[stron_glowna]
0 książek
0.00 zł
polskiangielski
Książki papierowe i ebooki
Mogłaś być Anną
Mogłaś być Anną
Aleksandra Mak
Wydawca:My Book
Format, stron: A5 (148 x 210 mm), 312 str.
Rodzaj okładki: miękka
Data wydania:  wrzesień 2009
Kategoria: powieść
ISBN:
978-83-7564-217-9
33.00 zł
ISBN:
978-83-7564-218-6
19.50 zł
FRAGMENT KSIĄŻKI
    Jowita przygląda mi się w skupieniu, aż pomiędzy jej brwiami tworzy się głęboka pionowa zmarszczka.
    – Ile ty już przytyłaś? – zadaje mi pytanie.
    – Ze dwadzieścia kilogramów – odpowiadam zniesmaczona. Czy to jest taka ciekawa kwestia do roztrząsania? Jest tyle interesujących zdarzeń na Ziemi, tyle się dzieje. Globalizacja spowodowała, że świat nabrał kosmicznego przyśpieszenia. Można omawiać tyle frapujących zagadnień. Zresztą, człowiek inteligentny zawsze znajdzie jakiś temat do rozmowy. A one uparły się bez końca roztrząsać problem moich nadprogramowych kilogramów. Mam ich dosyć. Po raz pierwszy, odkąd się poznałyśmy.
    – Konsultowałam się z kilkoma lekarzami, trochę czytałam – Jowita nie zauważa mojego rozdrażnienia i zaczyna mówić z rozmysłem – bywam tu i tam, podpatruję. Dziecko w ósmym miesiącu ciąży jest już całkowicie zdolne do życia poza łonem matki. Nie ma powodu, by kontynuować tę gehennę. W cywilizowanych krajach kobiecie podaje się wówczas leki, które przyśpieszają dojrzewanie płodu, a później wykonuje się cięcie cesarskie. Nie przynosi to żadnej szkody noworodkowi. Cięcie cesarskie to teraz zabieg, który jest bardziej bezpieczny od naturalnego porodu – i dla matki, i dla dziecka. Życie obecnie toczy się dużo szybciej, niż kilkadziesiąt lat temu. Kobieta nie ma czasu na bezproduktywne spędzanie dziewięciu miesięcy. Jeszcze w takiej sytuacji jak twoja, gdy ciąża jest zagrożona.
    Do pokoju wracają pozostałe dziewczyny. Przynoszą otwartą butelkę wina, trzy kieliszki, cztery filiżanki i dzbanek z herbatą. Spoglądam na etykietę na butelce – południowoafrykańskie cabernet sauvignon. Bardzo je lubię. Ależ bym się go napiła! Szkoda, że jestem w ciąży. Z tym większym zainteresowaniem słucham Jowity. Mirka nalewa wino do kieliszków. Ani ona, ani Wiola nie odzywają się, ale mam wrażenie, że doskonale wiedzą, co Jowita chce mi przekazać.
    – Gdyby ta ciąża była normalna, bez tych hocków-klocków, to mogłabyś pracować i zwyczajnie żyć. Ale ty teraz wegetujesz. Na dodatek w ciągłym strachu, że coś się stanie z Anią. I nie masz na nic wpływu. Przez całe życie wszystko trzymałaś pod kontrolą, zresztą tak jak i my, i nagle musisz się biernie poddawać losowi. Tak nie może być!
    – Współczesna kobieta na takie coś nie ma czasu – wtrąca Mirka. – Musi dbać o siebie. Teraz liczą się pieniądze i młody wygląd.
    – Młody wygląd – potakuje Wiola.
    – Właśnie – kontynuuje Jowita – a ty wyglądasz po prostu koszmarnie. To nie twoja wina. Wiemy o tym, ale trzeba działać. Jeszcze trochę, a stracisz pracę. Nikt nie będzie się z tobą cackał. Może i to nie byłby problem, bo to gówniana posada, ale ty ją lubisz. Rzucisz ją, kiedy ty tak postanowisz, a nie kiedy jakiś debilowaty szef o tym zadecyduje. Musisz szybko urodzić, doprowadzić się do porządku i wracać do pracy.
    Wodzę wzrokiem po ich twarzach i czuję się zagubiona. Prezentują mi jakiś dziwny punkt widzenia. Do tej pory ani przez myśl nie przeszło mi takie rozwiązanie. Również na forach internetowych nie spotkałam się z czymś takim.
    – Uważamy, że powinnaś do końca ciąży być u mnie – odezwała się Wiola. – Będziesz brała te zabiegi, które ci nie zaszkodzą. Chodziła na spacery w piękne miejsca, a nie po śmierdzącym i zatłoczonym mieście. Pyszne jedzonko podsuną ci pod nos. Będziesz miała z kim porozmawiać. Ja stanę na rzęsach, żeby ci było dobrze.
    – Tak, a kiedy przyjdzie pora, zabiorę cię do Warszawy i tam zakończymy tę ciążę – wpada jej w słowo Jowita. – Tutaj w Gdańsku jest to niemożliwe. Już się orientowałam. To zaścianek, opóźniony o całe wieki w stosunku do cywilizowanego świata. W Warszawie są prywatne kliniki nastawione na zysk, owszem, ale dzięki temu klient może mieć różne fanaberie, które oni z ochotą zrealizują. Mają nowoczesną aparaturę, głowy otwarte na nowinki, pozytywne nastawienie do pacjenta, nie stawiają jakichś głupkowatych barier. Wszystko da się załatwić. Już wstępnie na ten temat rozmawiałam. To teraz popularne wśród nowoczesnych kobiet. A ty się do nich przecież zaliczasz. Tak więc zostały ci jeszcze maksymalnie cztery tygodnie ciąży i właśnie o to będziemy walczyć. W Warszawie zapewnię ci idealne warunki, a jak tylko dojdziesz do siebie, to wrócisz do Wioli, a ona w krótkim czasie doprowadzi cię do porządku.
    Poczułam się oszołomiona. I nagle nie sama. Bo przez ostatnie tygodnie czułam coraz większe osamotnienie. Byłam tylko ja, malutka Ania, która niewiele mogła mi pomóc, i narastające problemy, z którymi nie wiedziałam, jak sobie poradzić. Marek się starał, ale miałam wrażenie, że mentalnie się ode mnie odsuwa. Mogłabym porozmawiać z moją matką albo siostrą, jak w normalnej rodzinie, ale z nimi nić porozumienia straciłam już całe wieki temu.
    – Nie wiem, co na to powie moja pani doktor – odzywam się niepewnie.
    – Daj spokój! – wykrzykuje Mirka. – Z tego, co mówiłaś, wywnioskowałam, że ta lekarka reprezentuje dość staromodny punkt widzenia. Nie ma co z nią na ten temat rozmawiać. Ty musisz iść z duchem czasu.
    Zadziwiająca uwaga. Ola i staroświeckość, to się wyklucza nawzajem, to tak niefortunne sformułowanie, że aż mi się chce śmiać, ale się nie odzywam. W skupieniu słucham dalej.
    – Żeby się na ciebie nie obraziła, bo to twoja koleżanka, to już po wszystkim powiesz jej, że coś się stało, kiedy byłaś w Warszawie, i trzeba natychmiast było kończyć ciążę. Dla twojego i dziecka dobra.
    Nie znajduję argumentów, by oponować. Coraz bardziej podoba mi się ten pomysł. Ciąża mnie męczy, a tyle jeszcze przede mną, gdyby czekać na działanie natury. Z drugiej strony chciałbym już wziąć Anię na ręce, przytulić, ucałować, usłyszeć jej śmiech i płacz. Bo chyba każde dziecko czasem musi zapłakać, chociażby rodzice nie wiem jak bardzo się starali i nieba mu chcieli przychylić.
    Przyglądam się swoim przyjaciółkom. Wiola lekko się unosi, bierze do ręki dzbanek
i nalewa do filiżanek herbatę. Jej sięgające ramion włosy, proste, nieskażone żadnym loczkiem czy falą, opadają ku przodowi i przesłaniają prawie całą twarz. Mirka siedzi zwrócona twarzą w moim kierunku i intensywnie mi się przygląda. Tak intensywnie, że pomiędzy kosmykami jej nastroszonych włosów przeskakują iskry elektryczne. Spoglądam na nią ze zdumieniem; naprawdę widzę w jej czuprynie migoczące świetliste punkty. Jowita nie patrzy na mnie. Obraca w dłoniach kieliszek, przechyla go lekko, po czym unosi, mówi: „za szczęście Gosi i Ani” – i upija duży łyk. Wiola i Mirka idą za jej przykładem.
    Cała scena, której się przyglądam, zatopiona jest w żółtym półmroku. Czuję się, jakbym uczestniczyła w jakimś mistycznym pogańskim obrzędzie, sięgającym swoimi korzeniami daleko w mroki historii. Promienie słoneczne, pomimo zaciągniętych żaluzji, wpadają do pokoju od strony kuchni, odbijają się od szybek kredensu i igrają w brylantowoczerwonych pasemkach włosów Wioli, w ciemnych kosmykach Mirki, w rdzawym, ciasno upiętym koku Jowity; przeglądają się w krwistoczerwonej zawartości kieliszków i bursztynowym płynie parującym w filiżankach. Barwy migoczą i przenikają się nawzajem, nadając przedmiotom w salonie i osobom w nim przebywającym jakiegoś nieziemskiego wymiaru, podkreślając mistyczność chwili. A ja nie mogę rozpoznać, czy siedzące wokół stolika trzy kobiety to dobre wróżki, które chcą mi pomóc, czy złośliwe wiedźmy, zamierzające rzucić zły urok na mnie i dziecko. Marek miał rację, uciekając z domu. Odbywa się tutaj prawdziwy sabat czarownic i plączący się po mieszkaniu mężczyzna byłby nie na miejscu.
    Zamiast wielkiego kotła z bulgoczącym w nim czarodziejskim wywarem mamy cztery porcelanowe filiżanki ozdobione kwietnymi szlaczkami, wypełnione herbacianym naparem, trochę spowszedniałym, ale gdy mu się przyglądam, nie mam wątpliwości, że jest magiczny. Kłaczki pary układają się w jakieś dziwne figury, płyn migocze, buzuje, pomimo że jego powierzchnia pozostaje niezmącona. Biorę swoją filiżankę do ręki. Porcelana jest idealnie biała, gładka, chłodna. Spoglądam w toń herbaty. Wydaje mi się, że w środku kotłują się jakieś postaci, widzę rozcapierzone palce, usta otwarte do krzyku, przerażone, rozbiegane oczy. Ogarnia mnie coraz większy lęk. Spoglądam na stolik. Mam wrażenie, że płyn wypełniający kieliszki to nie wino, lecz krew. Ofiarna krew jakiegoś zwierzęcia, gęsta i nieprzejrzysta – promienie słoneczne przenikają przez nią z olbrzymim trudem.
    Upijam łyk herbaty. Smakuje normalnie – zwykły lipton. Ciepło rozchodzi się po moim przełyku. Mrugam oczyma i spoglądam ponownie na stolik. Świat powrócił do prawidłowego wymiaru. W kieliszkach mieni się zwykłe, czerwone wino, z filiżanek unosi się para zwyczajnej herbaty, a moje przyjaciółki są takie jak zawsze, kochane, przyjazne i zatroskane. Lęk mnie opuszcza.
    Wypiłam małymi łyczkami herbatę, intensywnie myśląc. Odstawiłam filiżankę i odezwałam się, powziąwszy decyzję:
    – Podoba mi się ten pomysł wcześniejszego ukończenia ciąży. Tylko musisz być stuprocentowo pewna, że Ani nie zaszkodzi takie wyrwanie jej ze mnie przed terminem.
    – Mam kilka koleżanek, które się na to zdecydowały, i mają cudowne i zdrowe dzieci, rozwijające się równie dobrze, a nawet lepiej niż rówieśnicy.
    – W takim razie działaj – kiwnęłam potakująco głową. – Musimy zrobić to w Warszawie, bo o takich praktykach w Gdańsku nie słyszałam. Zresztą moja lekarka na takie coś na pewno by się nie zgodziła. Ona jest za tym, by jak najmniej ingerować w naturę.
    – No widzisz – wykrzyknęła potępiająco Wiola. – Miałyśmy rację, jakaś niedzisiejsza.
    Nie zaprotestowałam. Nie wiem, czy to coś złego, żyć w zgodzie z naturą. Ludzka ingerencja w przyrodę i igranie z jej prawami jeszcze niczego dobrego nie przyniosły Ziemi. Trzeba ją akceptować i dostosowywać się do niej, a nie walczyć; zmieniać mądrze, a nie drastycznie.
    – Tylko muszę porozmawiać z Markiem – zastrzegłam. – To również jego dziecko. A z jego strony obawiam się dużego oporu – westchnęłam. – Nie spodoba mu się ten pomysł.
    – Co ty masz go słuchać – Mirka wzruszyła z pogardą ramionami. – To ty się męczysz, nie on.
© 2004-2017 by My Book
×