[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
..."znaczy, czerwony pająk"...
..."znaczy, czerwony pająk"...
Andrew Beniger
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 380 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  grudzień 2007
Kategoria: biografie i wspomnienia
ISBN:
978-83-7564-007-6
46.50 zł
ISBN:
978-83-7564-074-8
28.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    Embarkacja, czyli zaokrętowanie jest to proces przyjmowania pasażerów na statek, forma sprawdzania dokumentów i biletów pasażerskich, dosyć skomplikowana, wymagająca dużej czujności i skupienia robota – nauczyłem się jej w dwie minuty. Biorąc zaś pod uwagę, że było nas tylko pięć osób w biurze intendenta, była to dość uciążliwa i czasochłonna praca. Mogłem jednak wykonywać ją przeważnie siedząc (przy moich chorych stopach to był pierwszy cud boski). Przyszedł tedy czas, by zacząć przyglądać się „batorowskiej” publice.
    „Stefan Batory” miał oficjalnie siedemset siedemdziesiąt dziewięć miejsc pasażerskich w obu klasach, z czego nieledwie trzysta osób wchodziło na pokład w Gdyni. Reszta miała wejść w Hamburgu, Rotterdamie i Londynie-Tilbury. Z tych trzystu wchodzących na pokład w Gdyni było zaledwie kilku Amerykanów polskiego pochodzenia, drobne szczątki grup brytyjsko-holenderskich odwiedzające Gdańsk i Wybrzeże oraz ogromna grupa „odwiedzających Hamerykę” rodaków i kilkunastu emigrantów, którzy dostali bilet „w jedną stronę” od władz PRL-owskich.
    Był to mój pierwszy dzień na polskim morzu, oto więc moja pierwsza konfrontacja z duchem polskich gór… „Góralu, czy ci nie żal”…, chciałoby się zanucić.
    Wtacza się przed stół embarkacyjny zjawa odziana w kierpce, kapelusik i kubraczek. Zjawę tę „otacza” tylko jeden (słownie: jeden) steward do pomocy, gdyż primo – w polskim porcie krajowym nie było zbyt wielu chętnych do pomocy walizkowo-tobołkowej ze względów „dewizowych”, secundo – wszyscy zaś wracający do pracy mieli potężnego kaca, co jako były członek załogi kolektywnie wybaczam im raz na zawsze. Sobie też…
    – Ło Jezu, panocku – gdziesik sie zapodzioło… – Widzę, że młody reprezentant przyszłej Polonii amerykańskiej (być może dzisiaj już Prezydent CEO, of a big commercial company) jest tak dokładnie nawalony, iż trudno mu odróżnić bilet od upragnionego paszportu turystycznego serii PA… lub od muszli klozetowej, której na pewno i z wielu powodów będzie zmuszony oddawać cześć w czasie podróży. Nikogo, nawet największego twardziela, nie omijała choroba morska. Sprawnym ruchem, mój (późniejszy) przyjaciel, ochmistrz restauracyjny Michał Hrynkiewicz – Putek, wyprężył stalowe ramię dżentelmena i odholował „panocka” w ręce innego stewarda, który wturlał go do przeznaczonej kabiny na łóżko (koję). Pamiętam ten mój pierwszy dzień pracy na „Stefku”. Choć nie było prawie czasu na przedstawianie się – poznałem, że dwie „troszeczkę” starsze ode mnie dziewczyny, też asystentki intendenta – wieloletnie, doświadczone pracownice biura, same nazywały się zawodowo „biurwami” – powitały mnie godnie, lecz z rezerwą.
    – No cóż to, Andrzej, będziemy sobie „panować”, czy chlapniemy sobie jedną „lufę”?
    O, wspaniałe dziewczyny Wybrzeża, moje wieloletnie koleżanki i przyjaciółki z Office’u, Lilko i Nino, (potem długo nuciłem – nawet na emigracji – „Nino, twe oczy piękne są”). Ta skromna uwaga (z Michałem przeszedłem na „ty” bez formalności wódczanej, ale później tych okazji były… miliony) zelektryzowała ochmistrza restauracyjnego, który natychmiast odrzekł:
    – Już się robi, zaraz zorganizuję colę…
    Moim zdaniem, był to moment mojej największej wdzięczności, którą mogłem okazać człowiekowi, temu prawie dwumetrowej długości koledze, współtowarzyszowi walki przez kilka dobrych lat. Napić się coca-coli – ot, co… Po porannych, wielokilometrowych przeżyciach i pierwszej konfrontacji z nadzwyczaj uprzejmym i dworskim „Janczarem”, napić się coca-coli, to jakby wlać dobroczynną żywicę w sterane nerwy i z lekka spocone ciało. Już wkrótce pojawia się drogą ze statku – poprzez trap pasażerski – inny boy, ten nie był towarzyszem, za to był zawsze przemiłym, uczynnym chłopcem (ubranym w przeciwieństwie do boya nr 1 nie w zielony, a czerwony kubrak). Kolory kubraków – mundurów służbowych boyów okrętowych, i często zdarzający się „alkoholowy daltonizm” dowództwa hotelowego powodowały zabawne qui pro quo, pobudzające nas do homerycznego śmiechu. I o tym też nie zapomnę w rozdziale „Wódy czar…”. Boy – nie towarzysz – czerwonokubrakowy podał niezwykle zgrabnym ruchem zawodowego „hotelarza” tacę z coca-colą. Aby oddać prawdę Bogu, coca-cola była serwowana w całym PRL-u tylko, jedynie i wyłącznie na „Stefanie Batorym”, gdyż trunek ten kupowany w „nadgniłej pornografią” Kopenhadze za dolary – był żywą oznaką i symbolem zgniłego imperializmu – i jej używanie groziło zarzutem złej orientacji politycznej młodzieży, jak również nieco starszych obywateli PRL-u. Ja jednak, w swojej małej świadomości (myślę, że ideologicznej) nie patrząc, a tym bardziej nie wąchając, co piję, wychyliłem tę coca-colę do dna. Skutek był natychmiastowy. Jako prawdziwy młody obywatel (jeszcze nie świata – ale już nieco przetarty) dokonałem w pełni świadomości aktu pijaństwa na stanowisku pracy – na ważnym, wyśnionym i wymarzonym stanowisku służbowym. Pomyślałem – niczym błyskawica – a może po tym „występie gościnnym” podać się do natychmiastowej dymisji? Na tamtym etapie wtajemniczenia alkoholowego odjęło mi jednakowoż mowę na parę minut. Natomiast moje panie – o zgrozo – trzepnęły jeszcze kilka coca-coli (myślę, że o podobnych do poprzednich ingrediencjach, nazywanych potem „wkładką”) i były, powiedzmy szczerze, jak nowo narodzone. Przede wszystkim rozmowne i znacznie serdeczniejsze – no, jednym słowem, lody między nimi a mną, „warsiawskim cwaniakiem”, co mówi, że zna holenderski, pękły. Rozpoczęła się normalna praca na pokładzie. Moje chwilowe odebranie mowy – nie przytomności – wywołało u zgromadzonych kolegów i koleżanek żywą wesołość.
© 2004-2017 by My Book
×