--- (stron_glowna)
0 books
0.00 zł
polishenglish
Paper books and ebooks
SEARCH
author, title or ISBN
Categories
  • Novels
  • Short stories
  • Poetry & Drama
  • Biographies & Memoirs
  • Science & Technology
  • Languages
  • Reference
  • Economics, Business, Law
  • Humanities
  • Nonfiction
  • Children & Youth
  • Psychology & Medicine
  • Handbooks
  • Religion
  • Aphorisms
We accept payments by Visa, MasterCard, JCB, Dinners Club

We accept payments via PayPal
Wszystkie małe rzeczy
Wszystkie małe rzeczy
Igor Kulikowski
Publisher:My Book
Size, pages: A5 (148 x 210 mm), 98 pages
Book cover: soft
Publication date:  November 2009
Category: Short stories
ISBN:
978-83-7564-230-8
17.00 zł
ISBN:
978-83-7564-235-3
13.00 zł
FRAGMENT OF THE BOOK
    Nam, księżycowym dzieciom, nie pomogą najcięższe kotary, najszczelniej zasłonięte okna.
    On jest tam, w górze. Jego okrągła, srebrna twarz prześwietla nasze dusze na wylot. Wystarczy tylko o nim wiedzieć.
    On włada oceanami, na jego niemy znak ruszają przypływy i odpływy. Wody burzą się pod jego spojrzeniem.
    I my jesteśmy z wody. Woda mieszka w naszych ciałach i wnętrznościach. Posłuszni jego srebrzystemu blaskowi, patrzymy mu prosto w twarz szeroko otwartymi oczyma. Nie czujemy strachu – możemy najspokojniej w świecie spacerować po wąskich parapetach, wdrapywać się na dachy, przeskakiwać kominy, wspinać się na drzewa. Możemy przepłynąć wpław wielką rzekę albo paradować środkiem ulicy w samej bieliźnie.
    Nie mamy jednak wspomnień. Światło dnia płoszy je bezpowrotnie.
    Uczeni w białych fartuchach przypinają nam do głów dziwne blaszki i kable. Badają nasze sny, mierzą oddechy, sporządzają notatki pismem drobnym jak mak.
    To minie – mówią. – Wyrośniesz z tego, jak wyrasta się z ubrań.
    I tak się właśnie dzieje. Przemieniając się w dorosłych, tracimy wiarę w księżyc i zaczynamy wierzyć w zupełnie inne rzeczy.
    Ale nie wszyscy.
    Niektórzy z nas nigdy nie przestają z niepokojem spoglądać na nocne niebo. Skrzętnie odliczają czas zmian – nowie, kwadry i pełnie. A później z szeroko otwartymi, niewidzącymi oczyma odbywają swoje niezwykłe, nieodgadnione podróże.
    I dopiero wtedy mówi się o nich, że są chorzy.
    
    
    ***
    
    Biegnijmy wszyscy na wzgórze. Na wzgórze, przez pierwszą wiosenną trawę, pierwsze kwiaty. Morze dziś jest spokojne, nie grozi nam, nie każe zamykać się w domach. Przez błoto, przez kałuże, pod niebem, które otwiera się nad głowami. Wiatr przegonił sine chmury, biegnijmy wszyscy na wzgórze.
    Tam Sindre zabił swojego ptaka. To niebywałe, Sindre zabił swojego ptaka. Dlaczego to zrobił? Miał wypuścić go wolno, gdy naszą wyspę na krótko zaleje słońce. W taki piękny, szczęśliwy dzień słońca i spokojnego morza. W dzień zachodnich wiatrów, unoszących łagodnie skrzydła ku niebu.
    Dlaczego to zrobił?
    
    Teraz stoi na wzgórzu, w dłoni trzyma pustą klatkę i nawet nie płacze. Zobaczcie, wcale nie płacze. Patrzy tylko na nas. Może się boi, jest nas tu wielu, przybiegliśmy ze wszystkich domów, przez pierwsze wiosenne trawy, przez kałuże. Otaczamy go kołem pośrodku wzgórza.
    Sindre zabił swojego ptaka, skręcił mu kark własnymi rękami i teraz leży na trawie jak biedna, połamana kukiełka.
    Nigdzie już nie polecisz, ptaku. Nie posmakujesz zachodnich wiatrów, nie przefruniesz za daleką kreskę horyzontu.
    On patrzy prosto w nasze oczy, ale nie, nie ma w nim strachu. W nas jest go znacznie więcej, choć przecież przyszliśmy tu po to, aby go ukarać. Nie umiemy nazwać tego, co ma teraz w oczach.
    W sercu ma klatkę, to pewne.
    
    Trudno było razem przetrwać zimę, bardzo trudno. Twoje połamane skrzydła skazałyby cię na niechybną śmierć. Wyrwałem cię jej sprzed nosa. Nie dlatego, że tak trzeba, że to dobry uczynek uratować ptaka. Ale dlatego, że potrzebowałeś mnie. A ja byłem samotny i potrzebowałem ciebie. Sam nie dałbym rady być dobrym. A bycie dobrym jest bardzo przyjemne – zima nie tak mroźna, noc nie tak długa.
    I czeka się na wiosnę z nadzieją.
    Więc obwiążę ci złamane skrzydło, by prędzej się zrosło. Rozpalę ogień. Nakarmię namoczoną w mleku bułką, kawałkami dorsza. Będę chował cię przed zimnem w swojej kieszeni, pod kurtką, gdzie ciepło, gdzie bije moje ciepłe serce.
    I dłonie mam ciepłe, zobacz. Dobre dłonie, które tak długo czekały na ten dzień.
    Kiedy opuści nas zima, będziemy cieszyć się jasnym niebem i promieniami słońca muskającymi grzbiety fal. Wyniosę cię jak króla we wspaniałej klatce ze strychu, wyniosę na wzgórze i pokażę ci wiosenne niebo. Będziemy razem patrzeć na nie i marzyć.
    Wspaniale jest robić wszystko razem.
    
    W snach biegniemy przez wzgórze, ja i oni. Biegniemy ile sił w nogach, przez kwitnące trawy, przez błota i kałuże, aż do klifu.
    Niebo jest wysokie, a morze burzy się pod nami. Oni są wolni i szczęśliwi. Skaczą jeden za drugim ze skalnej półki, ale nie spadają w dół. Jeden za drugim.
    Machają w powietrzu rękami jak skrzydłami i krzyczą, i wznoszą się w górę, w górę.
    Tylko ja jeden zatrzymuję się, nie skaczę za nimi. Coś każe mi się zatrzymać. Każe mi uważać, nie pozwala się zapomnieć.
    Stoję sam na klifie i patrzę jak oni, szczęśliwi, odlatują, radośnie unoszą się ponad wodą.
    Stoję sam, bo zawsze byłem tym jedynym, który nie potrafił latać.
    
    
    Trudno było przetrwać wielką zimę, ale udało nam się. Mam dobre dłonie, które potrafią ratować życie, opiekować się i troszczyć. A ty masz skrzydła, których ja nigdy nie miałem. Póki jesteś obok, jestem szczęśliwy.
    Ale dlaczego z taką tęsknotą spoglądasz w niebo? Próbujesz dziobem wybić żerdki w swej pięknej klatce. Przynoszę ci nasiona traw, łamię kawałki sztokfisza. Nie chcesz jeść. Nie śpiewasz tak, jak twoi bracia, którzy o świcie nie pozwalają spać.
    A mnie boli myśl, że gdyby nie ja, śpiewałbyś i byłbyś kimś całkiem innym.
    
    Jestem dla ciebie klatką, wiem. Ale nie potrafię cię uwolnić, nie proś mnie o to. Umrę sam. Moje ręce wyschną i odpadną. Oczy wyblakną. Nocami będę skowyczeć jak zraniony wilk, ale za dnia nie powiem ani słowa.
    Pozwól mi być najlepszą, najbezpieczniejszą klatką, jaką można sobie wyobrazić. Oswoiłem cię, a teraz pragniesz mnie opuścić? Już nie pamiętasz o swych poturbowanych skrzydłach. O tym, jak kradłem z kuchni mleko i bułkę dla ciebie. Jak przemywałem ci oczy wywarem z rumianku.
    Musisz zwrócić mu wolność, brzęczą w uszach te słowa jak małe muchy. Inaczej twój ptak umrze.
    Teraz chcesz tylko powietrza, wiatru i nieba. Wybacz, wybacz mi, ale nie potrafię ci ich zwrócić.
    
    Przybiegliśmy na wzgórze, aby zobaczyć, co zrobiłeś, Sindre. Dziewczynki już podnoszą martwego ptaka z trawy, obwiązują kolorowymi wstążkami, wkładają do pudełka.
    Jakże złym chłopcem jesteś. Nikt z nas nie zrobiłby czegoś takiego, tak jak tu stoimy wszyscy – żaden z nas.
    Czy żałujesz, Sindre? Czy żałujesz tego, co zrobiłeś?
    
    Wyciągam szyję i czołem dotykam nieba. Wiosenny deszcz zrasza policzki. Wiatr zachodni, pomocnik waszych skrzydeł, głaszcze mnie po głowie. Jestem zupełnie sam, mimo że otaczają mnie inni.
    Nie. Nie żałuję.
© 2004-2011 by My Book