[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Trudny raport
Trudny raport
Irena Wójtowicz
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 139 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  czerwiec 2007
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-89770-85-1
20.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    (...) Co by pan powiedział na milion dolarów? Gotówką, legalnie, z opłaceniem wszystkich pańskich podatków? Przelewem na wskazane przez pana konto?
    – Rozmawiamy poważnie, jak rozumiem? – zaskoczony wysokością proponowanej sumy Robertson wpatrywał się uważnie w oczy rozmówcy.
    – Najzupełniej.
    – To wszystko za diagnozę ekonomiczną?
    – Owszem.
    – W samym Londynie jest co najmniej pięć przyzwoitych firm takich jak moja. Z tą sumą pieniędzy mógłby pan wynająć każdego. Dlaczego akurat ja?
    – Nie chcemy usług firm. Potrzebny jest nam pojedynczy specjalista. Ktoś, kogo możemy dokładnie sprawdzić i kto, naszym zdaniem, dochowa najważniejszego warunku umowy. To znaczy dotrzyma tajemnicy.
    – To brzmi dość złowieszczo.
    – Ależ skąd. Ostrożność to zwykła rzecz w interesach. Jeżeli rozejdą się jakiekolwiek pogłoski, spekulanci rzucą się i wykupią interesujące nas firmy i akcje. Ceny wyskoczą niebotycznie w górę i całe przedsięwzięcie straci rację bytu. A wtedy trzeba rozstać się z planem.
    – Z jakim planem? Muszę to wiedzieć, zanim dam panu odpowiedź.
    – Zamierzamy dokonać poważnych inwestycji w Polsce. Bardzo poważnych.
    
    Robertson grzecznie odmówił, gdy Londow zaoferował mu podwiezienie specjalnie przywołanym na Belgravia Square samochodem Pattersona. Wolał przejść się ulicą. Mroźne, rześkie powietrze sprzyjało namysłowi. Ruch pomagał Jonatanowi zebrać myśli, a chłód w jakiś sposób ułatwiał wewnętrzną koncentrację. Chciał też pozbyć się resztek gniewu, które pozostały gdzieś w głębi umysłu.
    Zaproponowany milion oferował wyjście z życiowego labiryntu i codziennej szarpaniny. Nie chodziło tylko o pieniądze. Pieniądze były dla Robertsona środkiem do celu.
    Nigdy już nie będzie musiał robić tego, na co akurat nie ma ochoty.
    Impulsem do tych poszukiwań była właśnie śmierć Ann. Jonatan rozumiał, że w ten sposób może wytłumaczyć swoje postępowanie. Tłumaczenie to jednak miało solidne oparcie w rzeczywistości. To nie tylko emocje podyktowały mu porzucenie uniwersytetu. Zwołane tamtego dnia zebranie, trafnie określone przez Londowa jako „niepotrzebne”, symbolizowało życie naukowe w ogóle.
    Wszystko, czym zajmowano się na uniwersytecie, robiono tylko po to, by znaleźć podstawę do ubiegania się o kolejne dotacje. Niezliczoną ilość razy rzeczywiście użyteczne badania musiały czekać w nieskończoność na swoją kolejkę, bo zabrakło na nie funduszów. Władze administracyjne wybierały tematy, w których łatwo było udokumentować „postępy”, by znaleźć uznanie w oczach wielkich korporacji żądnych dokumentowania wszystkich wydatków, również tych poniesionych na naukę. Robertson zrezygnował z walki z uczelnianym systemem, zrezygnował z angażowania się w uniwersytecki „wyścig szczurów”.
    Praca w firmach konsultingowych okazała się równie nieznośna. Stosowano inne środki i metody, ale cel był zawsze ten sam. Chodziło o zysk i tylko o zysk. Nie liczyły się żadne inne względy. Dlatego Jonatan porzucił pracę dla wielkich firm. Pragnął sam określać, co się liczyło rzeczywiście. Co się liczyło najbardziej.
    Wszystko, co proponował Londow, było ważne i godne uwagi. No i oferta była fantastyczna. Legalnie zarobiony milion dolarów wolnych od podatku dawał na przyszłość wolność wyboru. Prawo do ograniczania się tylko do tych badań, które on sam uzna za godne uwagi i istotne z jakiegoś względu. Wolność w zamian za przeprowadzenie badań, które dla Robertsona nie były przecież niczym nowym.
    W Polsce Jonatan był dwa, może trzy razy, ale zawsze przejazdem. Wiedział jednak, że przez ostatnie dziesięć–dwanaście lat po zmianie ustroju gospodarka zmieniała się tam dynamicznie. Był nawet ciekaw, jakie będą wyniki, gdy przyjrzy się jej z bliska. Przeprowadzi analizy, wydobędzie gałęzie przemysłu, w które warto i należy inwestować. Bo że takie znajdzie, nie wątpił ani przez chwilę.
    W ciągu najbliższych tygodni ludzie z Oakstone mieli Robertsonowi dostarczyć listę przedsiębiorstw, które interesowały ich szczególnie. On sam miał przez ten czas skompletować ekipę.
    Zastanawiała go pewna rzecz. Nie to, żeby nie wierzył Londowowi w przyczynę wyboru, ale jednak nie był jej całkowicie pewien. Argument o dyskrecji i wybór jednego, jedynego wtajemniczonego był i nie był prawdziwy. Bo przecież tam, gdzie chodziło o inwestycje, znaczne inwestycje, wszyscy byli dyskretni. Od trzymania języka za zębami zależał ich los i kariera. Nikt bez potrzeby nie zdradzał tajemnic zawodowych. Z drugiej jednak strony… zdarzały się wyjątki.
    Znowu szedł Strandem, mając kilka przecznic przed sobą grupę budynków Savoya. Tak naprawdę niczego nie postanawiał. Nie było się nad czym zastanawiać. Co najwyżej, należało rozważyć, czy współpracowników rekrutować z angielskich uczelni. Bo że kandydatów znajdzie się cały tłum, nie wątpił. Chodzi tylko o to, by wśród nich wybrać ludzi o dostatecznych kwalifikacjach. Wysokich kwalifikacjach.
    Jonatan skręcił w zaułek prowadzący do szklanych drzwi hotelu. Uśmiechnął się do mijanego portiera i odruchowo spytał recepcjonistę, czy nie ma dla niego żadnych wiadomości. Nie było nic.
    Recepcjonista upuścił klucz do pokoju pod ladę i długo go szukał, po czym, z niesłychaną jak na stosunki angielskie natarczywością, wielomównie przepraszał za własną nieuwagę. Jonatanowi z trudem udało się od niego uwolnić. Zważywszy na właściwą Savoyowi dyskrecję i takt, zdarzenie było po prostu niesłychane.
    W pokoju Robertson zdjął marynarkę i rozluźnił krawat. Wyjął z barku napoczętą już butelkę szkockiej i rozsiadł się przy biurku z gazetą pozostawioną na blacie do użytku gości.
    Przełknął pierwszy łyk, odruchowo przerzucając strony gazety, gdy do drzwi ktoś zapukał. Myślał jeszcze o przyjętej właśnie ofercie i roztaczających się przed nim, po zakończeniu kontraktu, możliwościach, więc zignorował pukanie, które rozległo się ponownie.
    Jonatan podszedł do drzwi i otworzył je. Stał przed nim wysoki, sympatycznie wyglądający mężczyzna w średnim wieku, z przerzuconym przez ramię tweedowym płaszczem.
    – Pan Robertson?
    – O co chodzi?
    – Nazywam się Shylok. Czy możemy porozmawiać?
    – Czy przysłał pana Londow?
    – Skądże, panie Robertson. Wywiad brytyjski.
© 2004-2023 by My Book
×