[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Rozwodniątko
Rozwodniątko
Aleksandra Mak
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 179 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  maj 2007
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-89770-83-7
22.50 zł
ISBN:
978-83-7564-060-1
11.50 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    Dwa dni później wjechaliśmy na Kasprowy Wierch, abym po raz pierwszy spróbowała zjechać z tej kultowej góry polskiego narciarstwa.
    Tatry spowite były białą mgłą, osadzającą się na wszystkim lodowatą skorupą. Wokół panowała cisza. Zsuwaliśmy się na nartach powolutku, mając widoczność na dwa metry do przodu. Stok był stromy, a śnieg twardy i zlodowaciały. Czasami obok nas przesuwały się ciemne sylwetki innych narciarzy, jak przerażające duchy gór. Trzęsłam się ze strachu i zimna. Przerażała mnie ta jazda w nieznane. Zaciskałam jednak z całych sił zęby i parłam do przodu.
    Cały zjazd zajął nam ponad cztery godziny. Kiedy dotarliśmy do domu wczasowego, nie zjadłam obiadu, tylko zasnęłam, i spałam aż do następnego ranka.
    Kolejny dzień przywitał nas słoneczną pogodą. Wjechaliśmy ponownie na Kasprowy Wierch. Dostanie się na tę górę stanowiło zawiły rytuał. Mama zaprzyjaźniła się z dyrektorem zakopiańskiego Orbisu. I od niego, po znajomości, kupowała miejscówki na wjazd. Nie wiem, w jaki sposób wchodzili w posiadanie tego rarytasu inni ludzie. W kasie umieszczonej przy dolnej stacji kolejki – najlogiczniejszym miejscu do kupowania – nigdy ich nie było. Jednak, jak to Polacy, wszyscy dawali sobie jakoś radę i wagoniki wjeżdżały na górę zawsze pełne. Niewątpliwie przyczyniali się do tego stojący przy autobusach i na prowadzących do wejścia stopniach cwaniacy, popularnie nazywani konikami, ofiarowujący bilety po horrendalnie wysokich cenach.
    Tuż przy wejściu kłębił się groźny tłum, uzbrojony w narty i kijki. Jeżeli ktoś chciał się wepchać bez kolejki, nie raz musiał umykać nie tylko przed ciężkimi słowami, ale też przed razami krewkich narciarzy. Kiedy już się przedarło przez kontrolę bileterów, należało się tak ustawić, aby w wagoniku zająć miejsce przy oknie, inaczej stało się na środku podłogi, smętnie wpatrując się w plecy współtowarzyszy. Dzięki zastosowaniu odpowiedniej strategii, można było podziwiać najpiękniejsze widoki świata i paść wyobraźnię wsłuchując się w opowieści obsługi: albo o naszym wybitnym skoczku narciarskim z okresu II wojny światowej, który na nartach skoczył z wagonika w przepaść, gładko wylądował i dzięki temu uchronił się przed aresztowaniem przez hitlerowców; albo o schronisku, które stało o tam, w widocznym prześwicie pomiędzy drzewami, i które wraz z obsługą i wszystkimi gośćmi zmiotła lawina; albo…
    Później trzeba było jeszcze wysiąść bez potknięcia, które mogło spowodować upadek w przepaść, a nie było to łatwe, bo wagonik był ciągle w ruchu, a schody zawsze mocno oblodzone. I już wchodziło się na teren górnej stacji kolejki, przepojonej specyficznym tylko dla tego miejsca zapachem smaru używanego do konserwacji maszyn, smrodku przemokniętych kombinezonów narciarskich, unoszących się w powietrzu drobin metalu z ostrzonych krawędzi nart i aromatu błotka pokrywającego całą podłogę gęstą mazią.
    Powietrze było niezwykle klarowne. Kasprowy Wierch i Hala Goryczkowa, przy drugim zetknięciu z nimi, swoim widokiem zaparły mi dech w piersiach. Ogrom przestrzeni zaskoczył mnie, a stromizna zbocza – przeraziła. Dobrze, że za pierwszym razem wszystko to skryło się przede mną we mgle.
    Powolutku ruszyłam. Przecinałam w poprzek cały stok. Narty, krótkie i bez metalowych krawędzi, nie chciały mnie słuchać, rozjeżdżały się i za bardzo przyspieszały jak na mój gust. Duzi narciarze przejeżdżali obok mnie, zbyt blisko i zbyt szybko, krzesząc iskry na wystających kamieniach, i wpędzali mnie w jeszcze większą panikę. Na dodatek, Stefan stracił do mnie cierpliwość i przez cały czas krzyczał, zwracając mi w ten sposób uwagę na błędy, które popełniałam. W końcu zjechałam z największej stromizny, zaliczywszy z tysiąc upadków, cała oblepiona zbrylonym śniegiem i spocona z emocji.
    – Jedź powolutku dalej – powiedział Stefan. – Ja pojadę szybciej i zajmę miejsce w kolejce.
    I rzeczywiście zostawił mnie – samą na przerażającym stoku i nieznającą drogi do wyciągu.
    Zjechałam kilka metrów niżej, wpadłam twarzą wprost w zaspę i rozszlochałam się. Siedziałam, roztkliwiając się coraz bardziej nad swoim losem. Nie zwracałam uwagi na piękno poszarpanych szczytów górskich, błękit nieba, śnieg skrzący się w promieniach słońca i na szarobury głaz, który łypał na mnie zielonym okiem…
    Zdumiona podniosłam głowę. Głaz przesuwał się powolutku w moim kierunku i coś mamrotał:
    – I czego to maleństwo tak płacze? I siedzi na śniegu, i zaraz zmarznie i rozchoruje się. Wy, ludzie, jesteście tacy delikatni – zatroskał się.
    I tak mamrocząc, wpełzł na moje narty, a mnie jakaś tajemnicza siła postawiła na nogi.
    – Kto ty jesteś? – wyszeptałam ze zdumieniem.
    – Jak to, nie znasz mnie? – wydawał się zaskoczony. – Znacie tyle legend o nieludzkich stworach. Ale cóż, to możliwe. Z reguły się nie ruszam i mogliście przeoczyć moje istnienie – zadumał się. – Jestem…
    I tu zaczął wydawać dziwne dźwięki, jakby skrzypienie czy zgrzytanie. Trwało to dłuższą chwilę.
    – Tak właśnie mam na imię – zakończył.
    Roześmiałam się.
    – Przykro mi, ale nie jestem w stanie wymówić twojego imienia. Jest dla mnie zbyt skomplikowane i za długie – zastanowiłam się. – Mogę mówić na ciebie Głazek?
    – Wysil się choć trochę. Moje imię wcale nie jest trudne – prosił.
    – Nie dam rady – pokręciłam przecząco głową.
    – Trudno, niech będzie – zgodził się niechętnie. – Mogę cię nauczyć jazdy na nartach – ciągnął dalej. – Tyle lat patrzę, jak ludzie jeżdżą, że nie powinienem mieć z tym kłopotu.
    – Bardzo chcę – ucieszyłam się.
    I zaczęła się nauka. Głazek siedział na moich nartach, o dziwo nie czułam w ogóle jego ciężaru, i dyrygował moimi działaniami. I nagle okazało się, że narciarstwo, nawet na takim stromym stoku, sprawia mi niezwykłą radość. Jechałam tam, dokąd chciałam, z lekkością wykonując różne esy i floresy. Poczułam olbrzymią radość, którą musiałam wyrazić głośnym śmiechem. Głazek wtórował mi dziwnymi dźwiękami, które w jego języku prawdopodobnie były chichotaniem, a ludzie oglądali się za nami ze zdumieniem.
    Dojechaliśmy do końca trasy i nagle Głazek zniknął. Rozejrzałam się za nim i nie znalazłszy go, z ciężkim sercem podjechałam do Stefana.
    Kolejka do wyciągu krzesełkowego na Hali Goryczkowej zaczynała się tuż przy skraju lasu, ciągnęła jakieś pięćdziesiąt metrów wzdłuż polanki, na której ćwiczyli jazdę niewprawni narciarze, a następnie wchodziła na teren ograniczony rzędami drewnianych barierek i niczym olbrzymi wąż zawijała się kilkakrotnie pomiędzy nimi. Dalej przechodziła przez bramkę kontroli biletów, jeszcze kilkanaście metrów i już wsiadało się na dwuosobowe krzesełka. Oczekiwanie zajmowało od jednej do dwóch godzin. Na końcu kolejki narciarze stali karnie, jeden obok drugiego, ale przy płotku kolejka nagle rozdymała się jak rzeka przed tamą i gubiła gdzieś swój ład. Ludzie zaczynali się rozpychać, z boku wciskali się cwaniacy, którym bardzo się spieszyło i nie mieli czasu stać ze wszystkimi. Więc głupki stały, a spryciarze się wpychali. Czasami jakiś postawny mężczyzna, nieraz był to Stefan, stawał przy płotku i gonił wszystkich bezczelnie wpychających się – czas stania w kolejce skracał się wówczas o kilkadziesiąt minut. Ale dobroczyńca w końcu odjeżdżał i wszystko wracało do normy.
    Kiedy wjechaliśmy ze Stefanem na górę, Głazek już na mnie czekał. Wpełzł mi na narty, a Stefan niczego nie zauważył. Zjeżdżaliśmy we trójkę, Głazek pomagał mi w magiczny sposób, a Stefan pokrzykiwał – i jakoś nie bardzo mnie to obchodziło. Dzięki mojej przyjaźni z niezwykłym stworem złapałam bakcyla narciarstwa i nauczyłam się jeździć nietypowym stylem. Wielokrotnie spotykałam się z pytaniami o mojego instruktora. Z rozbawieniem wyobrażałam sobie miny dorosłych, gdyby usłyszeli moją prawdziwą odpowiedź. A tak cała chwała przypadała Stefanowi.
    Z Głazkiem jeździłam kilka lat. Później wydoroślałam i przestał mi się pokazywać. Widocznie uznał, że niepotrzebna mi jego pomoc. Będąc w górach, zawsze intensywnie przyglądam się mijanym skałom, w nadziei, że któraś łypnie do mnie zielonym okiem; czasami wydaje mi się, że mruga, ale kiedy się zbliżę, widzę, że to tylko porost łopocze na wietrze. I tak dorosłość pozbawiła mnie niezwykłego przyjaciela.
© 2004-2017 by My Book
×