłym stoliku. W kącie, przy zasłoniętym szczelnie oknie, okazały kwietnik ładnie komponował się na tle jasnobrązowej boazerii.
    – Usiądźmy – wskazał miejsce. – Trafiłaś bez problemu? – zapytał z prostotą.
    – Tak, tylko pogoda mnie zawiodła.
    – No cóż, na to mamy niewielki wpływ. Powiedz mi… – zawiesił głos pocierając dłonią czoło. – Czego ty chcesz?
    – Właściwie nie wiem – odpowiedziałam zupełnie zaskoczona jego, wydawałoby się, banalnym pytaniem. – Dostałam pana numer…
    – Mówmy sobie na ty – przerwał mi. – Słowa „pan”, „pani” stwarzają całkiem niepotrzebny dystans.
    – No więc dostałam twój numer od Zuzanny i… – urwałam, wahając się, co dalej powiedzieć.
    – To wiem. Ale czego chcesz? – powtórzył pytanie, przyglądając mi się uważnie z lekkim uśmiechem na twarzy.
    – Właśnie straciłam pracę i nagle uświadomiłam sobie, że moje życie już od dłuższego czasu jest jakieś szare i monotonne – wydusiłam jednym tchem.
    – No tak. Wygląda na to, że musiałaś stracić pracę po to, żeby to zauważyć – dziwnie podsumował. – Posłuchaj, niestety mam ważną sprawę do załatwienia. Tak zwany nagły przypadek – uśmiechnął się przepraszająco. – I muszę pojechać za miasto. Wrócę za jakieś dwie, trzy godziny. Zostawiam ci klucze od domu, gdybyś chciała wyjść. Wystarczy, jeśli zamkniesz na jeden zamek. Różnie w życiu bywa – dodał cicho. – Przez ten czas posprzątaj dokładnie czerwony pokój. Czerwony pokój to ten z czerwonymi drzwiami. Środki czystości są w łazience, a w kuchni możesz się częstować, czym chcesz.
    Wstał energicznie, kierując się do wyjścia.
    – Ale... – zawołałam nieśmiało.
    – Porozmawiamy, jak wrócę – dodał stanowczo.
    Zostałam sama. Byłam kompletnie zdezorientowana. Co takiego Zuzanna mu powiedziała, że wziął mnie za sprzątaczkę? Co prawda żadna praca nie hańbi, ale mimo wszystko poczułam się w pewien sposób upokorzona. Gdybym nie miała pieniędzy na życie, przyjęłabym i taką posadę bez żadnych obiekcji. Jednak jest różnica, czy sama o nią proszę, czy ktoś mi ją proponuje po minucie rozmowy.
    Nie wiedziałam, co robić. Najchętniej trzasnęłabym drzwiami i wyszła. No właśnie, a może po to mi zostawił klucze? Może jednak przewidział, że mogę nie zgodzić się na taką ofertę. Przecież różnie w życiu bywa, sam tak powiedział. Ale z drugiej strony, liczą się dobre intencje. Może chciał mi pomóc? W końcu nie znał mojej sytuacji finansowej, mojego zawodu czy umiejętności. O nic przecież nie pytał. No chyba że mu Zuzanna coś powiedziała. Zaraz, zaraz – przypomniały mi się słowa Zuzy. O ile dobrze pamiętam, to mówiła, żebym była cierpliwa i nie zrażała się byle czym. Ale czy to można nazwać byle czym?
    Postanowiłam jednak posprzątać, z nadzieją na wyjaśnienie nieporozumienia po powrocie Wiktora. W końcu głupio tak wyjść z cudzego domu, pod nieobecność właściciela, nawet za jego przyzwoleniem.
    Wyszłam na korytarz w poszukiwaniu łazienki i czerwonego pokoju. Pierwsze drzwi z lewej strony były wejściem do kuchni, następne do łazienki. Dalej był dość duży wielobarwny hol. Co prawda jego ściany lśniły bielą, ale drzwi – po dwoje na każdej ścianie – pomalowane były na różne kolory: na wprost białe i czarne, na lewo żółte i fioletowe, a z prawej strony czerwone i niebieskie. Jak w przedszkolu.
    Otworzyłam czerwone. Nazwa pokoju była adekwatna do jego wyglądu. Wszystko było czerwone: ściany, sufit, wykładzina, zasłony. Na jednej ze ścian wisiało wielkie lustro w mahoniowej ramie, pod drugą ustawione były trzy wiśniowe, małe, bardzo lekkie pufy. To było wszystko. Gdyby nie brak łóżka, to czułabym się jak w domu publicznym, tak przynajmniej go sobie wyobrażałam.
    Zastanawiałam się, co mam tu sprzątać, bo na pierwszy rzut oka było naprawdę czysto. Zajrzałam za zasłony. Ostatecznie można umyć okna, powiedzmy, że nie lśnią czystością. Można wykładzinę odkurzyć – dojrzałam dwie zdechłe muchy i jednego pająka. Czyżby Wiktor był perfekcjonistą?
    Postanowiłam spokojnie wypić kawę, przypominając sobie pozwolenie na korzystanie z kuchni, i potem wziąć się do pracy. Korciło mnie, żeby obejrzeć pozostałe pokoje i z pewnością uległabym pokusie, niestety były zamknięte na klucz.
    Zrobiłam sobie kawę i usiadłam w kuchni przy oknie. Mój blok stał przy ruchliwej ulicy, więc tu upajałam się ciszą. Deszcz przestał padać i słońce zaczęło nieśmiało wyglądać zza chmur, a kawałek wiejskiego ogródka nabierał coraz bardziej intensywnych barw. Szczególnie pięknie wyglądały kolorowe piwonie i połyskujące na nich krople niedawno padającego deszczu.
    Po co ja tu właściwie przyszłam? – zaczęłam się zastanawiać. Na dobrą sprawę sama nie wiem jeszcze, co chcę robić i czego szukać. Czuję się zmęczona, wypalona i znudzona życiem. Może powinnam gdzieś wyjechać? Tylko gdzie, z kim i po co? Też mi się nie chce.
    Ciekawe, co Wiktor miał na myśli, mówiąc, że musiałam stracić pracę, żeby zauważyć swoje nieciekawe życie. Coś w tym jest. Wcześniej o tym nie myślałam, po prostu uważałam, że robię to, co powinnam. Do niedawna zajęta byłam prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci, teraz synowie sami dbają o siebie, mąż też jest pochłonięty swoimi sprawami. Może pustka wokół mnie, powiększona teraz utratą pracy, tak mnie nastraja?
    Bzdury! Za bardzo się rozczulam nad sobą. Mój dziadek by powiedział, że od dobrobytu w głowie się babie poprzewracało. I chyba miałby rację. Biorę się za sprzątanie. Dosyć marudzenia i użalania się nad losem.
    Wspomnienie dziadka dodało mi sił. Pozbierałam z łazienki przydatne środki czystości i wzięłam się do pracy. Zaczęłam od mycia okien i pomyślałam, że powinnam na nich zakończyć, bo nic więcej do sprzątania, moim zdaniem, nie było. Myłam tak dokładnie, jak nigdy wcześniej, jakby od tego zależała moja przyszłość. Pucowałam, szorowałam, polerowałam tak zawzięcie, aż dziwiłam się, że szyby są całe i na swoim miejscu. Po skończeniu zasłoniłam okno i rozejrzałam się w koło. Nie wiem dlaczego nadal miałam chęć szorować.
    Uklękłam na wykładzinie i zaczęłam się w nią wpatrywać. Jest – prawie krzyknęłam. Znalazłam parę małych, ciemnych plamek. Pobiegłam po następne środki czyszczące i szczoteczkę. Gdy wszystko już zgromadziłam, znów zaczęłam zawzięcie szorować. Jedna plamka, druga, trzecia, mało brakowało, a wyprałabym całą wykładzinę.
    – Jestem – usłyszałam ciepły głos za plecami.
© 2004-2022 by My Book
×