[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Słońce i konie
Słońce i konie
Magdalena Madej
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 193 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  wrzesień 2007
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-89770-96-7
25.00 zł
ISBN:
978-83-7564-055-7
20.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
     (...) podeszłam do drzwi z drewnianych żerdzi, zza których dochodziło wesołe rżenie źrebaka. Otworzyłam i ujrzałam miedzianą, ciężkiej budowy klacz z blondrudą, gęstą grzywą, którą gniewnie potrząsała. Oczy ciskały piorunami, a wargi marszczyły się w grymasie złości. Klacz była bez kantara, zatem nie zaryzykowałam wejścia do boksu, obawiając się zadnich kopyt, rąbiących co jakiś czas w ścianę.
    Jej córka Oliwia była uosobieniem łagodności. Trzymiesięczna źrebiczka, ciekawska, niestety nieoswojona, bała się podejść bliżej. Jednakowoż była przyjaźnie nastawiona, w przeciwieństwie do matki, i odnosiłam wrażenie, iż puszczała do mnie perskie oko, przekonując w ten sposób, że „mama tak zawsze”.
    Minęło już trochę czasu od naszego przyjazdu, upał był nieprawdopodobny, wobec tego postanowiłyśmy napoić Dagmara. Niestety, odmówił – może nowe wiadro mu nie odpowiadało, a może jeszcze nie przyszedł do siebie po podróży. Zauważyłam, że Baśka nerwowo oblizuje wargi, wobec tego postawiłam przed nią wiadro. Rzuciła się na wodę, jakby od trzech dni nie piła. To wrażenie nie odbiegało daleko od prawdy. „Wredna kobyła” nie cieszyła się zbyt wylewną sympatią gospodarzy, bo była „niedobra” i nie chciała wychodzić ze stajni do pracy. Podobno jedynym sposobem na to, żeby ją skłonić do wyjścia, było skuszenie jej na wodę. Brzmiało to tajemniczo, ale to był mój pierwszy dzień pobytu tutaj, dlatego nie wypytywałam o tę sprawę. Któregoś dnia usłyszałam od gospodyni historię, która wyjaśniała, dlaczego Basza i jej właściciele nie pałają do siebie wzajemną sympatią.
    Baśka wypiła trzy wiadra wody i czekała na jeszcze.
    Pani Ala, ciocia Patrycji, zawołała nas na obiad. Mieszkała tu jeszcze Babcia, do której zwracano się per „wy”. Przy stole rozmawialiśmy żywiołowo o różnych sprawach. Ustaliliśmy, że jutro zaczniemy budować wybieg dla koni, rano jednak pan Dagmarski będzie jeździł na Dagmarze, gdyż pojutrze wyjeżdża i chce sobie „użyć”. Zresztą daleko nie jedzie, bo wraz z resztą rodziny mają rozłożony namiot we wsi Kosówek, czyli około trzydzieści kilometrów od nas. A dzisiaj jeszcze pojedziemy z wujkiem Patrycji, panem Pawłem, po zielonkę to „będę mogła zobaczyć Baśkę w akcji”. Zdecydowałam się jej dosiąść, gdy będzie zaprzęgnięta.
    Baśka, wbrew nawykom, sama wyskoczyła ze stajni, gdy tyko otworzyły się drzwi, i dorwała się do koryta z tłuczonymi ziemniakami dla kur. Patrzyłam zdziwiona, jak gospodarze stoją bezradnie, bojąc się podejść do klaczy. Złapałam ją bezceremonialnie za długą, gęstą grzywę, z trudem podniosłam zanurzony w korycie łeb, założyłam uździenicę i podprowadziłam do dyszla. Wszystko to przy pokrzykiwaniach Babci:
    – O, Boże, nie podchłodź, dziewczyno, nie podchłodź!
    Ubieranie Baśki w szory, przeplatane bojaźliwym i nerwowym mruczeniem gospodarza uświadomiło mi, na czym polegała „wredność” klaczy. To był po prostu jej ogromny spryt: wykorzystywała niefachowość swoich właścicieli w obchodzeniu się z koniem. Żerowała na tym bezwstydnie.
    Wóz ciągnęła tak, jakby zaraz miała zasnąć, wlokła się z nogi na nogę, w ogóle nie zważając na monotonny głos wozaka, który miał sugerować przyspieszenie chodu.
    – Daaaali, Baaaśka, daaali, cieś, cieś, cieś, dali, no, Baaaśka, daaali, no, no, Baaaśka, cieś, cieś, daaali, cieś, daaali, daaali, Baaaśka… Baaaśka, daaali, cieś, cieś, daaali, Baaaśka…
    Zachowanie kobyłki wskazywało na to, że robi nam wielką łaskę. Czasem tylko potrząsała gniewnie blondrudą grzywą, jakby jej natrętna mucha brzęczała koło głowy.
    Pan Paweł załadował skoszoną zielonkę na furmankę, po czym oznajmiłam, że chcę wsiąść na Baśkę. Zgodził się ochoczo, chciał mi pomóc, ale odskoczył, gdy ta przypieczętowała dyszel zadnią nogą. Nie przejęłam się tym: wsiadłam. Jechaliśmy anemicznym stępem. Lekko ścisnęłam boki klaczy, cmokając zachęcająco. Poderwała głowę i ruszyła nerwowo drobnym kłusem. Tryumfalnie wjechaliśmy na podwórze, a zza wszystkich firanek obserwowały nas oczy sąsiadów.
    Przy pomocy pana Dagmarskiego i Patrycji założyłam kobyłce siodło, nie zapinając popręgu. Zresztą trudno było go w ogóle przełożyć pod jej brzuchem, bo kopała jak wściekła. Patrycja podsadziła mnie i ostrożnie usiadłam na siodło. Podciągnięcie popręgu „z góry” nie byłoby problemem, ale ponieważ Baśka nie umiała spokojnie ustać w miejscu, kotłowaliśmy się po obejściu dobrych kilka minut.
    Wyjechałam w pole i po pół godzinie stępa (Baśka co chwila przystawała – nie dość, że pierwszy raz miała cokolwiek na grzbiecie, to jeszcze Oliwia została sama w stajni) okazało się, że zgubiłam koc. Nie bez oporów ze strony klaczy zawróciłam. Kiedy zeszłam i z trudem osiodłałam Baśkę ponownie, tym razem już mocniej dopinając popręg, nie potrafiłam sama sobie poradzić ze wsiadaniem. Klacz wierciła się i opędzała ode mnie zadnimi kopytami oraz zębami. Postanowiłam wrócić, prowadząc ją w ręku. Już widocznie miała za dużo wrażeń, jak na pierwszy dzień. Kilka razy próbowała mnie ugryźć znienacka, ale byłam na to przygotowana i trzymałam ją krótko. Starałam się zachowywać obojętnie, mimo że idąca obok mnie złośnica usiłowała mnie wyprowadzić z równowagi na wszelkie możliwe sposoby. Weszłam na podwórze, rozsiodłałam ją, pochwaliłam i wpuściłam do stajni. Trzeba zaznaczyć, że klacz była okropnie brudna, a grzywę i ogon miała bardzo splątaną. Po pierwszej próbie czyszczenia doszłam do wniosku, że należy tym zabiegom poświecić więcej uwagi: w sześcioletnim życiu kobyłki chyba nikt nigdy nie dotykał jej szczotką.

    Na wsi nic się nie ukryje, wobec czego i nasz przyjazd nie był tajemnicą, tym bardziej, że w przyczepie przywieźliśmy konia. Zaczęły się pielgrzymki sąsiadów, a każdy z nich zaglądał Dagmarowi w zęby, obmacywał go i krytykował jego „chudość”. No cóż, to nie był koń pociągowy, tylko wierzchowy, lecz te tłumaczenia nikogo nie przekonywały. Dagmar miał już opatrzone skaleczenia wynikłe z załadunku do przyczepy, ale i tak wyglądał jak siedem nieszczęść. Patrycja złościła się o każdą krytyczną uwagę dotyczącą jej konia. Podejmowanie dyskusji było bezskuteczne.
    Miejscowi gospodarze wyrażali jednak nam swoje uznanie, że nie boimy się koni, i od razu chcieli, żeby któraś z nas wsiadła i „poszła w galop”. Pan Dagmarski może dałby się podpuścić, gdybyśmy mu nie przypomniały, że koń jest wyczerpany podróżą i że w ogóle nie była planowana dzisiaj jazda na nim.
    Późnym wieczorem pan Paweł pokazał nam, skąd brać słomę, siano i obrok, potem zjadłyśmy kolację i mogłyśmy się wreszcie zadomowić w naszym pokoju na poddaszu. Musiałyśmy jeszcze wypchać jeden siennik i, skonane, zasnęłyśmy.
© 2004-2022 by My Book
×