[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Opowiastki znad Brynicy
Opowiastki znad Brynicy
Helena Buchner
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 112 pages
Book cover: soft
Publication date:  April 2011
Category: Children & Youth
ISBN:
978-83-7564-280-3
24.00 zł
ISBN:
978-83-7564-281-0
13.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
Bliźniaki, czyli chłopak i dziewczyna

    Dzieci mogły się kąpać w rzece dopiero po świętym Janie. Choć w czerwcu bywało upalnie, mama nie pozwalała wcześniej i już. Brodziły więc po tych wylanych przez rzekę kałużach.
    Bliźniaki, czyli chłopak i dziewczyna. Leonek Burek i Lenka Burek. Leonek był ulubieńcem papy i ciotki Francki, która była jak oma dla dzieci. Sama jedna, bez żadnej rodziny po wojnie została i przykleiła się do Burków. Pomagała w kuchni, przy dzieciach, i na garnuszek sobie zasłużyła. Utuczył się Leonek na dobrotkach, które mu ciotka potajemnie podsuwała. A Lenka za to była szybka i gibka. Zawsze przed bratem. Ona go za sobą ciągnęła. Ona była świata ciekawa. Za rączki się trzymali i wymykali się z domu. Nieraz ich mama szukała, wołała i latem żytnią babą straszyła.
    – Jak będziecie wchodzić w żyto i deptać, złapie was kiedyś żytnia baba i swoją kosą wam obetnie nogi – groziła mama, bo dzieci deptały ścieżki w zbożu. Mało że kury swoje ścieżki w zbożu wydeptywały, jajka znosiły w sobie tylko znanych miejscach w zbożu zamiast w kurniku, jak się należy, to jeszcze dzieci deptały po tych kurzych dróżkach.
    – Jak będziemy kosić takie zmierzwione zboże? – narzekała mama.
    Lenka bała się żytniej baby i nieraz stawała w stodole i kosie się przyglądała.
    Jak papa klepał kosę, siadała obok na progu i czekała, kiedy wreszcie papa przestanie. Myślała, że żytnia baba przychodzi po tę ostrą kosę i siedzi w życie, i czeka na takie dzieci jak Lenka i Leonek.
    – Papo, już dość, już kosa jest dość ostra – mówiła, a papa się dziwił.
    – Kosa musi być ostra, żeby trawę dobrze cięła, i zboże… – tłumaczył.
    – A jak żytnia baba przyjdzie i nam tą kosą nogi poobcina, i kurom, co wchodzą do żyta? – pytała Lenka, a Leonek stał obok i też czekał z szeroko otwartymi oczami na odpowiedź papy. A papa się śmiał.
    – Nie ma żadnej żytniej baby. Nie bójcie się.
    – Ale mama mówiła, że mieszka w życie i bierze kosę, i obcina nogi dzieciom i kurom.
    – Mama was tylko straszyła, żebyście w żyto nie wchodzili i nie deptali ścieżek – wyjaśnił papa. I Leonek, i Lenka długo jeszcze wierzyli w żytnią babę i bali się jej. Jak czasem któreś dalej się w zboże zapuściło, a kura lub przepiórka w życie się ruszyła, albo zwyczajnie wiatr zbożem zaszeleścił, uciekały dzieci pędem, bo wprawdzie papa mówił, że żytniej baby nie ma, ale nigdy nie wiadomo. Może jednak mama lepiej wie?
    Łąki od uwrocia aż do rzeki należały do Kolanowików, czyli rolników z Kolanowic. Ale jak dojść do mostka? Musi się przecież ścieżkę do rzeki wydeptać. Ta ścieżka prowadziła przez łąkę Wija. Mama bała się, że znów będzie wrzeszczał, że mu drogę wydeptali, że kury tysiące ścieżek zrobiły… Mama nikomu nie chciała być nic winna. Przy sianokosach trzeba było odrobić tę wydeptaną dróżkę. Grabiły więc Burki nie tylko na swojej łące, ale jeszcze na Wijowej łące pomagały.
    Jak już Wijo zebrał swoje siano, często brzydkie, brązowe, niepachnące sianem, bo zniszczone przez deszcz i wylaną rzekę, wszyscy odetchnęli. Teraz wreszcie była wolna przestrzeń aż do rzeki, do mostka, do lasu i do drożyska. Jakiś czas mogły dzieci biegać bezkarnie po sąsiedzkiej łące.
    A właśnie lato zaczynało się po sianokosach. Początek wakacji. Bose bieganie przez cały dzień. Brodzenie w ciepłych kałużach po deszczach czerwcowych, po ostatnim wylaniu rzeki. Pierwsza kąpiel w rzece.
    Przychodził wreszcie dzień świętego Jana i zaczynały się wakacyjne zabawy w Brynicy. W tygodniu dzieci Burków panowały na rzece. Łowiły ryby. Leonek brał koszyk i dobrze wiedział, gdzie zastawić pułapkę na płotkę czy okonia. Gorzej miała Lenka. Do niej należało zaganianie ryb do kosza. Bosymi nogami wymiatała ryby z dziur i z błota przybrzeżnego, a bardzo tego nie lubiła. Brzydziła się żaby. Jak żaba wystraszona, wypłoszona wyskoczyła znienacka, odskakiwała Lenka z wielkimi oczami i z piskiem, a rybki, które już, już skierowały się do koszyka, nagle zmieniały kierunek i koszyk Leonka omijały. Potem w innym miejscu koszyk-pułapkę nastawiał i tak czasem do wieczora. A mama wołała i wołała. Dzieci tak były zajęte połowem, że często wieczorem do domu wracały z jedną płotką… głodne, wymoczone i znużone.
© 2004-2023 by My Book