Drzwi były otwarte, więc weszła. Trochę niepewnie przestąpiła próg do chłodnego i nieco mrocznego korytarza. Taksówkarz wniósł za nią bagaże, za co mu serdecznie podziękowała zielonkawym banknotem. Obejrzała się jeszcze za odjeżdżającą taksówką i lekki dreszcz przemknął jej po plecach. Stało się! Nie ma odwrotu! Przyjechała! Teraz musi zrobić następny krok, otworzyć jedne z tych otaczających ją zewsząd drzwi. Wybrała te naprzeciwko wejścia – drzwi do dawnego salonu, gdzie niegdyś toczyło się życie rodzinne w tym domu. A tam uderzyła ją słoneczna jasność i tak dobrze znany jej zapach lilii, który wpadał do pokoju przez otwarte okno. Podeszła więc bliżej, by spojrzeć na ogród, ale nikogo tam nie zauważyła. Usiadła więc na chwilę w bujanym fotelu, stojącym tuż obok stolika, na którym leżała otwarta książka i stała filiżanka z niedopitą kawą. Musi gdzieś tu być – pomyślała – i na pewno zaraz przyjdzie. Aby skrócić sobie czas oczekiwania, wzięła do ręki książkę i zaczęła ją kartkować. Była to jakaś powieść, ale styl wydawał jej się dziwnie znajomy. Spojrzała więc na okładkę i prawie krzyknęła z wrażenia, przeczytawszy tytuł i nazwisko autora. A kiedy przeczytała dedykację na pierwszej stronie: Najukochańszej Ance i naszej córce Hani z wyrazami nieustającej Miłości – półgłosem wymamrotała:
– A więc ona cały czas miała z nim kontakt i dobrze wiedziała, gdzie on jest!
W tym momencie ktoś położył jej rękę na ramieniu i pewnym głosem powiedział:
– Mylisz się, siostro!
Przerażona odwróciła głowę i spojrzała w twarz smukłej kobiety w czerni, nie mogąc przy tym oprzeć się wrażeniu, że patrzy w lustro, w którym widzi swe własne odbicie, tylko z nieco inną fryzurą. A Anna spokojnie podała jej drugi egzemplarz tej samej książki, mówiąc:
– A to dla ciebie. Przeczytaj dedykację!
Dedykacja była identyczna, tyle że przeznaczona dla niej: Najukochańszej Hance i naszej córce Ani z wyrazami nieustającej Miłości – Remi.
– Skąd masz te książki?! – zapytała siostrę wzburzonym głosem, lecz zamiast odpowiedzi usłyszała:
– Spóźniłaś się! Pogrzeb mamy był wczoraj.
– Tak, wiem! – nieco łagodniej i prawie przepraszająco odpowiedziała Hanna. – Niełatwo tu dolecieć z drugiego końca świata. A w dodatku na jednym z lotnisk był strajk!
– Nie trzeba było uciekać aż tak daleko! Widzisz? Ja tu zostałam. I całkiem dobrze mi się tu żyje. A przede wszystkim spełniłam swój obowiązek wobec rodziców. Opiekowałam się najpierw ojcem, a potem mamą – do samego końca! A teraz mogę pomyśleć o sobie! A ty? Wykpiłaś się z wszystkiego!
Hanna była zbyt wyczerpana podróżą, by wdawać się w tę dyskusję. Poprosiła więc tylko o mocną kawę i zapytała siostrę, czy może ją zawieźć na cmentarz. Było jeszcze dość wczesne popołudnie, więc gdyby się teraz położyła, żeby trochę odpocząć, i tak by nie zasnęła. Chciała więc przynajmniej wizytę na cmentarzu mieć już za sobą, bo nie zamierzała zostawać tu długo. I tak ten przyjazd ją sporo kosztował, ale nie chciała jeszcze raz postąpić tak, jak przy śmierci ojca. Choć właściwie kiedyś, gdy była jeszcze nastolatką, czuła się bardziej związana z ojcem niż z matką. Ale potem to właśnie jego słowa spowodowały, że opuściła dom rodzinny – i to na zawsze. A po skończeniu studiów medycznych wyjechała za granicę, w dodatku z małą córeczką, czego rodzice nie mogli darować jej do końca swoich dni, bo nigdy nie poznali swojej wnuczki.
Siostra zaś po urodzeniu dziecka przerwała studia, wróciła do domu i zatrudniła się w miejscowym szpitalu jako pielęgniarka. Sprawiła rodzicom tym spory zawód, bo oboje – podobnie jak dziadkowie – byli lekarzami i oczekiwali tego samego również od swoich córek. One zaś, choć – jak na bliźniaczki przystało – były do siebie podobne jak dwie krople wody, to charakterem różniły się bardzo. Ojciec zwykł mawiać, że nie można być chyba bardziej do siebie podobnym niż jego córki, a jednocześnie bardziej się różnić niż one. Były więc jak ogień i woda, ale zupełnie im to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie, już bardzo wcześnie zrozumiały, że mogą się wspaniale uzupełniać, stanowiąc w ten sposób niemalże jedną osobę.
A kiedy w szóstej klasie pojawił się nowy uczeń o niecodziennym imieniu Remigiusz – blondyn o gęstej czuprynie i jasnych jak woda źródlana oczach – obie natychmiast się w nim zakochały i nic dziwnego, że swoim dziewczęcym sprytem spowodowały, że chłopiec usiadł w tej samej ławce między jedną a drugą. I tak rozpoczęła się ta niezwykła historia Symetrii Trójkąta, jak tę nierozłączną trójkę nazwał kiedyś nauczyciel na lekcji geometrii. Chcąc wytłumaczyć klasie, na czym polega symetria trójkąta, wezwał do tablicy całą trójkę i poprosił, by Remi wyciągnął przed siebie ramiona tak, aby lewą ręką dotykał lewego ramienia Ani, a prawą prawego ramienia Hani. Dziewczynki zaś miały stanąć przodem do klasy – podobnie zresztą jak Remi – i połączyć swoje ramiona tak, aby powstała linia prosta między prawym ramieniem Ani i lewym ramieniem Hani. Kiedy polecenie zostało wykonane, nauczyciel omówił wszystkie szczegóły tej – jakże doskonałej – geometrycznej figury, jaką jest trójkąt równoramienny.
Całej klasie ta wizualizacja bardzo się podobała, nic więc dziwnego, że odtąd tę niezwykłą trójkę postrzegano jako niepodzielną trójjednię. A i oni sami również tak się postrzegali. Na każdym z ich zeszytów oprócz imienia i nazwiska figurował równoramienny trójkąt, którego górny wierzchołek opatrzony był literą „R”, a jego wierzchołki podstawy literami „H” i „A”. I dokładnie taki trójkąt figurował na okładce książki, z tym że pośrodku wpisanego w trójkąt koła widniał symbol nieskończoności na złotym tle.
Hanna nie śmiała jeszcze raz zapytać siostry, jak weszła w posiadanie tej tajemniczej książki, i to w dodatku w dwóch egzemplarzach z jednakowymi dedykacjami. Wolała zaczekać, aż Anna sama będzie gotowa jej to powiedzieć. Teraz trzeba było zająć się przygotowaniem wiązanki z ulubionych lilii mamy na jej grób. Poszły więc do ogrodu, by z wielkiego klombu po jego środku wybrać kilka okazałych kwiatów. Nie były pewne co do kolorów. Anna proponowała białe, bo te jej zdaniem najbardziej odpowiadają potrzebie chwili. Hanna natomiast przypomniała sobie, że matka najbardziej lubiła ciemnobordowe i żółte. Uwagę siostry, że to chyba nie wypada na grób, zignorowała. I zanim Anna się zorientowała, ścięła jedną bordową i dwie żółte. Lilie były wielokwiatowe, powstała więc pokaźna wiązanka. Do niej dodała nieco bluszczu oraz kilka gałązek kwitnącego różowo oregano. Anna z dezaprobatą pokręciła głową, ale już nic nie powiedziała. W duchu pomyślała jednak: To się raczej nadaje na bukiet imieninowy, a nie na wiązankę na grób matki. Ale cóż! Może tam w tym dalekim świecie ludzie zapomnieli już, co wypada, a co nie! Hanna natomiast zdawała się bardzo zadowolona ze swojej nieco ekstrawaganckiej kompozycji kwiatowej. Tak więc obie kobiety – jedna w czerni, a druga w jasnej letniej sukience – udały się w kierunku garażu.