[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Dobre i złe sny ptaszków mechanicznych
Dobre i złe sny ptaszków mechanicznych
Igor Kulikowski
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 109 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  wrzesień 2026
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-7564-748-8
28.00 zł
ISBN:
978-83-7564-753-2
15.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    I wtedy, mącąc palcami wodę w sadzaw­ce i mącąc obraz rybich grzbietów, poruszają­cych się leniwie pod jej powierzchnią, widzi go w tym kształcie, który pozostawiony w prze­szłości, wyłania się z niej niespodziewanie, od­bijając się w wodnym lustrze pod koronami drzew.
    Jesteśmy zrobieni z chmur – myśli. Chmury wypełniają nasze głowy, przypływają, odpływają i przypływają znowu, pozostawiając nas pośród pytań i bez jasnych odpowiedzi; z przeczuciami, które mogą okazać się prawdą, równie dobrze jak bzdurą – jednak same w so­bie muszą coś znaczyć, jeśli tworzymy nasz świat zgodnie z ich wolą, tak często odsuwając od siebie prawa naprawdę nim rządzące.
    Jesteś tutaj i nie wydarzysz się już nigdy więcej – myśli. – Jesteś czarujący i wesoły. Z pozoru niewinny, lecz naprawdę bardzo bystry i pełen figlarnych fantazji. Znajduję cię nad wo­dą tak zieloną, iż mam wrażenie, że jeśli zanu­rzysz w nią dłoń, zabarwi twoje palce niczym palce topielicy.
   Opowiadasz mi o łabędziach, opiekujących się jej ciałem, zaplątanym w wodorosty; o mlecznym i jedwabnym drzewie, które zoba­czysz na własne oczy, choć będzie to najdalsze możliwe do wyobrażenia miejsce, ale ty tak bardzo pragniesz słońca!
    Jesteś zrobiony z chmur i z błękitnych chalcedonów. Widzę, jak powoli odchylasz gru­be, zielone łodygi, aż napotkany przypad­kiem kielich zalewa cię purpurowym światłem.
    Z okienka na poddaszu, gdzie w cieniu znajduję ukojenie, podglądam twoją nagość wśród kosaćców i albinotycznych pawi o ażu­rowych ogonach, pod gałązkami ginkgo biloba, i nieświadomie gładząc dłońmi szorstką skórę fotela, myślę z zazdrością, że nikt lepiej od cie­bie nie potrafi istnieć w samym środku życia, a przy tym tak, jakby to było zupełnie nic.
    Ja sama, cóż – odkąd zaistniałam w moim własnym kształcie, czuję, że przypadł mi w udziale los obserwatorki, nie uczestniczki – i dlatego kłócenie się z nim jest tak nerwowe i przypomina raczej kiepskie aktorstwo niż spon­taniczne poddawanie się nurtom życia.
   Widzisz, tamtej nocy byłam przerysowaną, rozchichotaną kokietką o czerwonych ustach i przydymionym oku, zamieszkującą burgundo­we buduary – jednak w lustrze nad ranem zo­baczyłam tylko aktorkę lub kogoś, kto jest w stanie zaistnieć w środku życia jedynie w prze­braniu.
   Ale mówili mi – masz charyzmę, masz świa­tło – gdy ja czułam się jak najbardziej pusta rzecz na świecie. Traciłam głos i byłam jak wczorajsze gazety, jak natrętne listy miłosne, przychodzące za późno, zagubione w skrzyn­kach, kiedy nic już nie znaczą.
    Niczego o tym nie wiesz – nie zapiszemy się w historii ludzkości i nie zajmiemy więcej niż jeden rozdział w naszych własnych książ­kach, a jednak tamtymi nocami grałam wspa­niale i staliśmy się duchami!
    Byliśmy duchami dla dwójki dzieci w ogrodzie, ukrywających się pośród drapieżnych róż, porastających wszystkie zakamarki, wszystkie schowane w kolczastej zieleni scho­dy, prowadzące do tych sekretnych miejsc, gdzie pod białymi parasolami datur, pośród wi­norośli i powoju, miały swój zalążek najdaw­niejsze ze snów.
   Byliśmy duchami dla miast i domów, dla sło­necznych ulic o brzegach znaczonych starymi lipami i dla kwiatów przerastających furty i ogrodzenia. Widziały nas oczy ozdobnych ka­mienic, zielonych papug i przelotnych jaskółek. Widziały wieczorne jesienne porty, pełne śpią­cych okrętów; okna i latarnie.
   W ułamkach chwil objawialiśmy się czę­ściom świata, by już za moment z nich zniknąć – podobnie jak nam samym objawiły się duchy drogich nam najukochańszych – w kuchni, w pokojach, w ogrodzie i pod drzewami – a po­tem rozwiewały się na wietrze jeden po dru­gim, rok za rokiem. W końcu w domu i pod drzewami nie było już nikogo, a duchy egzo­tycznych ptaków z ptaszarni pozostawiły po sobie jedynie pióra, które dziś zdobią mój sa­lon.
    Zamknięci w tamtej nocy, niczym owady w żywicznej pułapce bursztynu, jesteśmy du­chami także i dla nas obecnych – dla nas, któ­rych istnienia nie można było sobie przecież nawet wymyślić, i którzy jesteśmy przeszłością dla tych, jakimi być może zdążymy się jeszcze wydarzyć.
    Ach, dosyć!
    Tyle snów nam ucieka, wietrzeje – dlacze­go więc nie mielibyśmy być snami? Rozpięci pomiędzy naszymi dniami chwały, dniami przed wielką zimą – a tymi, w których utraci­my kształt – kto nas ujrzy w przelocie, po­świadczy o naszym istnieniu? Tylu martwych ludzi wciąż jeszcze włóczy się po miedzianych płytkach dagerotypów i po papierze fotogra­ficznym!
    Po co konstruować światy, uczyć się na­wigować w nich, rozumieć i porozumiewać, gdy wszystko, co sobie mówimy, co do siebie piszemy w tej oto chwili, w kolejnej staje się już tylko dowodem na to, że byliśmy? Czy mo­że mieć dla nas znaczenie, kto i kiedy go odczy­ta; co z nim zrobi?
    Gdzie zapisują się kształty świata – na kliszach, w książkach, w lustrach sadzawek? Czy zdołamy je ocalić, skoro mówią, że jedy­ne, co możemy uczynić, to pamiętać je i opłaki­wać? I co zrobić ma obserwatorka, ob­serwująca własne swe wygaszanie – twoje i swoje sny o końcach światów?
    Mąci palcami wodę w sadzawce, odwraca głowę i chwytając jego spojrzenie pod dachem z liści, myśli – wiem, skąd przychodzisz, du­chu!
© 2004-2025 by My Book
×