Piotr WolakA5 (148 x 210 mm), 245 str. Kategoria: powieśćISBN: 978-83-7564-162-2 28.00 zł978-83-7564-167-7 16.00 złdodaj do koszyka |  |
| Fragment książki: |
(...) z małego telewizora na lodówce dobiegł głos prezentera: „…według nieoficjalnych informacji, do godziny osiemnastej znaleziono już trzysta trzydzieści jeden fałszywych banknotów stuzłotowych…”.
***
Katarzyna Zimowska zebrała brudne nakrycia ze stołu i wzięła się za zmywanie. Odkręciła kran, wyregulowała temperaturę wody, po czym sięgnęła po gąbkę. Najpierw umyła talerze, później zaczęła szorować brudne szklanki. Gdy płukała ostatnią z nich i już miała zabrać się za sztućce, zza ściany doleciało ją wołanie męża:
– Kaśka! Chodź tu szybko!
Katarzyna wpadła do pokoju, rozchlapując dookoła pojedyncze krople wody z mokrych dłoni i spojrzała w telewizor. Na ekranie prezenter opisywał, jak najłatwiej odróżnić fałszywe banknoty stuzłotowe od prawdziwych.
– Szkoda, że nie nadali tego tydzień temu – skomentowała po wysłuchaniu komunikatu do końca.
– Tak, ale wtedy twoje życie mogłoby być zbyt monotonne, a tak miałaś przynajmniej porządny zastrzyk adrenaliny – odrzekł jej mąż z kpiarskim uśmiechem.
***
Mariusz Jaworski zaparkował samochód dwoma kołami na chodniku, wysiadł, a następnie rozejrzał się dookoła. Uliczka była długa, wąska, a do tego słabo oświetlona. Gdzieś w oddali umieszczony na wieży kościelnej zegar wybił wpół do ósmej wieczór. Mariusz przeszedł na drugą stronę, wszedł do sklepu monopolowego i rozejrzał się po wnętrzu. Zaopatrzenie było na wysokim poziomie, półki zastawione były równymi rzędami butelek alkoholi pochodzących z całego świata. Stanąwszy w kilkuosobowym ogonku, dla zabicia czasu oglądał etykietki. Nie musiał się zastanawiać, wiedział, co chce kupić. Gdy nadeszła jego kolej, poprosił o pół litra wódki, płacąc stuzłotowym banknotem. Paragon wraz z resztą schował do portfela, po czym opuścił sklep. Podszedł do samochodu, otworzył bagażnik, a następnie włożył butelkę do plastikowej skrzynki, w której znajdowało się sześć identycznych. Zatrzasnął klapę, przejechał dłonią po ogolonej na łyso czaszce i podrapał się za uchem.
Jutro sobota. Majonez robi grilla, będzie niezła bibka. Trzeba kupić jeszcze jedną flaszkę – pomyślał i głośno zarechotał.
***
– Że też tyle ludzi musiało przyjechać na zakupy – mruknął Andrzej Toporzewski, przeciskając się przez zatłoczony parking. Położył nabyty przed momentem telewizor na pace, zatrzasnął przesuwne drzwi i ciężko dysząc, zajął miejsce za kierownicą. Odczekał chwilę, aż oddech mu się uspokoi, po czym ruszył w stronę wyjazdu. Gdy dojeżdżał do ulicy, spostrzegł w lusterku bocznym, że z centrum handlowego wybiegło dwóch ochroniarzy.
Ciekawe, co się stało. Pewnie gonią jakiegoś kieszonkowca – pomyślał, drapiąc się po gęstej brodzie. Następnie spojrzał na zegarek, wskazówki wskazywały za kwadrans dwudziestą. Przynajmniej raz żona nie będzie marudzić, że znowu wraca późno do domu.
***
Roman Nowakowski próbował zerwać z przeszłością kryminalną, więc zajął się handlem komputerami. W tym celu wynajął lokal, w którym otworzył sklep „Elektronik”. Kilkanaście minut przed dwudziestą zaparkował pod jego wejściem. Przeniósł kilka kartonów z bagażnika na zaplecze, a następnie włączył radio. W tym momencie zaczął się serwis informacyjny, który spiker rozpoczął od komunikatu ostrzegającego przed wykrytymi w obiegu fałszywymi banknotami. Niedobrze, będzie się trzeba bardzo pilnować – pomyślał, a następnie powrócił do przerwanej pracy.
***
Na informację prezenterki „Panoramy” o wykrytych w obiegu stuzłotowych falsyfikatach, Stefan Robakiewicz zerwał się gwałtownie z fotela. Cisnął kieliszkiem koniaku w ścianę, przewrócił stojącą przed nim ławę, a następnie bezwiednie zapatrzył się w drzemiącą na kanapie żonę. Na szczęście jak zwykle była tuż obok. To dzięki jej bliskości, trosce, słowom pociechy wpadał na najgenialniejsze pomysły, obmyślał najlepsze plany. Poza tym nikt nie powiedział, że w życiu jest wyłącznie z górki. Każda akcja wymaga reakcji, nadszedł czas wcielić w życie plan awaryjny.
***
Przeraźliwy jazgot starego radzieckiego budzika wyrwał Mariusza Jaworskiego ze snu, więc czym prędzej go wyłączył. Opadł ciężko na poduszki, poleżał parę minut, aby choć trochę dojść do siebie, po czym powoli podniósł się. Kac był straszny, każdy gwałtowniejszy ruch sprawiał, że ból głowy stawał się nie do zniesienia. Musiało minąć trochę czasu, zanim uświadomił sobie, że jest we własnym mieszkaniu. Obrazy z poprzedniego dnia przepłynęły mu powoli przed oczami. Tak. Wczoraj była sobota. Zwlókł się z wyra przed dziesiątą, zjadł śniadanie, a następnie wyskoczył z Majonezem do miasta, by zrobić zakupy na grilla. Impreza udała się znakomicie. Tempo narzucili olimpijskie, tuż po północy zapasy czyściochy spadły niemal do zera. Wraz z ostatnimi gośćmi wyszedł po trzeciej rano, a przed czwartą był już w domu. I ten Heniek. Nie dość, że go podrzucił pod blok, to jeszcze zaprowadził pod same drzwi.
Mariusz otrząsnął się i powlókł do kuchni ugasić pragnienie. Połknął dwie aspiryny, popił je szklanką zimnej wody, po czym udał się do łazienki. Umył zęby, natomiast z golenia zrezygnował, nie zniósłby zapachu alkoholu pochodzącego z wody kolońskiej. Ubrał się i choć nie mógł patrzeć na jedzenie, wmusił w siebie kromkę chleba z masłem. Chwilę potem postanowił, że kupi sobie parę piw na klina, więc założył buty, a następnie wyszedł z domu.
Na dworze panował zmrok. Latarnie rzucały blade światło na opustoszałe ulice, wszystkie pobliskie sklepy były już pozamykane. Mariusz wzdrygnął się na myśl o spacerze i bez chwili namysłu wsiadł do samochodu. Opuścił szybę, po czym zapalił papierosa i uruchomił silnik. Jadąc powoli, żeby strząsany popiół nie sypał się do wnętrza auta, dojechał do skrzyżowania, a następnie skręcił w prawo, w Powstańców Śląskich. Pamiętał, że za światłami przy Hali Wola, widział ostatnio jakiś nowo otwarty sklep monopolowy. Dostrzegł go dwieście metrów dalej. Skręcił w boczną uliczkę, przetoczył się kawałek i zaparkował na chodniku. Wysiadł z wozu, rzucił niedopałek na ziemię, po czym nieśpiesznie wszedł do sklepu. We wnętrzu pachniało świeżą farbą, której ostry zapach sprawił, że zrobiło mu się niedobrze. Podszedł do lady i poprosił o cztery piwa w puszce, jednocześnie przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy. Znalazłszy je po dłuższej chwili, wręczył sprzedawczyni stuzłotowy banknot, zapominając o emitowanym w telewizji oraz radio komunikacie. Gdy zdał sobie sprawę z tego, co uczynił, było już za późno. Osłupiały przyglądał się, jak ta wkłada pieniądz pod światło stojącej obok kasy lampy ultrafioletowej, po czym otwiera usta ze zdziwienia. Nim podniosła głowę, jego zamroczony alkoholem, niezbyt bystry umysł podsunął mu najprostsze z możliwych rozwiązanie.
***
Było już po ósmej wieczór, gdy panującą ciszę przerwał dzwonek telefonu. Adam odłożył gazetę i sięgnął po leżącą na szafce komórkę. Telefonował jeden z pełniących dyżur kolegów z biura, by podzielić się z nim informacją o przyjętym przez oficera dyżurnego Komendy nietypowym zgłoszeniu. Zrelacjonował krótko, że zadzwoniła właścicielka sklepu, której córkę pobił klient po tym, jak odkryła, że próbuje zapłacić fałszywym banknotem stuzłotowym.