[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Dziewczyny z Koziej Górki
Dziewczyny z Koziej Górki
Helena Buchner (Leonia)
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 274 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  sierpień 2009
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-204-9
36.00 zł
ISBN:
978-83-7564-209-4
18.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    Eli dotychczas namawiała matkę, aby wyjechać. Już wiedziała, że tu mieszkając, będzie musiała Polką zostać. I jej córka też Polką będzie. A Eli była Niemką. Jej Maks był Niemcem, to i jej córka musi być Niemką.
    No i ten Wasyl! Tu ją znaleźć może, a tam w Niemczech mogłaby się przed nim ukryć, mogłaby się zgubić. Tam nigdy by jej nie znalazł. Co wieczór kładąc się do łóżka, dziękowała Bogu, że nie wrócił. Może jednak nie wróci? Dziś po raz pierwszy zapragnęła tu zostać. Zmęczona, spokojnie dziś usnęła.
    Następnego dnia przyszła Kmitowa po południu. Eli miała do niej śmiałość poprosić o pomoc przy wypisywaniu tych papierów, co je Rozala przyniosła. Kmitowa umiała dobrze czytać i pisać po polsku.
    Dziewczynki Trudy po niemiecku mówiły. Nic nie rozumiały, o czym mama, Eli i ta kobieta rozmawiały.
    – Po co tu przyszliście? Wasze dzieci tylko po niemiecku mówią. Jesteście Niemcami. Idźcie do Niemiec – powiedziała Kmitowa do Trudy.
    – To co mamy zrobić, żeby w swoim domu, na swojej ziemi żyć? – z żalem powiedziała Truda.
    – Jak chcecie tu zostać, musicie dzieci po polsku uczyć. Tu mogą teraz żyć tylko Polacy.
    – Jak mamy nagle po polsku mówić, jak jeszcze niedawno nie wolno nam było mówić po polsku.
    – Ja tam nie wiem, ale mówią, że kto po polsku mówi, kto dzieci choć modlitwy po polsku nauczył, ten Polak. Będą was wzywać i będą to sprawdzać. Tak mówią ci, co te pozwolenia już dostali.
    Kmitowa wypisywała te papiery, plując na krótki kopiowy ołówek, żeby było wyraźne to, co pisze.
    Truda wszystko o sobie mówiła. Niektóre słowa po niemiecku, a Kmitowa ją po polsku poprawiała. Już wiedziała, bo niejeden taki papier ludziom wypisywała. O nic nie pytała, jednak gdy Truda o swoim mężu mówiła, Kmitowa przestała pisać. Słuchała, gdy Truda mówiła, że był w Wehrmachcie, że był na wojnie, że walczył na froncie, że teraz jest w niewoli rosyjskiej i nikt nie wie, czy żyje, czy wróci.
    – Jesteście Niemcami. Będziecie musieli opuścić Polskę. Nie dostaniecie pozwolenia. Po co tu wróciliście? – uparcie swoje powtarzała Kmitowa.
    – Jesteśmy Niemcami, zawsze byliśmy. Do siebie wróciliśmy. Mieliśmy wybór: wrócić albo z głodu zdechnąć. Co wy byście zrobili?
    Kmitowa nic nie powiedziała. Ta kobieta ma rację. Też by wróciła. Ale co ją tu czeka? Taki sam głód i poniżenie. Nie ma swojego domu. Tam już siedzą Jurewicze i jak ich zna, nigdy się nie wyniosą.
    – Powiem wam coś. Swojego domu już nie odzyskacie. Znam tych ludzi, co tam siedzą. Są źli i do tego przez Niemców okrutnie pokrzywdzeni. Nienawidzą was, Niemców. Podkurujcie się trochę u naszej Eli i nie sprzeciwiajcie się. Wróćcie tam, skąd przyszliście. Przecież tyle ludzi stąd wyjechało i jakoś tam muszą żyć. Jeszcze wam powiem, co syn mówił – a on wie. On jest teraz w milicji, to wie. Ze wszystkich wsi znów was, Niemców, wyrzucają. A jak ktoś nie chce, na siłę ich wywożą. Do obozów was wiozą.
    Kmitowa rozumiała Trudę, rozumiała, że chce u siebie, na swoim być. Co mają jednak powiedzieć ci ludzie, co tam, na Kresach, też na swoim byli, a musieli to swoje opuścić. Nie mogą tam wrócić, bo tam pewnie też w ich domach ktoś inny już siedzi. Tam byliby tacy, jak tu Niemcy. Wypędzani i poniewierani. Po chwili milczenia napluła na ołówek kopiowy i kazała Trudzie papier podpisać.
    – Uczcie dzieci modlitwy po polsku – dodała i na Eli spojrzała.
    A Eli słuchała tego, co Kmitowa mówi ze spokojem. Chętnie przyjęła Trudkę z dziećmi, ale cieszyła się w duchu, że to, co Kmitowa mówi, jej nie dotyczy. Ale Eli się myliła. To i jej dotyczyło. Gdy Kmitowa skończyła z Trudką rozmawiać, do Eli się zwróciła, żeby teraz ona podawała swoje dane.
    – Ale ja przecież mam już to pozwolenie – powiedziała Eli i położyła na stole kartkę, którą wtedy na gromadzie dostała.
    – Ty, Ela, masz pozwolenie tymczasowe, to znaczy, że już nieważne od nowego roku. Musisz teraz nowe dostać. I twoja matka też. I o małej musisz napisać. Bo przecież wtedy jej jeszcze nie było.
    Eli milczała. Bała się. Jeszcze do wczoraj myślała o tym, żeby stąd uciekać, żeby przed Wasylem uciekać, żeby przed Rozalą uciekać, żeby iść do swoich, żeby bronić tego, co wiedziała na pewno: jest Niemką i chce nią zostać. Chce, żeby jej Hana Niemką była, tak jak jej matka i ojciec.
    Jak Trudę Krank zobaczyła, jak jej dzieci zobaczyła, już znów bać się zaczęła. Tu przecież nie było najlepiej, ale jakoś nie głodowała. Kartki dostała, w gospodarstwie dobrze idzie, no i matka nie chce stąd iść. A Wasyl? Przecież nie będzie jej tu szukał. On przecież postawny, urodziwy, nie taką jak ona Niemkę zniewoli i ją sobie weźmie.
    Tak sobie Eli myślała i nalewała do kubka mleko, i Kmitowej to mleko gorące podsuwała. Usiadła potem przy stole obok matki. Najpierw Kmitowa wypełniła kartkę dla matki. Na pytanie o męża matka Eli powiedziała: zastrzelony przez Rosjan. Jednak Kmitowa napisała: nie żyje. Potem wypełniała kartkę dotyczącą Eli. Na pytanie o ojca córki Hanny Eli odpowiedziała: Rosjanin. Kazała dopisać, że została zgwałcona.
    Kmitowa chwilę się zastanowiła i dziwnie na Eli spojrzała. Wiedziała, że dziewczyna kłamie. Wiedziała, że dziecko o czasie się urodziło, bo niejednemu dziecku pomogła przyjść na świat i dobrze wiedziała, jak wygląda dziecko za wcześnie urodzone. Napisała jednak: ojciec nieznany. Tak pisano, gdy dziecko poczęte było przez gwałt.
    Wstała od stołu i przy drzwiach dała jej Eli dwa klinki sera koziego. Wzięła kobieta, bo ser był dobry i coraz więcej ludzi po niego chodziło: swoi i chadziaje też. Mówiono wśród nich, że Ela jest czysta i ser ma najlepszy.
    Truda siedziała w kąciku ze swoimi córkami i Ojcze nasz po polsku je uczyła. Dziewczynki powtarzały, ale nie rozumiały, co mówią, i powtarzały modlitwę bezmyślnie.
    
    Na gromadę przyszły kobiety wraz z innymi, którzy też chcieli na swoim zostać.
    Truda weszła ze swoimi dziećmi. Młoda urzędniczka Polka, Rozala i mężczyzna w mundurze – milicjant. Siedzieli za stołem zawalonym papierami. Gdy Rozala zobaczyła Trudę, zaczęła w tych papierach grzebać i po chwili podała urzędniczce obok ten, który wtedy Kmitowa wypisała.
    – Nazywacie się Krank Gertrud – powiedziała młoda kobieta.
    Truda kiwnęła tylko głową. Kobieta szukała w słowniku, co znaczy słowo „krank”.
    – Chora, krank to znaczy chora, choroba. Będziecie się teraz nazywać Choroba. Choroba Gertruda.
    Truda w pierwszej chwili myślała, że się z niej śmieją, że żartują, a Rozala widziała, że Truda nie wierzy w to, co usłyszała.
    – Krancko, teraz to się musicie po polsku nazywać, a wiecie, że krank to chory… Przecież wiecie.
    – Wasze dzieci też takie nazwisko będą nosiły. Będą się nazywały Choroba. Podejdź do mnie – mówiła urzędniczka i spojrzała na starszą dziewczynkę.
    – Jak się nazywasz? – spytała. Dziewczynka już dziesięcioletnia nie rozumiała i bezradnie patrzyła na mamę. Potem urzędniczka do drugiej, młodszej się zwróciła, i ona również nie rozumiała słów kobiety.
    – Wasze dzieci nie rozumieją po polsku, a wy też nie bardzo. Jesteście Niemcami i nie możecie tu zostać – zdecydowanie powiedział milicjant. Do tej pory był cicho. Słuchał. Jedynie uśmieszkiem zareagował, gdy o nazwisku Choroba mówiono.
    – Panie, wróciłam do siebie, wróciłam do domu, a tu domu mojego nie ma. To znaczy jest, ale zajęty. Obcy ludzie mnie przygarnęli. Wróciłam, bo moje dzieci z głodu umierały, i teraz znowu mam w tę nędzę wracać? Bądźcie człowiekiem!
    – Będę takim człowiekiem dla Niemców, jakim wy, Niemcy, byliście dla nas, Polaków. Tu jest teraz Polska, kobieto, już tu nie ma miejsca dla Niemców. Nie dostaniecie obywatelstwa polskiego. W ciągu miesiąca musicie opuścić nasz kraj – wstał i wyszedł. – Dajcie tej Niemce dokument o tymczasowym pobycie we wsi na okres jednego miesiąca – powiedział do urzędniczki, wychodząc.
    – Ale Rozalo, zróbcie coś, powiedzcie, żebym mogła zostać, proszę was, Rozalo – błagała Truda.
    – Krancko, co ja mogę. Nic nie poradzę. Nie tylko wy pojedziecie, nie tylko wy… – powiedziała Rozala, nie patrząc na Trudę.
    Urzędniczka podała Trudzie wypisaną kartkę ze stemplem. I kazała wyjść. Truda stała jeszcze chwilę. Nie wiedziała, co ma zrobić. Stała tak bezradnie, a dziewczynki patrzyły na nią, nie rozumiejąc, po co tu przyszły. Czy mają tak stać, czy mają tę modlitwę po polsku mówić? Jedno już wiedziały. Wiedziały, że nie wolno im się po niemiecku odzywać, że muszą być cicho.
    – Muti, umiem tę modlitwę – szepnęła starsza do Trudy. – Ojcze nasz, któryś jest we niebie… – mówiła całą modlitwę trochę po śląsku, trochę po polsku, a młodsza po chwili się do niej przyłączyła. Urzędniczka słuchała i uśmiechnęła się do dziewczynek. Gdyby to od niej zależało, pozwoliłaby tej kobiecie zostać. Wiedziała jednak, że będzie tak, jak milicjant powiedział. Wiedziała też, że Niemców nienawidzi. Niejeden Niemiec próbował go przekupić, niejeden dawał mu cenne rzeczy, ale on był nieugięty. Tak jak im zalecano: oczyścić ziemie polskie z Niemców. Tylko tego się trzymał.
© 2004-2023 by My Book
×