[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Krąg
Krąg
Magdalena Szychulska
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 233 pages
Book cover: soft
Publication date:  November 2012
Category: Novels
ISBN:
978-83-7564-369-5
31.00 zł
ISBN:
978-83-7564-371-8
7.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
    Było to nocą, która swoim ciemnym płaszczem szczelnie otuliła Ziemię. Morze stało nieruchomo, taflą przypominało powierzchnię wody w szklance. Cała natura zdawała się oczekiwać, w powietrzu wyczuwalne było napięcie. Piasek na plaży zamarzł mimo pory roku. Wiatr ustał całkowicie, dookoła panowała niczym niezmącona cisza. Po chwili rozległ się szelest bosych stóp na białym piasku. Nie wiadomo skąd pojawił się człowiek, wychynął z ciemności niczym drapieżnik. Wędrowiec nie odczuwał przenikliwego zimna szronu, którym pokryła się plaża. Szedł w stronę wody, która zdawała się na niego czekać. Zanurzył w morzu stopy zaledwie do kostek i zatrzymał się. Wciągnął w płuca nocne powietrze i odetchnął głęboko. Niebo było bezchmurne, usiane gwiazdami, a jego środek przecinał sierp księżyca. Wędrowiec stał dłużą chwilę w wodzie, nie odczuwał jej chłodu. Możliwe, że czekał na coś lub na kogoś. Za jego plecami piętrzył się groźny masyw czarnego klifu. Na niebie zaczęły pojawiać się chmury, prawie tak nagle, jak wędrowiec na plaży. Kłębiły się, a ich kształty wydawały się znajome, aczkolwiek bardzo dalekie.
    – Nadszedł czas.
    Gdy wędrowiec wyrzekł te słowa, w powietrzu rozniósł się donośny grzmot.

    Wiatr dął w okna i zrywał liście z drzew, a monotonny odgłos spadających kropli usypiał miasto. Deszcz zmywał cały brud z odrapanych murów i wąskich ulic. Czasami jakiś samochód błysnął światłami, by po chwili zniknąć za zakrętem i schować się w garażu. Aloe spała z zaciśniętymi powiekami. Zamykała dłonie w pięści, jakby podświadomie próbowała się przed czymś obronić. W pokoju widoczna była smuga z latarni stojącej nieopodal domu, jednej z niewielu zachowanych na Sto Dwudziestej Drugiej ulicy.
    Cienie wędrowały po podłodze, będąc całkiem spokojne i nieszkodliwe. Mrugały ślepiami spod dywanu i szafy. Lecz po chwili latarnia zamigotała i zgasła. Ciemność i deszcz naparły na okno, a gdy wiatr zawył, dziewczyna cicho westchnęła przez sen. Nagle cienie zaczęły drżeć. Pokracznie wypełzały spod mebli. Wiły się po podłodze, wyciągając długie palce w stronę śpiącej istotki. Kotłowały się między sobą, rozmywały i pojawiały na nowo, nie miały określonych kształtów. Jedne pożerały drugie, inne zlewały się z pierwszymi, a ostatnie były częścią środkowych. Rozwierały czarne paszcze, z których zionęła czerń jeszcze bardziej skondensowana. Cienie były bezdenną czeluścią pustki. Lecz w końcu poczęły formować się z nich kształty. Ni to zwierzęta, ni to ludzie.
    Z cichym szelestem wpełzły na łóżko, a Aloe odwróciła głowę w ich stronę, jakby w nieświadomym geście powitania. Cienie otoczyły ją i zaczęły spoglądać na jasną cerę i rozsypane na poduszce czarne włosy. Miała sine usta i pot spływał jej po skroni.
    Dziewczyna dygotała. Dręczyły ją koszmary, które pojawiały się każdej nocy. Widziała wojny i minione kataklizmy. Uczestniczyła w całym minionym złu świata. Mijały minuty, a Cienie nadal otaczały ją w kompletnym bezruchu. Po chwili jeden się poruszył. Wpełznął na klatkę piersiową dziewczyny i zaczął zmieniać swoją postać. Aloe oddychała szybciej, gdy Cień przybierał jej widmowy kształt. Wyglądał jak delikatna, migocząca otoczka z dymu, która uformowała się nad młodą kobietą. Po chwili zniknął, wchłonięty przez ciało dziewczyny. Reszta Cieni postąpiła tak samo, a za każdym razem oddech śpiącej stawał się szybszy i płytszy. Wszystkie Cienie zniknęły, były teraz częścią Aloe, a ona była częścią nich. Odetchnęła głęboko, koszmary ją opuściły. Latarnia na dworze zamigotała i znów zajaśniała, zalewając pokój kojącym, pomarańczowym światłem.
    Tak było co noc. Gdy Aloe zamknęła oczy, pod powiekami wyświetlał się ten sam film. Dopiero gdy pojawiły się Cienie, mogła odetchnąć. Dziewczyna miała te sny od zawsze, była przez nie samotna i zamknięta w sobie, a jako czternastolatka powinna mieć wielu przyjaciół i znajomych. Jednak żadne dziecko nie chciało mieć z nią nic wspólnego. Aloe dorastała w samotności.
    Kilkanaście przecznic dalej, w małej kamienicy światło paliło się tylko w jednym oknie. Komputerowa poświata sączyła się na parapet przez niedokładnie zamknięte żaluzje. W małym pokoju siedział chłopak, na uszach miał wielkie słuchawki, z których leciało ciężkie brzmienie starego rocka, a on sam zdawał się być całkowicie pochłonięty tym, co działo się na ekranie komputera. Ian miał podłużną twarz o ostrych rysach.
    Długie, proste włosy opadały mu na ramiona, zlewając się z czarną koszulką. Miał bystre oczy, niegdyś zawsze błyszczące i roześmiane, teraz zapadnięte i podkrążone.
    Chłopak sięgnął na oślep po puszkę z piwem, by po chwili pociągnąć z niej zdrowy łyk. Był zmęczony, już od kilkunastu godzin włamywał się do serwera szkolnego, żeby zmienić swoje kiepskie oceny, zanim rodzice się o nich dowiedzą. Zamknął oczy i przeciągnął się, ziewając głośno. Rzucił okiem na zegarek. Druga w nocy. Będę to musiał dokończyć jutro – pomyślał i wstał od komputera. Z żalem stwierdził, że puszka jest już pusta. Jeszcze raz się przeciągnął i podszedł do okna, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Nacisnął klamkę, uchylając je, a widok, który mu się ukazał, niezmiernie go zadziwił. Na parapecie siedział kot i wpatrywał się teraz w Iana zielonymi oczami.
    – Co tu robisz, mały? – mruknął chłopak i spróbował pogłaskać zwierzę.
    Kot tylko zasyczał i obnażył zęby.
    Ian cofnął rękę. Pomyślał, że zwierzak musiał komuś uciec, ale niezmiernie dziwne było, że siedział w taką ulewę na jego parapecie, i to kilkanaście metrów nad ziemią.
    Rodzina Iana mieszkała na ostatnim piętrze starej kamienicy.
    – Gdzie ty masz właścicieli? – zapytał sam siebie w zamyśleniu.
    Jednak po chwili przetarł oczy ze zdziwienia. W miejscu, gdzie siedział kot, była już tylko kałuża spowodowana cieknącą rynną. Ian prze kilka dobrych minut wpatrywał się w parapet, po czym nagle wychynął szybko z okna, żeby sprawdzić czy kot nie spadł na dół. Na chodniku go jednak nie było, leżało tam tylko kilka dziurawych worków ze śmieciami. Chłopak stwierdził, że kot musiał być przywidzeniem, spowodowanym zmęczeniem, po czym zamknął okno i ponownie zasunął żaluzje. Podrapał się po karku, podciągnął workowate spodnie i ziewając, powlókł się do łazienki. Lecz gdy tylko opuścił pokój, na parapecie pojawił się kot. Siedział nieruchomo i wpatrywał w drzwi za którymi zniknął chłopak.
    Obrzeża miasta były równie ciche jak centrum. Duże jednorodzinne domy stały mokre, świecąc oknami, niczym stwory ukryte we mgle. Paula rozmawiała głośno przez telefon, ale w tak wielkim domu nikomu to nie przeszkadzało. W jednej ręce trzymała komórkę, a drugą malowała paznokcie u stóp. Gdzieś z głębi pomieszczenia dolatywały dźwięki włączonego telewizora.
    Pokój był bardzo jasny i przestronny, wielkie łóżko zajmowało prawie całą ścianę. Naprzeciw niego było duże, zdobione okno z widokiem na ogród, teraz ciemny i zamglony. Dębowa szafa, ściśnięta w rogu, pokryta była plakatami ulubionych piosenkarzy i piosenkarek, a na półeczkach wiszących wzdłuż ścian leżały kadzidełka i zapachowe świeczki. Podłogę zajmował puchaty, wrzosowy dywan. Paula zadbała o atmosferę w tym pokoju, chciała aby odzwierciedlał ją. W jakimś magazynie przeczytała, że pokój jest częścią jego właściciela; można powiedzieć, że pokój i Paula zgrywali się idealnie.
    Właścicielka była bowiem dziewczyną o złotych włosach i szarych oczach. Mimo kilku piegów, które wdzięcznie gościły na jej nosie, była uważana za niezwykle atrakcyjną. Długie nogi, zgrabna talia i obfity biust zapewniły jej powodzenie u płci przeciwnej. Paula była typową dziewczyną z bogatego domu, wszystkie jej zachcianki były spełniane w trybie natychmiastowym. Miała wszystko, czego dusza zapragnie.
    Gdy skończyła rozmawiać, spojrzała krytycznie na swoje paznokcie, po chwili uśmiechnęła się i sięgnęła po utrwalacz. Z telewizora słychać było jakąś powtórkę programu dla rolników. Na szklanym ekranie garbił się ubłocony mężczyzna w średnim wieku, z dziurkowanym kapeluszem wciśniętym głęboko na czoło i strzelający oczami spod jego ronda. Widać było, że chętnie zniknąłby sprzed kamery. Za jego plecami przejeżdżała beztrosko młocarka. Paula nie zwracała na to większej uwagi. Telewizor miała włączony tylko dlatego, że nie znosiła ciszy. Chowała wiele fobii, które w większości nie były nikomu znane. Nie lubiła zamkniętych pomieszczeń i ciemności. Gdy wychodziła na dwór, zawsze sprawdzała, czy na niebie nie ma chmar ptaków.
    Panicznie bała się liczby trzynaście i wszystkiego, co się z nią wiąże. Nie kładła nigdy butów na stole i nie przechodziła pod drabiną. Gdy kot przebiegł jej przez drogę, zawracała i obchodziła to miejsce naokoło. Wbrew pozorom, Paula miała bardzo ciężkie życie, na dodatek zdawała sobie sprawę, że większość tych fobii sama sobie wmówiła.
    Dziewczyna wstała z łóżka i trochę niezdarnie powędrowała na poszukiwanie pilota; chodzenie utrudniały jej kawałki chusteczki poupychane między palcami. Gdy wyłączyła telewizor, w pokoju zaległa cisza. Paula wzdrygnęła się lekko.
    Podeszła do lampki na biurku i włączyła ją na najmocniejszy promień. Zgasiła górne światło i powędrowała do łóżka. Sprawdziła jeszcze tylko, czy paznokcie jej wyschły. Po chwili wyjęła spomiędzy nich chusteczki i otuliła się kołdrą, a odwróciwszy się tyłem do ściany, próbowała poskromić lęk przed ciszą. Oddychała głęboko, niezwykle sztucznie i na siłę zaciskała powieki. Było to sprawdzona metoda, gdyż po kilku długich minutach wreszcie zasnęła snem płytkim i niespokojnym.
© 2004-2023 by My Book