[stron_glowna]
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Kłamliwy dziennik
Kłamliwy dziennik
Karol Kłos
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 299 pages
Book cover: soft
Publication date:  March 2009
Category: Novels
ISBN:
978-83-7564-164-6
32.00 zł
ISBN:
978-83-7564-169-1
20.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
090.

    Pewna starsza pani stała w kolejce przed latarnią razem z wnukiem. Prosiła mnie usilnie o udostępnienie toalety. W pomieszczeniach budynku maszynowni jest toaleta. Korzystają z niej latarnicy. Respektujemy zasadę, że nie udostępnia się tej toalety osobom niebędącym pracownikami firmy. W końcu nikt nam nie płaci za sprzątanie po osobach obcych, a nasza ubikacja nie jest kiblem publicznym. W związku z powyższym otwarcie powiedziałem, że nie ma tu w pobliżu toalety publicznej. Jeszcze tego by brakowało, że inni turyści by zobaczyli, jak komuś udostępniamy ubikację. Zaraz by się pełno znalazło osób z dolegliwościami żołądkowymi, z uciążliwymi bólami, z zawrotami, z nieprzyjemnym rozwolnieniem. Zaraz by było pełno chętnych do umycia rąk, do zaczerpnięcia wody, spragnionych, spoconych, osłabionych, chorych, inwalidów, starych, niedomagających, ułomnych i innych potrzebujących natychmiastowej pomocy.
    Starsza pani o mało się nie rozpłakała po usłyszeniu mojej odpowiedzi. Jej twarz zbladła jak papier. Mowa tu raczej o papierze ksero niż o szarym papierze do pakowania. Usłyszałem głośne westchnięcie. Starsza pani jeszcze raz spróbowała wpłynąć na zmianę mojej decyzji. Bezskutecznie. Twardo stałem na gruncie przyjętego stanowiska. Owa pani błagalnym głosem prosiła o litość. Postawiła mnie w bardzo trudnej sytuacji. Gdyby można było cichcem ją zaprowadzić do ubikacji, w taki sposób, by inni nie zauważyli, dokąd się ją prowadzi. Nie było to jednak możliwe. Tego dnia w budynku maszynowni i znajdującej się tam dyżurce latarnika nikt nie miał dyżuru, nikt tam nie pracował. Wszystkie pomieszczenia były zamknięte. Z kolei ja nie mogłem opuścić swojego posterunku u wejścia do latarni morskiej. Musiałem dopilnować kolejki zwiedzających. Gdybym na chwilę tylko wyszedł, to natychmiast cała kolejka osób oczekujących znalazłaby się na schodach latarni. Powstałby niezwykły bałagan, który byłby nie tylko zagrożeniem dla porządku, ale również zagrożeniem dla bezpieczeństwa, zdrowia i życia zwiedzających. Do tego w żadnym wypadku nie mogłem dopuścić.
    Gdyby oni wszyscy weszli na schody latarni, to te zostałyby skutecznie zablokowane na cały dzień. Uniemożliwiłoby to przemieszczanie się osób na schodach. Nikt nie mógłby zejść z góry na dół, nikt nie mógłby opuścić latarni, a więc również nikt by nie dotarł na górę. Wielki tłum kłębiłby się na schodach. A schody były niezwykle wąskie. Oprócz schodów nie było innej drogi na górę ani na dół. Nie licząc skakania, ale ta droga jest drogą ostateczną, nie tylko niezalecaną, ale wręcz zakazaną. Dlatego po raz kolejny odmówiłem tej pani udzielenia pomocy. Tak, przyznaję się, że brzmi to strasznie, odmówiłem udzielenia pomocy. Kobieta wtedy zasłabła. Byłem zmuszony zamknąć latarnię i biegnąć do dyżurki w celu wezwania karetki pogotowia. Pogotowie przyjechało po kilku minutach. Zabrali starszą panią i odjechali. Przed latarnią płakało pozostawione samemu sobie dziecko. Kłębiący się przed wejściem do latarni tłum stawał się coraz bardziej groźny, coraz bardziej głośny, coraz bardziej zbulwersowany. Wszyscy domagali się natychmiastowego wpuszczenia ich na latarnię lub zwrotu zapłaconych pieniędzy na poczet biletów.
    Równocześnie znajdujące się na latarni osoby zeszły już ze schodów, zgromadziły się pod zamkniętymi drzwiami i domagały się głośno natychmiastowego ich otwarcia. Tam, za drzwiami, na stoliku, zostawiłem wszystkie sprzedawane pamiątki, bilety wstępu i całą kasę. Biegiem zabrałem się do otwierania drzwi. Pod naporem osób zamkniętych w środku drzwi wypadły z zawiasów. Nastał wielki rozgardiasz. Jedni pchali się do środka, inni usiłowali wydostać się na zewnątrz. Ktoś powiedział, że na schodach leżą zemdlone osoby bez przytomności. Najprawdopodobniej z powodu panującej na schodach duchoty. W ten upalny dzień zamknięcie drzwi oznaczało zamknięcie dopływu świeżego powietrza. To jak wyłączenie klimatyzacji na okręcie podwodnym. Z każdą minutą zmienia się skład powietrza. W końcu staje się ono trujące z powodu wzrastającej ilości dwutlenku węgla. O wszystkim tym mówiono nam podczas szkolenia bhp. O wszystkim tym byłem dokładnie poinformowany i potwierdziłem zapoznanie się złożeniem własnoręcznego podpisu.
    Owe dwa tłumy rozwścieczonych turystów zderzyły się ze sobą jak dwie burzowe chmury. Obserwowałem już kiedyś taki widok. Każda z chmur rzucała swoimi własnymi piorunami. Spotkały się ze sobą dokładnie nad naszymi głowami. Byliśmy wtedy jeszcze dziećmi. Było to nad Morzem Czarnym, latem, podczas obozu harcerskiego. Rozszalała się taka wichura i taka ulewa, że jako jeden ze starszych chłopców biegałem od namiotu do namiotu i walcząc z wiatrem, poprawiałem linki, sznurki, szpilki i śledzie. Niestety, wszystkich namiotów nie udało się uratować. Rozbitków przenosiliśmy do stojących jeszcze namiotów, gdzie koleżanki i koledzy tłoczyli się i tulili do siebie, próbując się rozgrzać. Dziewczęta były przerażone. Chłopcy zresztą też. Huragan był gotów zerwać nam dach znad głów, poszarpać ściany osłaniające nas przed wiatrem, nawet podłogi namiotów usiłował zalać wodą i błotem.
    Znowu musiałem wzywać pomocy. Pogotowie zawiozło kilkanaście poszkodowanych osób do szpitala. Policja aresztowała kilkanaście osób najbardziej agresywnych. Gdy po wszystkim wszedłem do latarni, moje stanowisko pracy było całkowicie zrujnowane. Stolik leżał do góry nogami. Pocztówki walały się na podłodze ze śladami butów. Słomkowe obrazki były uszkodzone, połamane, zniszczone w osiemdziesięciu procentach. Po pieniądzach nie zostało nawet grosza. Natychmiast zabrałem się do pisania zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa i wysłałem je do prokuratury.

    091.
    Dostałem wezwanie do stawienia się jutro w prokuraturze celem złożenia zeznań z związku z kradzieżą pieniędzy z kasy latarnika oraz zniszczeniu lub uszkodzenia przedmiotów będących przedmiotem sprzedaży w pomieszczeniu służbowym latarni morskiej, które to wydarzenia miały miejsce w dniu takim to a takim. Obecność obowiązkowa. Niestawienie się w wyznaczonym terminie podlega karze dwóch lat więzienia, karze pieniężnej, lub obu tym karom łącznie. Sąd może również upoważnić prokuraturę do zastosowania środka przymusu bezpośredniego w formie doprowadzenia.

    092.

    Złożyłem stosowne zeznania i wyjaśnienia. Z treści zadawanych mi pytań wywnioskowałem, że podejrzewają mnie o celowe wywołanie zamieszek w celu ukrycia swoich malwersacji finansowych. Krótko mówiąc, podejrzewają mnie o zagarnięcie kasy. W kasie nie było zbyt dużo gotówki, więc samo to oskarżenie nie było najgorsze. Ze względu na niską szkodliwość społeczną mogłem liczyć na warunkowe zawieszenie wykonania kary nawet wtedy, gdybym został uznany w pełni winnym zaistniałej sytuacji. Znacznie gorzej przedstawiała się sprawa spowodowania zagrożenia dla życia i zdrowia osób trzecich, a zwłaszcza doznania uszczerbku na zdrowiu przez czternaście osób poszkodowanych, którym musiano udzielić doraźnej pomocy ambulatoryjnej.
© 2004-2023 by My Book