[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Odrzucona...
Odrzucona...
Maya M. Lancewicz
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 160 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  czerwiec 2022
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-668-9
28.00 zł
ISBN:
978-83-7564-670-2
12.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
   – Nisamehe Al– Melodyjny, głęboki głos poniósł się między kiściami intensywnie zielonych liści sekwoi.
   Te dwa znaczące słowa niosły się również po suchym pomarańczowym piachu ziemi ugandyjskiej, aż zawisły gdzieś wysoko, w zastygłym przez brak wiatru lazurowym niebie. Z daleka było słychać nawoływanie szamanów do bogów, by ci, po licznych dniach suszy, dali urodzaj w postaci silnego deszczu, którego ciężkie krople spulchnią zaschnięte koryta rzek i pokryte wielomiesięcznym kurzem drogi. Każdy Ugandyjczyk w tamtym okresie pragnął najbardziej na świecie choć paru kropel przezroczystej cieczy, lecz nie ona… Jej ciemna skóra cała drżała nieprzerwanie od wielu dni, serce waliło tak, że dziewczyna miała wrażenie, że zaraz rozedrze ono jej starą czerwoną podkoszulkę, i tak już mocno opinającą nabrzmiałe piersi i wydatny brzuch. Miała apetyt na jedzenie i miała apetyt na życie. Życie to było bardzo krótkie, ledwie zaczęte, a już skończone, i to z wielkim hukiem, zaledwie w wieku dorastania. Nie żałowała swojej urody, tego, co mogła jej dać, nie żałowała swoich długich, czarnych, lśniących włosów, ciasno zwiniętych wokół pięknej owalnej twarzy ani okrągłych, szklistych oczu o podobnym do włosów kolorze czy wydatnych piersi, bioder i brzucha. Żałowała natomiast tego, co lubiła w sobie najbardziej: ust o wydętej dolnej wardze i melodyjnego głosu – chciała usłyszeć go raz jeszcze:
   – Nisamehe Al– przeszła tym razem w zniżone tony, zmieniając jedyne dwa słowa, które od dziś umiała wymówić, w ledwo słyszalny szept.
   Wybacz mi, Al… – mogłaby wymawiać to zdanie bez końca. Jeszcze czuła mocne szarpnięcie męskiej ręki na swoim prawym ramieniu oraz lewym biodrze. Na wewnętrznej stronie ud wciąż można było wyczuć gorąco od ledwie domytej krwi. Lewe podpiersie zrosło się dzień, dwa temu, tworząc szorstkie, ciemnoczerwone znamię. Nienawidziła swojego ciała, pogardzała nim, wiedziała, że jest jedną wielką planszą wydarzeń z ostatnich dni. Nosiła w sobie historię Ala, małej społeczności lokalnej wioski, którą zamieszkiwała, i tego kogoś, kogo jeszcze nie poznała, ale już niebawem miała poznać. W skrócie – nosiła swoją historię. Historię hańby i wyjścia poza szereg norm ugandyjskiej wioski.
   Stoczyła się ciężko kolanami na suche, twarde podłoże, jakby namacalnie poczuła na plecach ciężar grzechu, którym okryła wszystkie wcześniej wymienione osoby. Klęczała pod jedną z tych rozłożystych wiekowych sekwoi i pierwszy raz w życiu nie wiedziała, co robić. Ciężko dyszała, lewą ręką podpierała się o zraniony bok i odtwarzała na nowo tamten gorący dotyk, mocne szarpnięcia, masaż stwardniałych dłoni dookoła jej sutków, śliski język wplątujący się głębiej i głębiej w jej małżowinę uszną, odepchnięcie pod ścianę, dźwięk plasknięcia otwartej dłoni parę metrów dalej, zaciśnięcie dłoni na jej szyi i dwie pary, może trzy, cztery, pięć, piętnaście… nie dwie… dwie, góra piętnaście par rąk rozrywających jej ciało na drobne kawałki.
   Kawałki te zebrała teraz w całość, stając się postacią na kształt człowieka. Postać ta nazywała się zdrajczynią. Stała się zdrajczynią. Msaliti – zdrajczyni. Mimi mi msaliti – jestem zdrajczynią. Nic nie słyszała w swojej głowie, panowała cisza świadcząca o przerażeniu, żalu i rozpaczy, a jednak teraz te trzy słowa wciąż odbijały się echem wewnątrz niej. Świat się zawalił i nie wiedziała, do kogo się zwrócić. Była sama w buszu, ale i poza nim była sama. Drzewo nie dodawało jej otuchy, stało, nieporuszone jej historią, lecz było i tyle jej starczyło, resztę mogła sobie dodać sama w wyobraźni.
   Jest! I tyle jej starczy, resztę może sobie dodać sama – tego jej było trzeba.
   – Nisamehe Al– powiedziała, nie wydając żadnego dźwięku, jedynie poruszając bezgłośnie ustami.
   – Habari Al… Ndio… Nisamehe Al– Witaj, Al… Tak…Wybacz mi, Al…
   Pochyliła się nad ziemią, wyciągnęła przed siebie wskazujący palec prawej ręki. Jak na kobietę, były to silne dłonie sporych rozmiarów, idealne do pracy na roli. I tak też się to prezentowało, typowe ręce pracy, ciemne z natury, a jeszcze ciemniejsze, wręcz czarne przy zakończeniu palców od codziennego babrania się w ziemi. Paznokcie nierówne, rana na opuszce kciuka zalepiona piachem, siniak na najbardziej wystającej kostce. A ręce Ala były takie piękne, gładkie, zadbane. Delikatne, a zarazem silne i zdecydowane. Ich dotyk miał w sobie magnetyczną siłę zniewolenia, a jednocześnie wzbudzały podziw swoją doskonałością.
   – To za ciebie, Al… i dla ciebie – wysyczała kobieta, ciągnąc palec od najdalej położonego od niej punktu, jakiego udało się jej dotknąć, nie wywracając się przy tym, do miejsca tuż obok jej prawego kolana.
   Następnie przecięła tę linię na pół drugą taką samą prostą. Krzyż odrysowany przy korzeniach starej sekwoi widniał tak jeszcze długo, aż znikł, całkiem przykryty przez upływ czasu i okalające, coraz gęstsze pnącza zielonego bluszczu.
   Zostawiła go tu niczym króla, władca dawnej Bugandy. Mutesa również został oddany, a raczej jak zwykło się mówić o ostatecznym losie władców afrykańskich, uderzył w liść gdzieś pośrodku lasu, a miejsce to zostało zapisane na liście UNESCO. Miejsca Ala nikt nie zapisze, nikt się o tym nie dowie, nikt ani nic, tylko ona, on, las i piach… i dwie kreski zarysowane niezgrabnie dużą, mało kobiecą ręką. Ostatecznego miejsca Mutesy pilnowała staruszka, spokojnie spoczywająca na macie. Siri miała za mało praw do Ala, za mało lat i za mało spokoju w sobie, by to uczynić, a jednak jakaś siła z góry nie pozwoliła jej wstać z klęczek. Ona nie była podobna do żony Mutesy, Al za to był bardzo podobny do władcy. Oboje popełnili błąd, za który płacili nie oni sami, lecz ludzie dookoła nich. Mutesa sprowadził za ziemię ugandyjską angielskich misjonarzy, wmieszał osoby trzecie, które, z premedytacją czy też nie, poprowadziły kraj nie w tym kierunku, podsycały napięcie, nie zabliźniając starych ran kraju. Al powtórzył błąd władcy, a Siri zaczęła się zastanawiać, czy aby… bo jakie jest inne wytłumaczenie nieprawdopodobnego podobieństwa? Czy aby reinkarnacja ludzka istnieje…? Absurd, wierzenia afrykańskie mówiły o duchach, wierzenia nabyte przez emigrantów o życiu gdzieś tam wyżej, Siri zaczęła więc, w przypływie obłędu, tworzyć coś nowego; coś, czego nie było; coś swojego, nienabytego przez większość… więc i absurdalnego….? Wszystkie powyższe jej myśli odgoniła, zamykając z całych sił oczy.
   Kobieta starała się również przestać myśleć, co by było gdyby, za wszelką cenę chciała udowodnić sobie, ale i niewypowiedzianie innym, że przeszłość zaczęła w końcu należeć do przeszłości… przynajmniej dla niej.
   Stojąc tak pod sekwoją, uderzyła się z całej siły pięścią w ramię. Ciało czerwienieje, by za chwilę zacząć pulsować – dusza obficie krwawi, by za chwilę pozostawić całkowite spustoszenie od wewnątrz. Łzy same lecą, a Siri jakby instynktownie sprawdza, czy wypływająca z niej ciecz nie jest koloru ciemnej czerwieni.
   – Mebaya, mebaya, mebaya – zło, zło, zło, syczy zła do czerwoności kobieta. Złość zmieniła się we wkurzenie, wkurzenie w…
   Ona już nie jest wkurzona, wkurwienie eskaluje z minuty na minutę, z sekundy na sekundę blade damskie paznokcie próbują przebić się na drugą stronę jej dłoni. Przezroczysta ciecz spływa z jej oczu, ciemnoczerwona ciecz spływa z jej ręki.
   Jej, wydawało jej się wtedy, wiekowa mama nigdy nie przyznałaby swojej córce miana osoby cierpiącej. Cierpieć mogła jej babka i jej pokolenie ogarnięte czterdziestoletnią niedolą krwawej tyranii i wojny afrykańskiej, która przyniosła pęd do opływania w pieniądz. Kraj Siri rósł w dobra materialne, widoczne w lepiej przyozdobionych ulicach, Siri więc mogła być co najwyżej osobą od czasu do czasu zasmuconą. Dziewczyna jednak nie była zasmucona; czuła, że wszystko, co dobre, zaczęło i skończyło się gdzieś poza nią, zostało w, jak mawiała jej „leciwa” mama, prosperującym kraju.
   Ciemne dłonie wgłębiają się coraz dalej i dalej w jeszcze ciemniejszy czarnoziem. Kap, kap, kap… Gorzka przezroczystość i metaliczna czerwień mieszała się, spływając po jej ciele… ale i to było poza nią. Jej ciało, myśli, sytuacja… to wszystko było poza nią, a jednocześnie tak boleśnie i dotkliwie zakorzenione w głębi niej.
   Słowa nisamehe Al wydawały się teraz, jak nigdy wcześniej, zwykłym łgarstwem.
© 2004-2023 by My Book
×