[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Elvis. Król (w) Hollywood 1956-1962
Elvis. Król (w) Hollywood 1956-1962
Mariusz Ogiegło
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 594 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  wrzesień 2026
Kategoria: biografie i wspomnienia
ISBN:
978-83-7564-747-1
86.00 zł
ISBN:
978-83-7564-752-5
50.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
   Świat filmu fascynował ludzi od zawsze. Zachwycał od dnia, w którym dzięki urządzeniu zwanemu kinetoskopem widzowie mogli zobaczyć pierwsze ruchome obrazki nakręcone przy użyciu kinetografu – pierwszej kamery filmowej, stworzonej według pomysłu brytyjsko-amerykańskiego wynalazcy Williama Kennedy’ego Dicksona i opatentowanej w 1891 roku przez Thomasa Edisona.
   Wraz z rozwojem technologii – szczególnie w pierwszych dekadach XX wieku – amerykańskie kino rozwijało się w dynamiczny i gwałtowny sposób. Zaczęły powstawać pierwsze duże wytwórnie filmowe, takie jak Fox (późniejszy 20th Century Fox), Warner Bros, RKO, Paramount Pictures czy Loew’s Incorporated (późniejszy Metro-Goldwyn-Mayer), które skupiały wokół siebie wybitnych aktorów i producentów, a na ekranach zaczął gościć coraz bardziej zróżnicowany repertuar (głównie proste komedie i melodramaty). W tamtych czasach wierzyliśmy, że kamera widzi duszę, stwierdziła kiedyś Lillian Gish, gwiazda epoki kina niemego, którą Amerykański Instytut Filmowy umieścił w 1999 roku na siedemnastym miejscu zestawienia Największych aktorek wszech czasów. Z kolei reżyser D.W. Griffith dodał: Zrozumiałem, że kamera może opowiedzieć historię lepiej niż tysiąc słów.
   Amerykanie szybko dali się oczarować magii kina. Pierwsze, początkowo proste, pozbawione dźwięku i nietrwające więcej niż kilka minut produkcje, które z czasem zaczęły zamieniać się w bardziej rozbudowane i wyrafinowane dzieła, pozwalały im oderwać się od szarej i często niełatwej codzienności. Przenosiły widza do innego, lepszego świata. Kino to fabryka snów, a ja chcę, by nasze filmy trwały dłużej niż dwie godziny, deklarował legendarny producent MGM, Irving Thalberg.
   I nawet jeśli producent Samuel Goldwyn twierdził, że Jeśli masz wiadomość do przekazania, wyślij telegram. Film ma bawić, to z czasem kręcone w Hollywood produkcje zaczęły poruszać również coraz bardziej istotne, trudne, a nierzadko też bardzo niewygodne tematy. Ich twórcy coraz odważniej komentowali bowiem na ekranie zarówno bieżące wydarzenia polityczne, jak i społeczne. Charlie Chaplin kpił z Adolfa Hitlera w satyrze „Dyktator” z 1940 roku, reżyser Frank Capra, który w jednym z wywiadów stwierdził, że Film powinien sprawić, że widz uwierzy w człowieka, ukazywał wszechobecną korupcję i przemoc w amerykańskim Senacie w nakręconym rok wcześniej obrazie „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu”, a David O. Selznick promował poglądy konfederatów na wojnę secesyjną oraz emancypację Afroamerykanów w obsypanym Oscarami „Przeminęło z wiatrem”.
   Postępowi technologicznemu towarzyszyło pojawianie się coraz to nowszych gatunków filmowych. Od komedii, dramatów, kina wojennego poprzez filmy akcji (lata czterdzieste zdominowała estetyka kina noir) i westerny aż po melodramaty i musicale.
   Amerykańskie kino od początku swojego istnienia kładło też olbrzymi nacisk na promocję występujących w filmach aktorów, którzy z czasem dzięki swojej popularności i rozpoznawalności stawali się prawdziwymi, uwielbianymi przez tłumy gwiazdami. Nazwiska takie jak Charlie Chaplin, Rudolf Valentino, Mary Pickford czy późniejsi John Wayne, Rita Hayworth, Humphrey Bogart czy Clark Gable na stałe wpisały się w historię zarówno amerykańskiej, jak i światowej kinematografii i do dzisiaj budzą szacunek wśród widzów.
   Nic więc dziwnego, że o życiu i pracy w cieniu ikonograficznego dzisiaj napisu Hollywood, wzniesionego w lipcu 1923 roku na wzgórzach Los Angeles, marzył wówczas niemal każdy. Także Elvis Presley, który w jednym z wywiadów stwierdził wprost: Całe swoje życie chciałem być aktorem. I chociaż nigdy nie występowałem nawet w szkolnych przedstawieniach, to w głębi duszy wierzyłem, że pewnego dnia dostanę szansę zagrania w filmie.
   Przyszły gwiazdor rock’n’rolla, który w połowie lat pięćdziesiątych nie tylko trwale odmienił oblicze światowej muzyki rozrywkowej, ale zapoczątkował również niespotykaną w tamtych czasach społeczno-kulturową rewolucję, od najmłodszych lat marzył, by iść w ślady swoich wielkich ekranowych idoli – Tony’ego Curtisa, Marlona Brando i Jamesa Deana. Chcę pojechać do Hollywood i zostać następnym Jamesem Deanem, miał nawet stwierdzić w rozmowie z prasą.
   Chciał, tak jak oni, występować przed kamerą i wcielać się na ekranie w postaci, które na długie lata zapadną w pamięć widzów.
   Szansę na spełnienie swoich marzeń Presley otrzymał latem 1956 roku, kiedy zaproponowano mu udział w westernie „Love Me Tender”. W tamtym czasie panowało przekonanie, że kręcenie filmów jest logicznym kolejnym krokiem w karierze wschodzącego artysty pop, pisał w swoim eseju „Dreamboats, boysbandy i inne niebezpieczeństwa show-biznesu: film i muzyka pop 1956–1968”, David Buckingham. Niewielu wtedy wierzyło, że rock’n’roll będzie czymś więcej niż tylko chwilową modą, a w przypadku takich artystów Stelle, Presley czy Richard, ich menedżerowie, chcieli zapewnić im przez to długowieczność – co często oznaczało też przyciągnięcie szerszej (i starszej) widowni.
   W swoim pierwszym filmie Elvis nie zagrał głównej roli, a krytycy nie zostawili na jego grze aktorskiej suchej nitki. Mimo to wpływy ze sprzedaży biletów oraz wydarzenia, które towarzyszyły premierze obrazu (więcej na ich temat piszę w kolejnym rozdziale), przeszły najśmielsze oczekiwania wszystkich i szybko przekonały producentów, że warto inwestować nie tylko w Presleya, ale także w wielu innych, podobnych mu młodych wokalistów.
   Oceniając dzisiaj, z perspektywy czasu, pierwsze ekranowe występy Elvisa Presleya można śmiało stwierdzić, że były one najlepszymi w całej jego filmografii, a legendarny piosenkarz nigdy później nie zdołał już stworzyć tak wyrazistych i przekonujących kreacji, jak w nakręconym w 1957 roku „Jailhouse Rock” czy zrealizowanym rok później „King Creole”. Nigdy później też nie był bliżej spełnienia swojego wielkiego marzenia o pozostaniu poważnym aktorem…
© 2004-2025 by My Book
×