Wizyta u przyszłych moich teściów przebiegała w sympatycznej, powiedziałabym, poprawnej atmosferze. Kawa i tradycyjne już Zitronenkuchen polecane przez słynnego Dr. Oetkera. Tę babkę cytrynową to oni mogli jeść codziennie, zresztą ja ją też polubiłam. Nie pamiętam dobrze, które z nas poruszyło temat ślubu, ale prawdopodobnie Horst, bo nietaktem z mojej strony byłoby nawiązywanie w rozmowie do okazji, która miała finalizować nasz związek i dawać mi prawo do egzystencji na prawach niemieckich, a nawet otrzymanie obywatelstwa tego kraju.
Matka Horsta zabrała głos i wszystko wskazywało na to, że temat naszego ślubu był przez nich już wcześniej przedyskutowany.
– Taaak – powiedziała – życzymy wam wszystkiego dobrego, ale czy ślub musi odbyć się w Polsce?
No, powinnam się tego spodziewać! Horst zaczął wyjaśniać powody naszego zamiaru. Siedziałam cicho, ojciec również nie zabierał głosu, a moja przyszła teściowa po wysłuchaniu argumentów, jakie przedstawił jej syn, powiedziała twardo:
– Jeżeli będziecie brać ślub w Polsce, to my na nim nie będziemy!
Super, podjęli decyzję! Horst im się nie sprzeciwi. Tego byłam pewna, że bez obecności rodziców nie będzie się ze mną żenił. Był jedynakiem i zauważyłam już na przykładzie innych sytuacji, że liczył się z ich zdaniem. A więc ze ślubu w Polsce – nici.
Wypowiedź jego matki miała też głębsze podłoże, rozmyślałam smutno w samochodzie, w powrotnej drodze do domu. W ogóle nie byli chyba zachwyceni pomysłem syna, który chciał się już po raz trzeci żenić, i to na dodatek z Polką. Jego ojciec miał dziewiętnaście lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Podobno (według opowiadań Horsta) wiele podczas niej wycierpiał, leżąc ciężko ranny, daleko od domu w Konigsbergu. Może złe wspomnienia z tamtych lat prześladowały go do dziś? Nie wszyscy Niemcy chcieli tej wojny i nie wszyscy byli potworami, wystarczy przeczytać Najeźdźców Dobraczyńskiego. Kupiłam tę książkę dawno temu, jeszcze w czasach studenckich, w księgarni św. Wojciecha w Poznaniu i czasem wracałam do niej, bo niektóre fragmenty opisanej tam wojennej historii bardzo mnie wzruszały.
No cóż, nie analizowałam więcej decyzji jego rodziców i nie wracaliśmy już z Horstem do tego tematu. On kocha mnie, a ja jego i jeśli mam wychodzić za mąż na obczyźnie, potrzebuję tłumaczenia dokumentów i poświadczenia ich z polskiego konsulatu. Tak się przyszli teściowie przysłużyli, że załatwiania będzie więcej, a gości pewnie mniej…
„Nie ma takiego szczęścia, które jest szczęściem absolutnym, a jeśli w nie uwierzymy, zaraz potem nastąpi katastrofa”, powiedział kiedyś ukochany przeze mnie Gustaw Holoubek. Spróbuję temu zaradzić, myślałam, i zmniejszyć chociaż odrobinę jej wymiar. Postanowiłam, że świadkiem naszej uroczystości będzie Lilka, a Horst wysunął kandydaturę swojej matki. Przyjedzie Oli ze swoją dziewczyną, Matyldą, będzie też Krystian. Nie ma szans na przyjazd Żanety i Mary. Szkoda.
Na zaproszeniach i zawiadomieniach o ślubie umieściliśmy ułożony przeze mnie tekst w dwóch językach:
W słońcu i w deszczu, w zdrowiu i chorobie,
będę zawsze przy Tobie …
Ob an sonnigen Tagen oder im Regen
bei Wohlergehen oder Krankheit,
wir bleiben zusammen.
Anna Józefina i Horst Maximilian