[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Nie ma miłości w naszym mieście
Nie ma miłości w naszym mieście
Janusz Gołda
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 96 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  wrzesień 2007
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-89770-95-0
16.50 zł
ISBN:
978-83-7564-062-5
10.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rzeka

    – Płynie powoli, leniwie, czasem wzbierze i sięgnie ci do kolan albo do piersi. Ot, taki naszedł ją chwilowy kaprys. Przyzwyczajasz się i myślisz, że tak będzie już zawsze, więc kiedy sięgnie wyżej niż zazwyczaj sięgała, ogarnia ciebie przerażenie. Krzyczysz, słowa grzęzną ci w gardle. Chcesz uciekać, nogi masz z ołowiu. Łudzisz się, że to sen, ale rzeka podnosi się nieubłaganie. Stajesz na palcach, krztusisz się, dławisz i dopiero wtedy widzisz, jakie kruche jest życie – mówił stojący na brzegu rzeki mężczyzna o pospolitym wyglądzie, ubrany w wytarte dżinsy i wypuszczone na wierzch niebieskie polo z krótkimi rękawami.
    – Człowieku, o czym ty gadasz? – żachnął się krępy, niski mężczyzna. Stał kilka kroków od brzegu. Woda sięgała mu do kolan. Mocował się z wędką, która zaczepiła o coś na dnie rzeki. – Ja jestem normalny, rozumiesz? Norrmallny – powtórzył mocno akcentując poszczególne głoski. – Tamtym – pokazał krótkim ruchem głowy na piętrzący się ponad nim betonowy most – może być wszystko jedno. Mnie, nie! – krzyknął, szarpiąc wędziskiem.
    Mężczyzna w niebieskim polo spojrzał w górę.
    Na moście stało kilkanaście osób, obserwując z góry z zaciekawieniem dziwne zachowanie wędkarza.
    – Może raczej zamiast tak szarpać i szarpać, lepiej by było podciągać – powiedział mężczyzna w niebieskim polo.
    – A co ja robię?
    – W takim razie trzeba iść pod most i tam sprawdzić, na miejscu.
    – Z tym? – mężczyzna podniósł wędzisko i zamajtał nim na wszystkie strony.
    – Niech pan podejdzie dalej, może spławik spłynie z prądem i wtedy samo się odhaczy.
    – Łatwo powiedzieć, podejdzie – zdenerwował się wędkarz. – Tam będzie ze cztery metry. A ten wir? Przecież stąd widać, że przy podporze kręci jak diabli.
    – To nie jest żaden wir, tylko opływ. Woda załamuje się na podporze, opływa ją i robi fałdę.
    – Wir czy fałda, ja tam tego sprawdzał nie będę.
    – I to ma być rybak – westchnął mężczyzna w niebieskim polo.
    – Człowieku, mnie wcale nie jest do śmiechu – jęknął wędkarz, zrobił w wodzie kilka kroków macając ostrożnie stopami grunt, lecz kiedy tylko woda sięgnęła mu do pasa, zatrzymał się i znowu zaczął wymachiwać wędką na wszystkie strony. Napięta żyłka wygięła wędzisko w łuk, jej koniec ginął w ciemnej toni, tuż przy betonowej podporze podtrzymującej główne przęsło mostu.
    Rzeka w tym miejscu płynęła leniwie, szeroko rozlana sprawiała wrażenie zastygłej w bezruchu. Wiszące nad rzeką słońce odbijało się w wodzie, raziło w oczy.
    – Pijaczek – rzucił wędkarz mimowolną uwagę.
    – Nawiedzony – sprzeciwił się mężczyzna w niebieskim polo.
    – Eee – zwątpił wędkarz. – Albo napity, albo naćpany.
    – Nawiedzony – upierał się mężczyzna w polo. Palił papierosa, wydmuchując dym przez nos albo odchylając głowę do tyłu, wypuszczał z ust kształtne kółeczka.
    – Raczej zawiedziony – powiedział wędkarz, starając się gwałtownymi szarpnięciami zerwać żyłkę.
    Mężczyzna w niebieskiej koszulce wzruszył ramionami.
    – Żona? Kochanka? Dziewczyna? – wyliczał wędkarz powoli, z namysłem starając się wciągnąć do rozmowy stojącego na brzegu mężczyznę, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, ciągnął dalej. – Znam podobny przypadek. Że podobny, to ja tylko tak mówię – usprawiedliwił się – ponieważ z każdym jest inaczej. Tamten wracał do domu podpity, siadał w kuchni przy stole, gapił się w okno i nie odezwał się słowem do nikogo. Nic do niego nie docierało. Siedział, patrzył w okno, milczał, potem podnosił się, szedł do stajni, brał stołek do dojenia krów, na ramię zarzucał łańcuch, na którym wiązano krowę, i do ogrodu, między drzewa. Syn łapał go za ręce, ciągnął ojca do domu. Żona klękała, chwytała męża wpół, zaklinała go na wszystkie świętości. On szedł. Stołek kołysał się w jego ręce, łańcuch pobrzękiwał na jego ramieniu, a on szedł pod szarą renetę. Dlaczego pod nią? Licho wie. I tak prawie co miesiąc przez kilka lat. I zawsze w dzień, zawsze w pełnym słońcu, zawsze w obecności licznej widowni. Bo byli tacy, którzy gustowali w tym widowisku i nie potrafili odmówić sobie przyjemności śledzenia zdarzeń, chociaż ich kolejność i finał były zawsze takie same. Można nawet powiedzieć, że stały się rytuałem.
    – No to mieli darmowe przedstawienie.
    – Mieli, ale do czasu. Któregoś dnia żona nie upilnowała go, no i powiesił się – odparł wędkarz.
    – Na łańcuchu?
    Wędkarz skinął głową.
    – Nawiedzony – mruknął mężczyzna w niebieskiej koszulce, położył na wskazującym palcu niedopałek papierosa, przycisnął go kciukiem i pstryknął.
    Ogarek śmignął w górę, zatoczył w powietrzu łuk i wpadł do wody.
    Mężczyzna patrzył chwilę na rzekę, po czym szybkimi zdecydowanymi ruchami zrzucił z siebie ubranie, wszedł do wody i rozgarniając ją rękami, przesuwał się w stronę betonowego filara, przy którym, tuż pod powierzchnią wody, kołysał się ciemny, wydłużony kształt. Zatrzymał się przy filarze, nabrał powietrza i zanurkował. Po chwili wystawił głowę z wody i krzyknął do wędkarza:
    – Ciągnij!
    Wędkarz szarpał wędziskiem, wywijał nim na wszystkie strony, popuszczał na kołowrotku żyłkę, zwijał ją, to znowu rozwijał, w końcu zaklął głośno, rzucił wędkę na brzeg rzeki i ruszył pod betonowy filar.
    Chwilę później mężczyźni wyciągnęli na brzeg zwłoki i ułożyli je na wznak. Jeden koniec mocnego sznura opasywał napuchnięty jak balon brzuch topielca, drugi obwiązywał potrójnym splotem kawał betonu, do którego przywiązane były za nadgarstki splecione z przodu ręce ofiary.
    – No – wysapał przejęty wędkarz – ten kłopot mamy z głowy.
    Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnował i mruknąwszy tylko niewyraźnie pod nosem, odpiął od koszuli topielca żółty, błyszczący haczyk, wytarł go starannie flanelową szmatką, włożył go do blaszanego pudełeczka, zatrzasnął wieczko i spojrzał w górę.
    Na moście stało kilkunastu gapiów, obserwując z góry poczynania obu mężczyzn. Mały, pucułowaty chłopczyk w krótkich spodenkach, trzymany w pasie przez tęgiego brodacza w czerwonej basebolówce, siedział okrakiem na balustradzie i puszczał papierowe jaskółki. Białe ptaki, pędzone lekkim wiatrem, szybowały majestatycznie po spokojnym, morelowym niebie.
© 2004-2022 by My Book
×