[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Legendy słońca
Legendy słońca
Kristian Aboner
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 430 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  kwiecień 2022
Kategoria: opowiadania
ISBN:
978-83-7564-662-7
53.00 zł
ISBN:
978-83-7564-664-1
10.00 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
Saga (fragment opowiadania)

   Im głębiej zapuszczali się w czeluść bezkresów leśnych, tym bardziej uświadamiali sobie przepaść dzielącą Cesarstwo Bizantyjskie od królestw, jakie powstały na gruzach bliźniaczego imperium obejmującego niegdyś zachodnie krainy Europy. Co prawda Longobardowie i Ostrogoci odeszli w zapomnienie, podobnie jak państwo Awarów, ale nie mogło to w żaden sposób wyrównać straty, jaka wynikła z upadku dawnej kultury i administracji. Płomień oświecający antyczny świat zgasł w tych stronach, pogrążając starożytne dziedzictwo w odmętach ciemności. Widziane u barbarzyńców symbole rzymskiej potęgi wzbudzały w Bizantyjczykach melancholię za okresem, który z perspektywy kilku wieków jawił się im jako czas obfitości i postępu.
   Trudy podróży, odmienność obyczajów i języka, a także coraz niższy poziom cywilizacyjny widoczny i towarzyszący im od opuszczenia granic państwa rządzonego przez Nicefora I4, nie mówiąc o ciągłej obawie o własne bezpieczeństwo, sprawiły, że podróżnicy stali się małomówni. Także pora na podróż była niestosowna. Jesień była wyjątkowo brzydka i wilgotna, a każdy kolejny dzień potęgował porywiste, zimne podmuchy wiatru. Minęli wiele opuszczonych miast zamienionych w ruiny.
   
   Trzech Greków i bułgarski przewodnik kierowali się w stronę Padwy do księcia, który miał zamiar wydać swą córkę za człowieka pochodzącego ze starożytnego rodu. Traf chciał, że upatrzył sobie młodzieńca w Konstantynopolu. Przedstawiciele rodzin porozumieli się bezzwłocznie, nie pytając o zdanie przyszłej panny młodej ani młodego Greka. Podróżni pędzili na łeb na szyję, choć jednemu z nich nie paliło się wcale do ślubu.
   
   Dzień wcześniej doszło do utarczki z wygłodniałą sforą wilków, które próbowały oddzielić jednego konia od grupy. Podczas spontanicznej ucieczki trzech Bizantyjczyków i ich przewodnik zapędziło się w nieznane, zboczyło ze szlaku, tracąc kontakt z eskortą przysłaną przez księcia. Jadąc przez niemający końca las od kilku już dni nie napotkali żywego ducha. Jedynie ślady wilków i niedźwiedzi towarzyszyły im w tej samotnej wędrówce. Na domiar złego w nocy spadł pierwszy śnieg, który stopniał nad ranem, pozostawiając rozległe błotniste jeziora.
   Nikłą nadzieję stanowiło dla nich słońce. Na listopadowym niebie okrytym zasłoną z chmur było coraz więcej prześwitów, powietrze stało się rześkie, a mgła zbudzona o brzasku zaczynała rzednąć.
   – Dobry Boże, gdzie my jesteśmy? – wycedził przez zęby młody Grek o imieniu Hektor. Jego skarga doszła do uszu jadącego przy nim opiekuna, który uśmiechnął się dość nienaturalnie. Zwano go Borys.
   – O to samo chciałem zapytać, bo mnie się zdaje, żeśmy zabłądzili, i to na dobre – odrzekł i zaśmiał się przeciągle.
   Czerwony nos Bizantyjczyka, wąskie i czerwone usta kontrastujące z długą brodą wraz z małymi oczami czyniły z tego człowieka groteskową w istocie postać. Nadmierna tusza ukryta w dwumetrowym wzroście dodawała mu pewności, a chropowaty głos pasował bardzo do roli dowódcy. Niepielęgnowana broda przypominała teraz rybacką sieć porzuconą na stertę odpadów. Potrafił mówić sprzeczności i śmiać się w najmniej spodziewanym momencie, oszukiwać w grze w szachy, a jego zjawienie się przynosiło zapowiedź nadziei na dobrą zabawę. Podchodził pod pięćdziesiątkę i trzymał się, jak na powierzone mu obowiązki, bardzo dobrze.
   Spojrzał na niebo i zwrócił się do jadącego obok młodzieńca:
   – Na szczęście mamy sprzymierzeńca, Hektorze.
   I wskazał palcem na snopy światła padające po lewej stronie.
   Młody Grek z obojętnością spojrzał we wskazanym kierunku, lecz pomimo kilku prześwitów, przez które słoneczne promienie spadały smugami na zaciemniony las, nie zauważył nic szczególnego.
   – Słońce! – Borys krzyknął na wiwat, a jadący za nimi Bułgar, próbując przekrzyczeć stukot wydawany przez końskie kopyta, wtrącił uwagę:
   – Obawiam się, że w tej krainie nie należy pokładać w nim nadziei.
   Czwarty z jeźdźców, stary i poczciwy Elizeusz, nie miał szansy na dosłyszenie tego, o czym mówili. Nie miał nawet możliwości włączyć się do rozmowy, bowiem kilkanaście lat temu został pojmany przez Turków. W niewoli stracił język, ale zachował życie, gdy oddział dowodzony przez ojca Hektora odbił z rąk niewiernych grupę jeńców. Od tamtej pory nie opuszczał ani na krok rodziny swego dobrodzieja, służąc jej z niezwykłą wiernością i upatrując w osobie Hektora człowieka godnego tronu.
   W pewnym momencie na przemykającą grupę wędrowców natarł tak silny wiatr, że konie same wybrały kierunek galopu. Zaczęli przedzierać się przez pole, by zejść niespodziewanie na dno głębokiego parowu, skąd prowadziła droga na dziki i ponury gościniec.
   Cicha i mroźna przestrzeń porwała ich, uwiodła swoją ponętną tajemniczością, wlewając w serca przemożną chęć poddania się temu potężnemu prądowi i ujrzenia miejsc, jakich człowiek jeszcze nie widział. Dziewicze krajobrazy wydawały się uśpione pierwszym oddechem zimy, a skromna biel młodego śniegu przypominała miejscami puszysty dywan z bielutkich piór. Błotne kałuże i leżące liście zacierały wspomnienia letniego słońca. Świadomość, że zeszli ze szlaku tylko nieznacznie, drażniła zmysły, bowiem las w ogłuszającej cichości nakazywał uznać potęgę natury.
   Hektor jako jedyny nie martwił się o odnalezienie drogi. Było mu to obojętne. Wciąż nosił żałobę po zmarłej przed rokiem narzeczonej, a myśl o bezcelowości życia nie opuszczała go niczym cień. Jego Eleonora odeszła do otchłani, a wraz z nią wszystkie wschody słońca. Nie dbał o to, co stanie się z nim, czy dojedzie do Padwy. Żarty Borysa, z którym był spokrewniony, nie śmieszyły go, zawsze natomiast drażniły. Toteż cieszył się w duchu, że mimo trudów podróży nie musi ich słuchać.
   Para wydobywająca się z końskich pysków świadczyła o skrajnym wyczerpaniu tych dzielnych zwierząt i o mrozie.
   Kiedy wjechali w obszar nienaturalnie wygiętych drzew, Hektor jakby ocknął się z melancholii i zaczął uważnie przyglądać się mijanym krajobrazom. W tym, co zobaczyli, dojrzeli zamiar, celowość…
   W większości drzewa pozbawione były nie tylko liści, ale i kory. Co jakiś czas dostrzegali na nagich gałęziach niezrozumiałe nacięcia, stanowiące z pewnością znaki ostrzegawcze. I wszyscy łącznie ze starym Elizeuszem zobaczyli zawieszoną na jednej z gałęzi czaszkę niedźwiedzia.
   Bułgar zakreślił ręką znak krzyża i nim splunął na ziemię, powiedział:
   – Pogański znak.
   Inni zrobili to samo i czym prędzej popędzili konie.
   Gościniec powoli skręcał i opadał łagodnym łukiem ku dolinie zakrytej przez mgłę. Głucha cisza, zbezczeszczona odgłosem końskich kopyt, odbijała się echem po umysłach przybyszów z południa, siejąc niepokój.
   Słońce pochyliło się bardzo w swojej wędrówce przez niebiosa, gdy jadący na szpicy Bułgar krzyknął, że widzi nad lasem dym. Za chwilę ujrzeli cienką kreskę wznoszącą się ponad wierzchołkami drzew. Za kilkadziesiąt metrów zaczął wyłaniać się budynek pochodzący z czasów rzymskich. Otoczony drzewami, był teraz jedynym śladem ludzkiej obecności, podobnie jak gęsty dym umykający przez komin. Elizeusz zdjął z głowy kaptur i z lękiem zaczął przyglądać się drzewom, które wyrastały z ponurego domostwa. Pierwszy raz widział coś takiego.
   Willa została przebudowana dawno temu. Dobudowano dwa piętra, nałożono nowy, spadzisty dach, a okna na parterze zamurowano jeszcze w czasach barbarzyńcy Attyli. Okna na wyższych piętrach okratowano. Stojący obok budynek gospodarczy zawalił się doszczętnie kilka wieków temu, a z jego wnętrza wyrastało drzewo otaczające gałęziami przydrożny zajazd. Konary były grube i nienaturalnie poskręcane, a obdarta kora przypominała barwą kość słoniową. Przy pełni księżyca gałęzie nachodzące wschodnią ścianę musiały rzucać upiorny cień i budzić niepokój nawet u najodważniejszych.
   Borys zsiadł z konia i ignorując sprzeciw starca, wyrażony kiwaniem głową, podszedł do drzwi. Dopiero stąpając na ziemi zdał sobie sprawę, jak bardzo był znużony. Uniósł zardzewiałą kołatkę i uderzył nią kilkakrotnie w metalowe obicie. Dźwięk drażniący uszy zostawił ślad w postaci niemiłego wrażenia. Nikt jednak nie dawał znaku życia z wnętrza. Chcąc przeciąć złowrogą ciszę, bizantyjski rycerz zwrócił się do pozostałych:
   – Może Andronik z Diogenesem i resztą ludzi z naszego oddziału już tam są?
   Elizeusz zaprzeczył ruchem głowy, a przewodnik na próżno szukał w pamięci drogi do tego zajazdu, który zaczął wydawać mu się znajomy. Coś jakby mgliste wspomnienie zapomnianej legendy szarpnęło jego umysłem, skierowało wzrok w przeszłość ogarniętą mrokiem.
   Do zachodu słońca pozostawały niespełna dwie godziny, mróz stawał się coraz silniejszy, a przed czterema podróżnikami stanęło widmo dalszej podróży. Musieli dokonać wyboru.
   Hektor poprawił sobie chustę wokół szyi i poklepując konia, rzekł jakby do siebie:
   – Do zapadnięcia zmroku mamy półtorej godziny. Jeżeli wyruszymy natychmiast…
   – Ale beze mnie. Ja już nie dam rady – przerwał mu rozzłoszczony Borys. Chęć dostania się do środka za wszelką cenę, do zdobycia ciepłego miejsca opanowała jego umysł. Nic nie mogło go odwieść od tego zamiaru. Już chciał podnieść kołatkę, gdy niespodziewanie wychyliła się z otwartego okna głowa staruchy.
   Nie wzbudzała niczego więcej oprócz wstrętu. Przeorana bruzdami twarz, krzywy, krostowaty nos i biała jak śnieg cera budziły wątpliwości, czy była to żywa kobieta, czy też odziany w rozsypujące się ciało szkielet. Długie, siwe włosy opadały w nieładzie. Blizny na policzkach oszpecały oblicze, wzbudzając odrazę. Lecz najbardziej odrażające były oczy patrzącej na nich kobiety. Rozwodnione, płonące nieokreślonym blaskiem, jakby fosforem, przenikały ich umysł, stawały w sprzeciwie do łagodnego błękitu nieba, zdradzając nienasyconą lubieżność. Otworzyła usta, ukazując kilka zębów i czarny język, ale żaden dźwięk z nich nie wyszedł. Dopiero po chwili spytała, z trudem ukrywając wrogość:
   – Czego? Coście za jedni?
   Bułgar wyjaśnił, kim byli, a kobieta pokiwała melancholijnie głową, jakby rozumiejąc sytuację, w której się znaleźli. Zza jej postaci dochodził dźwięk niespotykanej muzyki, zapomniana melodia przypominająca odgłos wód wodospadu, budząca tęsknotę. Jednak nadzieja na ciepłą strawę prysła, gdy stara powiedziała zachrypniętym głosem:
   – Córka ma komplet. Nie mamy wolnych kwater. Musicie odjechać.
   – Możemy spać przy palenisku – rzekł Borys, odkrywając służalczość własnej natury. Straszydło złośliwie spytało:
   – A w chlewie ze świniakami?
   Zimno wymusiło na nim odpowiedź:
   – Też.
   – A z nieboszczykami? – stara zaśmiała się nienaturalnie silnie, głośno. Było to dziwne w porównaniu z jej wątłą sylwetką. Śmiech odbijał się po okolicy jak echo w górach, przywodził na myśl ryk prehistorycznej bestii, która zastawiwszy pułapkę na roślinożercę, upaja się jego strachem.
   I zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, zamknęła okiennicę raz na zawsze.
   Dopiero po chwili zdali sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znaleźli. Zimne podmuchy działały na nich przygnębiająco, wysysały żywotne siły, poruszały resztkami liści rosnących na gałęziach wzbudzając tęsknotę za ciepłem południowego słońca. Przez następne kilkanaście minut podróżni bezskutecznie usiłowali nawiązać ponowny kontakt ze starą kobietą. Wymarzli na kość.
   Wtedy Borys sięgnął po topór, a Bułgar podszedł do drzwi, położył na nich dłoń i odwróciwszy twarz do towarzyszy, rzekł:
   – Dębowe. Kute… Ciężko będzie rąbać.
   Zaraz zrobił miejsce Borysowi, który wzniósł topór do góry. Wtedy odsunęła się zasuwa w drzwiach i najbliżej stojący dostrzegł parę cudnych, niezwykle pięknych oczu. Usłyszał pytanie.
   – Jest was tylko czterech?
   Promienie słońca padały akurat na długi prostokąt, za którym skrywała się kobieca postać.
   – Jak widzisz – cierpliwość uzbrojonego Greka była wyczerpana prawie w całości, ale powstrzymał się od zadania ciosu. Bułgar natomiast wyręczył marznących i powiedział:
   – Wejdziemy nawet bez zaproszenia, ale jak cię wtedy dopadniemy, będziesz darła się tak, że w Sofii usłyszą. Otwieraj po dobroci.
   Kobieta zamknęła na moment powieki i zaraz je otworzyła.
   – Mamy miejsce jedynie w stajni albo przy palenisku.
   – Otwieraj! – krzyknął groźnie Borys.
   Przez moment ważyła jego słowa.
   – A krzywdy nam nie zrobicie?
   Po wymuszonej przysiędze na Mękę Chrystusa zgrzytnęły zasuwy i drzwi zostały otwarte. Borys wszedł do środka jako pierwszy i chwytając kobietę za włosy, zaczął iść z nią ku palenisku.
   – Czemuś nie chciała nas wpuścić? Boisz się nas?
   Buta na twarzy kobiety i obojętność widoczna w pięknych, błękitnych oczach podważyły ten zarzut w całości. Sala wypełniona była podróżnymi lub tutejszymi. Panował hałas, zaduch, na każdym stole paliły się świece. W obszernej izbie znajdowało się mnóstwo osób i nigdzie nie było wolnego miejsca. Smród, zapach zgnilizny i przepoconych ubrań zmieszane z dymem wtargnęły w ich nozdrza. Kobieta powiedziała z utajonym wyrzutem:
   – Myśmy myślały, że wy bandyci leśni. Wchodzicie tu dobrowolnie…
   Ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. W końcu zaprowadzono ich do wolnego stołu, jedynego, jak się wydawało. Bułgar z chłopakiem zaprowadził konie na tyły zajazdu i zaraz wrócił do Greków. Postawione wino i ciepłe, dopiero co odkrojone kęsy z okręcanego wciąż na rożnie świniaka dodały im impulsu życia. Borys i stary opiekun Hektora rzucili się do gry w szachy, która była pasją tych dwóch Greków. Bułgar natomiast ułożył się wygodnie na ławie przy ścianie i pomimo hałasu zasnął.
   Hektor przypatrywał się wnętrzu. Potężne marmurowe kolumny stały niewzruszenie od lat, a wzmocnione przez obciosane belki sklepienie dachu zdradzało pomysłowość architekta, który przebudował dom. Młody Grek odgadł, że widziane kolumny stanowiły przed setkami lat elewację sąsiadującą z ogrodem. Czas w tym miejscu jakby się zatrzymał. Na jednej ze ścian zachowały się rysy mozaiki, lecz ku niezadowoleniu Hektora, obraz jako kompozycja nie dał się odczytać. Blisko kominka zawieszony był sczerniały i zardzewiały pancerz rzymskiego piechura. Hełm ozdabiał wnękę po dawnym ołtarzu bóstw opiekuńczych. Ukryty w cieniu, przypominał głowę oderwaną od reszty ciała albo twarz Meduzy, owej mitycznej kobiety, której spojrzenie obracało ludzi w kamień. Po impluvium nie było śladu. Niektóre przedmioty zawieszone na ścianach – naszyjniki pochodzące z czterech stron świata, miecze, talerze z brązu, zwierciadła pozbawione odbić, czy elementy ubrań – były bardzo stare, a ich kolory dawno wyblakłe. Wszystko to wyglądało jak wystawa pogubionych albo ocalonych przed unicestwieniem rzeczy. Hektor nie mógł pozbyć się wrażenia, że widzi trofea zdobyte na podróżnych, którzy nocowali w tym zajeździe. Ze wszystkich tych przedmiotów, dotkniętych palcem czasu i zakurzonych, szczególnie jeden zwrócił jego uwagę. Patera zawieszona na jednej z kolumn miała niezwykłą wyrazistość. Wykonana ze złota, zdobiona rytym ornamentem, przedstawiała twarz kobiety. Pod nią paliła się świeca nadając temu tworowi rąk ludzkich mistyczną wartość, godną jedynie boskich dłoni.
   Kiedy rysy kobiety zaczęły przypominać mu pochowaną przed rokiem Eleonorę, poczuł się nieswojo i szybko odwrócił wzrok. Odwracając się, uderzył idącą gospodynię, która pod wpływem zderzenia upuściła pusty kubek. W tym samym niemal momencie schylili się ku leżącemu przedmiotowi. Odpięta na dekolcie koszula ukazała nagą pierś kobiety. Rzuciła mu lubieżny uśmiech, pełen wyuzdania i dzikiej, nieograniczonej niczym zmysłowości. Niebieskie oczy wzbudzały tęsknotę za morzem wolności, łagodziły na swój sposób, czarowały głębią swojego jestestwa i jednocześnie gnębiły, wysysały opór woli patrzącego nań człowieka. Czarne, gęste brwi podkreślały jej twarz, zasłoniętą w połowie siwymi włosami. Zdradzała pewne podobieństwo do staruchy widzianej w oknie, ale w przeciwieństwie do niej nie miała żadnych blizn na twarzy. Miała zawieszony na szyi medalion w kształcie słońca, całkowicie czarny i niespotykany raczej u wieśniaczek. Oblicze jej było bardzo piękne.
   Hektor dotknął palcami swój medalion. Był bardzo podobny, lecz w przeciwieństwie do tamtego nie nosił śladów zniszczenia czasem. Świecił blaskiem słońca.
   – Sprzedaj – rzekła i dotknęła złotego okręgu.
   Zaprzeczył ruchem głowy. Wtedy poruszyła wargami:
   – Sam mi go oddasz.
   I jakby na złość, dodała:
   – Tamta brzydka, ja najpiękniejsza – rzekła z niezwykłą surowością, przemieszaną z zalotnością zakochanej dziewczyny.
   Grek jednak pozostał nieczuły na ten wyraz sądu skażonego pychą. Odwrócił się z niesmakiem, bowiem gdzieś we wnętrzu umysłu pojawiła się myśl, że nieznajoma mówi o jego zmarłej niedoszłej małżonce. Odraza, jaką poczuł do tego miejsca, wzbudziła w jego sercu gniew. Stanął przed kolumną, położył ręce na biodrach i zaczął uważniej przypatrywać się rysom wygrawerowanym na złotej paterze, słysząc głosy za swoimi plecami. Ogarnęła go złość, uczucie nienawiści.
   Gospodyni tymczasem podeszła do jednej ze ścian i wyjęła z wnęki napełniony dzban z winem, który następnie postawiła na stole dla nowych gości. Oczom gości zdało się, że zaszła zmiana w jej wyglądzie.
   Bułgar zbudzony przez szarawą mysz uciekającą przed czarnym kotem sięgnął po dzban, nie dbając o zachowanie grzeczności. Elizeusz przysnął znużony podróżą i grą w szachy. Borys natomiast zaczął wypytywać o drogę do miasta.
   – Do Padwy daleko?
   – Aż tak daleko jedziecie? – odpowiedziała mu pytaniem i czekając na odpowiedź, zaczęła przecierać szmatą blat dębowego stołu, przypatrując się uważnie figurom rozłożonym na szachownicy.
   – Ano, tak wypadło – rzekł bizantyjski rycerz i wlepił w nią głodny wzrok. Wtedy dopiero odpowiedziała na zadane wcześniej pytanie:
   – Nie więcej jak trzy godziny kłusem, półtorej galopem. Może krócej, jak ktoś zna skróty.
   – Zgubiliśmy drogę.
   – Zdarza się, szczególnie obcym – powiedziała, uśmiechając się chytrze.
   Borys westchnął, wspominając trudy podróży.
   – Bo my jutro mamy się zjawić na dziedzińcu miasta u księcia. Dobrze, że mieliśmy jeden dzień z zapasie. Zostaniemy tutaj na noc, starucho, w twoim pałacu. Potem odjedziemy.
   Oczy kobiety zapłonęły, a usta wymówiły dziwne zdanie:
   – Stąd się nie odjeżdża. W chlewie jest miejsce na nocleg.
   Bułgar uderzył pięścią w stół, w lewej dłoni ukazał sztylet i odciął się grubiańskim zwrotem wypowiedzianym w swej ojczystej mowie. Reszta wypowiedzi brzmiała.
   – Ja tam będę spał w pościeli… Z tobą!
   Aby nie wzbudzać niepotrzebnej wrogości, Bizantyjczyk zapytał o pozostałych towarzyszy drogi do nadmorskiego miasta.
   – A oddział kilkunastu jeźdźców nie zawitał tutaj wczoraj?
   Gospodyni zaprzeczyła ruchem głowy.
   Wtedy wyciągnęła rękę, wskazała palcem na figury szachowe i spytała, które należą do Borysa i czyj jest ruch.
   – Białe. Teraz ruch należy do starego, ale zmogły go trudy wędrówki przez wasze ziemie. Więc czekam… Od siedmiu lat nie przegrałem ani razu.
   Duma wypisana na jego twarzy dodała mu śmieszności.
   – Mogę? – stojąca przy nim kobieta wyraziła chęć gry. Kiwnął głową, lecz zanim do końca zrozumiał znaczenie swojego gestu, usłyszał.
   – Szach mat.
© 2004-2022 by My Book
×